Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kartka z pamiętnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kartka z pamiętnika. Pokaż wszystkie posty

3 lipca 2014

Lipiec.

Spoglądam na kalendarz ...

STOP! Ty nie spoglądasz na kalendarz! Ty nawet porządnego jegomościa nie posiadasz! Wstyd! Ten z wizerunkiem Wioletty, znajdujący się obecnie pod łóżkiem Starszej, się nie liczy (wciąż czeka biedaczysko aż go kto na gwoździu zawiesi ... Tylko że szkoda ścianę dziurawić dla takiego szkaradztwa!). - wygarnie na jednym wdechu licho.
A ten książkowy upchnięty w nocnym stoliku ... ? - zapyta kąśliwie jeszcze.

Ten nie zachęca do częstych oględzin - odpowiem szybko.
(Nie lubimy się wszak z planowaniem :/)

 I zapominasz przez to o wielu istotnych datach! Jak chociażby o Dniu Psa! (przedwczoraj przecież!) - i tu głos karcąco zawiesi licho.
Ty tylko szybko zerkasz na datownik w prawym dolnym rogu komputera, tudzież innych urządzeń drukująco-notujących!!! Cenny czas przepuszczasz przez bylejakości praskę ... Dniem dzisiejszym żyjesz, jutrzejszym się nie martwisz, wciąż uważasz, że jeszcze ze wszystkim zdążysz, a później tylko oczy ze zdziwienia wybałuszasz, że już hen daleko za tobą kolejny miesiąc, a ty dalej stoisz w tym samym martwym życia punkcie. - zakończy dobitnie złośliwe jak zwykle licho.

I tak każdego
miesiąca ...
odzywa się niepytane licho w mej głowie ...
Boleśnie w bok trąca,
nie czeka co człek w obronie odpowie ...

Patrzę i nie dowierzam ...
Toż to lipiec.
Uśmiechniętą siódemką do mnie macha ...
Nie wiem doprawdy kiedy i jak minął jego poprzednik ...
Rozpłynął się gdzieś pomiędzy miseczką pełną czereśni,  truskawkowym koktajlem, a ciastem z rabarbarem ... 
Roztrwonił cenne chwile na hulanie po parkowych alejkach, ozłoconych słońcem chodnikach, skąpanych w słońcu placach zabaw ...
Zdarzyło mu się też nie raz w kałuży odbity promień słońca ujrzeć ...
Humorzasta towarzyszyła mu pogoda.
Raz nocną porą zawędrował do lasu i w scenę zamienił leśną polanę ...
Jednego dnia wskoczył na rower, drugiego pognał za psem nie wiadomo gdzie ...
Spił kawę w czyimś ogrodzie, pogadał o kapryśnej pogodzie ...
i z latem przywitał się.

Mam wrażenie, że ktoś złośliwie wyrywa z mojej codzienności po dwie kartki na raz.
Im więcej lat na mym karku, tym szybciej upływa moja codzienność i tym częściej myślę o tym, że wcale mi się to nie podoba ...




24 czerwca 2014

Życie.

Miał być wesolutki post o molach książkowych (spokojnie, będzie :).
W międzyczasie pojawił się ciężki weekend. Taki gdy to nic się człowiekowi nie chce ... Nie chce się wygrzebać nosa spod kołdry, wciągnąć papci i iść zrobić sobie kawy, gdy wszystko jak okiem sięgnąć drażni jak jasna cholera ... Gdy nie ma za grosz cierpliwości, dla tych których najmocniej kochamy ... Gdy chce się wyć z bezsilności, gryźć, drapać i krzyczeć do zdartego gardła ... Bez większego powodu i bez PMS.
I miało być o tym.
Jednak wieczorem przeczytałam TEN [klik] post u Iwony i stwierdziłam, że cokolwiek napiszę, nie będzie to miało najmniejszego sensu. Nie z moim nastawieniem.
I jeszcze ten mój komentarz pod jej postem ... Jego negatywny wydźwięk dotarł do mnie dopiero następnego dnia, gdy to ponownie do Niej zajrzałam.
Dotarło do mnie iż ostatnio bezustannie, zupełnie nieświadomie i niechcący leje się ze mnie żal, gorycz, zgorzknienie, bywa że nawet jad. Zero radości z życia. Krótkie chwile szczęścia, o których zapominam nim zdążą porządnie rozwinąć swe kruche skrzydła.
Przeczytałam u Iwony mnóstwo komentarzy od ludzi wdzięcznych losowi, ludzi szczęśliwych, spełnionych ...
Zawstydziłam się.
Jaki jest sens ciągłego rozkładania na czynniki pierwsze problemów, które przecież zawsze będą obecne w naszym życiu ... ?
Jaki jest sens karmienia się swym osobistym jadem ... ?
Po co pisać że znów zero radości z codzienności ... ? Że proza życia, znudzenie, bezsilność i niemoc totalna. To już było.
Po co pisać że znów nie chciało mi się zwlec z łóżka ... ?
Że znów zostawiłam niedzielne śniadanie na Jego głowie, a On znów miał o to fochy (i wcale się nie dziwię)... A przecież jeszcze nie tak dawno uwielbiałam to nasze wspólne niedzielne niespieszne krzątanie ... A teraz? Nie cieszy przecież nic.
Że znów za mało czasu poświęconego Im ... Że zakurzone "Grzybobranie" i smutne "Scrabble" w ciemnym kącie ... Że to co wspólne to troszkę z rozpędu odbębnione ... Kocham, więc zwlekam cztery litery i idę, rysuję, ukochane kluseczki wałkuję ... Bez większych chęci, nikłej z mojej strony radości ... Bo  ja w tych rzadkich chwilach "niepracy",  to najchętniej koc, książka i nicnierobienie.
Że znów ledwo tknięta książka ... , że "Wysokie obcasy" jak co tydzień jedynie przekartkowane tworzą przy łóżku coraz bardziej chybotliwy stosik ... Że już nie jeden, a trzy filmy dołączone do TS czekają na niespieszną projekcję ... Ze wstydu nie wspomnę o innych.
Że złość, bo znów (!) trzeba iść do znienawidzonej pracy, bo trzeba zrobić obiad, a później  jeszcze po tym obiedzie pozmywać, że chwilę temu zlew był pusty, a gdy spuściłam go na moment z oczu, w magiczny sposób znów się zapełnił, że stosy prania czekają na upchanie w za ciasnych przecież (no szlag po prostu!) szafach, a w tych szafach ciągły bałagan oczywiście, że znów wszędzie syf jak cholera, choć chwilę temu jak okiem sięgnął pięknie błyszczało, że ktoś wszedł na czystą podłogę w ubłoconych buciorach, że ktoś porozrzucał zabawki i niegrzecznie się odezwał, że od rana do wieczora darcie kotów w dziecięcym rewirze, że On się nie domyślił i nie zareagował odpowiednio, gdy przecież powinien ... i że brak rodzicielskiej konsekwencji, a tylko ja dostrzegam tego skutki ...
Jednak najbardziej niszcząca jest złość o to, że znów tak bezmyślnie zmarnowało się kolejny dany nam dzień. 

Wszystko!, podkreślam WSZYSTKO, rośnie do rangi życiowej tragedii, gdy nie ma się w sobie ani krzty woli walki.
Tragikomedia.

Zawstydziłam się tych myśli okrutnie.
Czy na pewno  nie mam za co dziękować życiu ... ?

Nie jestem idealna. Nie jestem idealną matką, żoną, córką, siostrą, pewnie nawet przyjaciółką ... 
Moje życie. Bywa, że mi z nim źle.
Zagalopowałam w nim się.
Kolejny raz spróbuję Cię ŻYCIE wziąć na rogi.
I wiesz co, ŻYCIE ... ?
Wbrew temu co myślisz ... kocham Cię.











Od dziś CODZIENNIE chwytam MOJE chwile w obiektyw
i dzielę się nimi z Wami tutaj
CODZIENNIE
By nie pozwolić szczęściu przejść niezauważonym
...
Od jutra ruszam z projektem

JEDEN dzień - JEDNO zdjęcie

I wybaczcie jeśli mimo to czasem uleje mi się tu trochę goryczy ... ;)
To w końcu życie. Niepewne i nieprzewidywalne. 
Jeśli jednak koniec końców uleje się, by dojść do podobnie optymistycznych wniosków ... , 
niechby i częściej!
:)))

Kamila
:*

25 maja 2014

Ku pamięci czyli jak to jest z tym blogowaniem ...

Ostatnio bardzo intensywnie zastanawiam się nad torem moich tutejszych myśli.
Nad tym czy idą one w dobrym kierunku ... Czy na pewno w tym, który obrałam sobie na samym starcie. (Notabene w lipcu stuknie mi blogowa dwójeczka :D)
Jednocześnie dumam nad tym czy aby na pewno konieczne jest trzymanie się stałej trasy ...
Błądzę.
Co i rusz zbaczam z jednej drogi, drugiej, wracam się ...
I pewnie długo jeszcze szukać będę tej właściwej.

Od czasu do czasu wertuję stronice Marzeń ... Przechadzam się z nostalgią (bywa że żenującym uczuciem wstydu) wzdłuż i wszerz swoich okrojonych wspomnień i do jednego wniosku dochodzę. Oprócz tego, że ewidentnie dojrzewam, zmieniam się, że życie mnie kształtuje na swoje podobieństwo, że co i rusz przybieram jego różne formy ... Oprócz tego, co gołym okiem widać, nie oszukujmy się - starzeję się (co mnie akurat naprawdę! cieszy) ... Oprócz tego wszystkiego, permanentnie wychodzi z nich jeden wielki ... chaos. Bo i taka właśnie jestem ja sama. Kompletnie niepoukładana, coraz bardziej pogubiona, zmienna, wielowątkowa. Chaotyczna.

Łamię sobie głowę nad moją tutejszą niezwykle czytelną karuzelą emocji. Z bardziej lub mniej migoczącymi kolorowymi światłami. Nie wiem czemu ale wstydzę się tych emocji.
Złamało mnie kilka komentarzy. Ocenianie mnie bez poznania sytuacji od podszewki dotyka zbyt mocno.
Wiele cennych myśli zamknęłam w szczelnym pudełku i już nigdy potem nie pozwoliłam im tu wypłynąć.
Później było coraz gorzej.

Mam też opory przed afiszowaniem się ze swoim szczęściem. Trochę myślę, że nie wypada, trochę nie chcę tego szczęścia zapeszyć ...
  
Czasem mam ochotę wyżalić się tutaj przed Wami, ale w obawie przed późniejszym z tego się tłumaczeniem, odpuszczam. I tak wiersz z ostatniego posta przechodząc przez moją osobistą cenzurę, zmienił zupełnie swe oblicze. Początkowo zupełnie mroczny, dotykający tematu śmierci jako lekarstwa na ból życia, aktualnie mówi o przemijaniu maja ... jedynie. Odsiany z bolesnych emocji nie straszy czytelnika, lecz nie mówi o tym co w duszy gra(ło).

Dużo myślę o moim okrojonym wizerunku. Zakrzywionym obrazie wyłaniającym się z wszystkich notek.
Wrócę do zapisanych tutaj myśli i wspomnień po latach, i jeszcze sama uwierzę w ten kolaż sprzecznych obrazów ...  A po drodze zgubię miliardy chwil ulotnych, tych które miałam tu tak skutecznie łapać i skrupulatnie opisywać. Ku pamięci. Ku pokrzepieniu potrzebujących serc.

Nie wiem jaki jest sens takiego pisania. No bo jaki jest sens przecedzania myśli ... ?
Albo piszę dla siebie, albo nie jestem sobą. Nie da się zgrabnie połączyć jednego z drugim. Przynajmniej ja nie potrafię.
Nigdy nie było moim celem pisanie pod publiczkę.
Nie chcę by ten blog był miejscem gdzie jedynie publikuję i liczę się ze słowami. Chcę by był MOIM miejscem w sieci ...
Chcę pisać tu bardziej od siebie, po mojemu.
Nie oglądając się za siebie, ani na wszechobecną krytykę.
Bez męczącej cenzury.
Bez oceniania i moralizatorstwa.
Ku pamięci.
Spróbuję.
Będzie szczerze. Będzie niewygodnie.
Pewnie wciąż chaotycznie ;)
Wybaczcie jeśli czasem nie będę odpowiadać na komentarze. Nie zamierzam się przed nikim tłumaczyć.
Każdy ma własne życie i trawi je na swój własny sposób.

Ratuj się kto może ;))))




25 marca 2014

O tym dlaczego znikam z blogosfery *

Miało być o zielonych portkach, w które ostatnimi czasy namiętnie wciskam swoje wychudzone cztery litery ...  O zimowej wełnianej biżuterii od zdolnej Martyshki ... Miało być o nowym trafionym odcieniu blondu na głowie ... Miało być o "żarówiastych" neonach na paznokciach ... Miało być o lumpeksach w Mniejszym Mieście i łupach stamtąd wyniesionych ...  W tym o wymarzonej wełnianej narzucie na łóżko za całe 14 zł (!) ... Miało być o wiosennych porządkach i przemeblowaniach ... O tym że odnowiony mebel to jak perełka z second handu - cieszy bardziej aniżeli nowość prosto ze sklepu.. Miało być o zajęciach aerobiku, którym to udało się rozruszać moje zaspane ciało ...
Miało być o książkach przeczytanych i tych, które zamieszkały w naszym domku. Wreszcie miało być o obejrzanych filmach i zapowiedziane wcześniej recenzje ...

Miało być.

Tymczasem będzie o  tym co mnie gryzie ... Muszę wylać z siebie całą tę gorycz, by oczyścić gęstą atmosferę blogowej niesłowności ;) , by móc na nowo pisać o rzeczach fajnych ... Bo NIE! Jeszcze stąd nie znikam na dobre :))

I tak będzie o tym, że dopadło mnie jakieś przesilenie, że wieczorem zasypiam nim krem zdąży się wchłonąć w dłonie, nim zdążę przetrawić kolejny odchodzący w niepamięć dzień ... Że doba dziwnie się kurczy i nie starcza w niej czasu na to co moje ... Mam wrażenie, że każdy tydzień składa się z wlokącego się niemiłosiernie poniedziałku, rozpędzającego trybiki wtorku, końcówki piątku i doklejonego do nich z doskoku intensywnego i błyskawicznego weekendu.
Praca-dom. Praca-dom.
Ostatnio nie ma w moim słowniku terminu odpoczynek ...  Dla dobra sprawy rezygnuję (wbrew sobie) z rzeczy mniej ważnych z szerszej perspektywy (czyt. blog i in. takie tam ;) ... By było miło i przyjemnie. Innym. Wciąż intensywnie ułatwiam życie wszystkim dookoła. O sobie myślę na samym końcu, gdy energii na działanie ... brak.
Głęboko zakopałam swoje ambicje i plany. Nie mam sił działać. Nie starcza doby. Potępicie mnie. Wiem to. Ba! Zrozumiem. Jednak inaczej nie potrafię. Mam spaczoną wizję świata. Sama robię z siebie Matkę Teresę.
I mimo że dupnie się z tym czuję, to nie potrafię nic z tym zrobić. I niestety odbija się to na moim życiu rodzinnym.

Mam w sobie małe pokłady cierpliwości. Więc miewam rodzicielskie chwile słabości. Dopada mnie niemoc, bezsilność totalna. Mam wtedy ochotę trzasnąć drzwiami, wydrzeć się na całe gardło, wypić z dobrym kompanem butelkę dobrego wina, zaciągnąć się mocno papierosem, po czym jak zawsze zatęsknić, wrócić z podkulonym ogonem i uśmiechem na ustach do centrum dowodzenia. Niestety mało mam sposobności do odreagowania. Więc bywa, że buzuje we mnie niczym w wielkim kotle, zgrzytam zębami, uskuteczniam szczękościsk, by nie wyszły z mych ust te wszystkie paskudne okropieństwa, których najpewniej później bym rzewnie żałowała, i walczę by głos nie podniósł się do nieprzyjemnych dla uszu decybeli ...
Bywa że lawiny słów nie da się powstrzymać. Najgorzej jest gdy emocje opadną. Kosmiczne wyrzuty sumienia zatruwają duszę, gorzkie łzy zalewają rozpalone policzki ... Bywa. Ludzkie choć tak niemile widziane.

Jestem typową kwoką, która (ZNÓW!) nie myśląc o sobie (a może właśnie myśląc ... ?) dba o swoje maleńkie kurczaki, robi wszystko by przygotować je jak najlepiej do życia na gwarnym i tłocznym podwórku. Która paradoksalnie pomimo wszystkich minusów kocha w sobie tę swoją kwokowatość i nie traktuje jej jako poświęcenia. To moja ulubiona pasja. Chwilowo oddaje się jej spychając na bok własną samorealizację. I chyba nie muszę pisać gdzie mam te wszystkie mądre artykuły bijące na alarm, że to niedopuszczalne, by zapominając o sobie oddawać się dziecku, że krzywdzę w ten sposób nie tylko siebie... Gówno prawda! Szczęśliwa matka to szczęśliwe dzieci. A ja nie będę szczęśliwa lawirując między pracą, studiami i domem, odbębniając każdą z tych kwestii na pół gwizdka. Taka jestem. Postępuję tak jak dyktuje mi serce. Nie zamierzam popełnić życiowych błędów własnej matki, z którą oprócz wspólnego domu i więzów krwi nie łączy mnie kompletnie nic ... Praca nigdy nie będzie dla mnie na pierwszym miejscu. Choćby nie wiem jakie dobra finansowe gwarantowała. I niech diabeł wiedzie mnie na pokuszenie... Nic nie wskóra. Najważniejszą życiową rolą jest dla mnie rola matki ... To temu pragnę oddać się całą sobą i PRZEDE WSZYSTKIM.
Pewnie, że bywa ciężko. Pewnie, że mam ochotę tupnąć nóżką. Jednak nigdy w życiu nie cofnęłabym żadnej z moich decyzji. Mój świat to ONE, z całym majdanem wad i zalet, plusów i minusów macierzyństwa.
Nigdy nie pomyślałam, że mogłoby być inaczej. Boję się pomyśleć, że mogłabym ich nie mieć. I ciągle uświadamiam sobie jak puste było moje życie bez nich.
A marzenia? - spytacie.
To właśnie są moje marzenia. Mimo nierzadkich chwil słabości. Pomimo wszystko.
Pozostałe marzenia zaczekają ... Ruszę z kopyta, gdy tylko życie zwolni bieg, gdy tylko poczuję, że to jest TEN moment, TEN czas. Wciąż czekam na jakiś znak. A tymczasem wciąż budująca się więź rodzic-dziecko (tkana niczym misterna pajęcza sieć) nie poczeka ...
Posługując się kwestią Nicolasa Cage'a z ulubionego filmu (" Family Man") ... WYBIERAM NAS.






Doniczka pełna tulipanów - prezent od Młodszej z okazji pierwszego dnia wiosny ^^
Szyszki to pierwsze skarby z pionierskich wiosennych eskapad (rowery i rolki odkurzone), intensywnie upychane po moich kieszeniach przez M.
Za oknem szaro-buro, deszczowo, a u nas kolorowo!!!
Dla takich chwil i takich bukietów warto :))))))


*Czytajcie szybciutko, bo najpewniej po głębszym zastanowieniu usunę powyższą notkę :P

15 lutego 2014

Ain't it fun ... ?

Sobotnia nuta.
Moja nowa miłość.
O stopniu mego zasłuchania niech zaświadczy pewien fakt ...
Zasiadłam przed komputerem z mokrą ścierą dzierżoną w dłoni z zamiarem "na chwilę", zapuściłam Paramore, zapatrzyłam się i zasłuchałam ... Przepadłam. W  międzyczasie Młodsza zignorowała moje wcześniejsze porządkowe prośby i zdemolowała powoli przeze mnie odgracany pokój, czekające na stole leniwe kluchy ostygły, a  ja odeszłam od komputera w mokrych portkach :D

Bardzo dobry tekst.
Elektryzujący głos.
Fajna nuta i klimatyczny teledysk.
Piękna kobieta. (Panowie też niczego sobie :)
Słucham sobie. Dumam sobie.





Chętnie bym gościnnie wystąpiła w tym teledysku ^^

4 listopada 2013

My October

Październik. Pierwsze skojarzenie to ... wielkie święto w Mniejszym Mieście - odpust parafialny i moc atrakcji dla dużych i małych miłośników tandety. Choć nie powiem ... łezka w oku zakręciła się na widok piłeczek wypełnionych trocinami skaczących na gumkach czy gwizdków w kształcie kogucika ;)
Łopoczące na jesiennym wietrze kolorowe balony, pędzące karuzele, przeraźliwie głośna muzyka, co i rusz słyszany huk wystrzelanych petard i kapiszonów, kakofonia bombardująca moją głowę ... 
Najistotniejszy punkt programu - stoisko z kolorowymi perukami! Koniecznie trzeba było wszystkie przymierzyć, a na drugi dzień tata musiał szukać odpowiedniego modelu w Większym Mieście :)  
A wisienką na torcie pierwszy pierścionek od Tatusia.
Starsza zadowoliła się walką z potęgą grawitacji.
Wata cukrowa coraz częściej przegrywa z kretesem z wizją lepiących się po jej konsumpcji łapek. Zaserwowano więc mimo mroźnego i wietrznego dnia lody. Przy akompaniamencie całego majdanu smakowały nad wyraz wybornie. Zresztą zakazany owoc sam w sobie smakuje najrozkoszniej :) Sami prosiliśmy się o wolne od przedszkola, więc właśnie tak zaczęliśmy październik.

Październik był miesiącem bardzo ubogim we wspólnie spędzony czas. Stąd mało do wspominania. I wciąż nam siebie mało ... Bo nadal cieszy tylko to co dookoła Ich, Nas ... Cała reszta wciąż czeka na stabilizację. Chaos i niepewność wciąż rosną w siłę.
Mimo to nie poddawaliśmy się. Było troszkę spacerów i zbierania liści, troszkę późnych powrotów z wędrówek paluszków po paciorkach różańca, trochę pięknych skrawków nieba, trochę wspólnych zabaw na placu zabaw, trochę lepienia, klejenia, wycinania i malowania, dużo wieczornego czytania, tulenia i całowania ...




13 października 2013

You wouldn't believe your eyes

I'd like to make myself believe
That planet Earth turns slowly
It's hard to say that I'd rather stay
Awake when I'm asleep
'Cause everything is never as it seems
When I fall asleep ...




Nie mogę przestać jej słuchać.
Ostatnio piłowana również na kinekcie ;)
Jestem w tym nie do pobicia! Starsza nie odrywa ode mnie oczu, Młodsza nagle milknie i obserwuje ... :D Szczególnie jeśli nie stoję jak przysłowiowy słup soli, tylko daję z siebie wszystko ;) Nie znały matki od tej strony* ;P
Starsza:

-Nie wiedziałam, że potrafisz TAK śpiewać ... ! - zachwyt wymieszany ze szczyptą lizusostwa ;)

Nie oszukujmy się, dziecko w tym wieku patrzy na matkę bezkrytycznym okiem ... Na szczęście! :)

Dziś okupiłam mój wynik zdartym gardłem ;/ Booooli! Do tego piekielna migrena i początek jakiegoś choróbska. Znów coś się do mnie przypałętało. Zaopatrzona w wielki kubeł gorącej herbaty z konfiturą i aspirynkę próbuję czytać. Głowa pęka. Chyba nic z tego nie będzie ...

*Sama już zapomniałam jaka kiedyś była ze mnie szalona i rozrywkowa bestia. Jeszcze trochę i sama nie uwierzę w tamte wspomnienia ;) Oj zmieniłam się. Bardzo. Kurde ... spoważniałam. Dużo mniej we mnie z dziecka, mniej szaleństwa ... Ta świadomość boli bardziej niż zdarte gardło + cała reszta.

Udanej reszty weekendu
:***


9 października 2013

Slow

Umiejętne leniuchowanie to  prawdziwa sztuka.
Kto ją posiadł, ten jest wielkim szczęściarzem.

Ostatnio częściej daję sobie luz. Odpuszczam. Zwalniam. Wiem już że nie ma ludzi niezastąpionych. Z pewnym ociąganiem przyjęłam do wiadomości ten fakt ;) W końcu zrozumiałam, że choćbym stanęła na rzęsach, to i tak nie sprostam wszystkiemu i wszystkim ... Daję więc sobie fory i wrzucam na luz. Chwilę oddycham pełną piersią. Podkreślam użycie słowa "chwilę", które pojawia się tu nie bez powodu.
Do pełni szczęścia brakuje wiele, gdyż ...
Niestety nie jest to odpoczynek zupełny ... Nie jest to reset idealny ... Bo teoria to jedno, a praktyka zazwyczaj nie idzie z nią w parze ...
W międzyczasie więc pojawiają się zupełnie niepotrzebne wyrzuty sumienia. Irracjonalne obwinianie siebie za wszystko. Za całe zło świata. Za czyjś gorszy dzień, czyjś grymas twarzy, za czyjeś łzy i smutek ... Bo tu mogłam więcej, a tam może mniej ... I może teraz nie powinnam ... No bo jak to tak "marnować" czas? I nigdy nie uszczęśliwię wszystkich. A tak bardzo bym chciała ...
Daję się wplątać w pajęczynę tych myśli.
Wypełzają one z najgłębszych zakamarków świadomości, skradają się po cichutku i gdy tylko ułożę sobie w głowie misterny plan bycia inną, spełzają na mnie niczym tłusty sos na śnieżnobiały i wykrochmalony obrus.
Jednak bywa, że mam w sobie potrzebną siłę, zacięcie, upór. Najskuteczniejszym i zarazem najczęstszym motorem do działania (a raczej jego braku) jest wnerw totalny bądź zwyczajne wypalenie i towarzyszące mu poczucie bezsensu.
Otrząsam się wtedy z natrętnych myśli i wywabiam szybciutko plamę - sięgam po mój sprawdzony zestaw. Zestaw idealny do usuwania najbardziej opornych plam.
I odpływam. Zatracam się całkowicie. Przez moment mnie nie ma. Dla nikogo. Bez wyjątku.
Niecierpliwie wypatruję dnia, w którym opanuję do perfekcji trudną sztukę lenistwa. Nie takiego na moment. O nie! Sztukę prawdziwego lenia!




Lenistwo. Ile to się człowiek musi namęczyć żeby mniej pracować ...
;)

12 września 2013

Jesień

W dwóch słowach - Jest Dobrze.
W trzech - nie jest źle/mogłoby być lepiej ;)
Szerzej? Gonię czas. Wykradam dla Nas jego marne ochłapy. Wyrywam siłą z każdego dnia. Wyciskam ile tylko można ... Na ile starczy sił ... A tymczasem dni nic sobie z tego nie robiąc pędzą jak szalone. Dni jak godziny ... Godziny jak minuty ... Minuty jak sekundy ... Jeden tydzień goni drugi. Egzystujemy od niedzieli do niedzieli - bo tylko wtedy jest tak jak kiedyś ... , na pełnych obrotach wokół odpowiedniej osi ... To właśnie wtedy jest nasz czas, nad którym w tym jednym, jedynym dniu mamy kontrolę, gdy wszystko zależy tylko od nas i możemy go spędzić jak tylko nam się wymarzy ^^ A marzy nam się dużo fajnych rzeczy ... -  chyba tych niedziel nam zabraknie ;)

Ani się obejrzeliśmy i już po lecie. Chłodne o poranku podłogi pozwalają łatwo, szybko i skutecznie wyrwać się ze zdradliwych macek błogiej drzemki ("jeszcze minutkę" ;), która to nie ułatwia rozstania z ciepłą i jakże pożądaną o tej porze kołdrą, ale przecież jest tyle rzeczy do zrobienia :). I są chęci, jest zapał do działania ... Oby nie tymczasowy! Szarówa za oknem okraszona coraz to cięższą mgłą stwarza klimat iście bajkowy i tajemniczy. Skradają się w niej wśród liści jeże, myszy i pewnie też te małe parkowe żabki, których trochę się boimy ;). Nawet siąpiący deszcz nie jest w stanie odebrać nam różowych okularów! - to wszak okazja do wskoczenia w kalosze! Jedynie żal chować letnią garderobę - zwiewne sukienki i całą resztę ...  Nie nacieszyliśmy się sobą ;) Ale nie ma tego złego ... Ukochane jesienne parki i płaszczyki już czekają aż zrobimy z nich użytek. A omotać się samemu odziedziczoną po starszej siostrze chustą, to już taaaak istotny punkt programu! Wszak nikt nie zrobi tego lepiej od Niej, co nie omieszka dać matce do zrozumienia (to Młodsza, z której wyrasta coraz większa Zosia Samosia) ;)

Polubiłam jesień. Z całym jej arsenałem. Z jej wszystkimi skarbami (które to powoli znosimy do domu), z zapachem pyrkoczących na ogniu powideł, z plackiem ze śliwkami pod kołderką z kruszonki, z szeleszczącym dywanem z liści, z ciepłym słońcem skrzącym się wśród wielobarwnych koron drzew, z pięknymi zachodami słońca, z ciepłymi skarpetami naciągniętymi na zmarznięte stopy, z kubkiem gorącego kakao - nieodłącznym elementem chłodnych jesiennych poranków i wieczorów, z nadzwyczaj dobrze teraz smakującą książką, z ciepłym płomieniem i kojącym zapachem świec, z suszącą się lawendą, z wrzosami, na których punkcie w tym roku dostałam "fisia", i wreszcie z powrotem do ukochanej szkoły i przedszkola (do starych adresów, bo zdecydowaliśmy się nie przenosić dziewczyn, co nieco komplikuje układ dnia, ale za to daje upragniony spokój głowie i brak wyrzutów sumienia - uff! ^^ I w nosie mam to, że "wszyscy" pukają się w czoło. Mój wybór. Moja decyzja. I wara! ;).

To będzie dobra jesień ... ^^ Idealna dla ukołysania rozochoconych myśli ... Dla przegonienia reszty smutków ... I znów rozpoczynam sezon na nią ... <klik> ^^















23 sierpnia 2013

Pandemonium

To nie tak, że opuściła mnie wena. To nie tak, że dopadł mnie leń. To po prostu nowa rzeczywistość, w której bezskutecznie próbuję się odnaleźć. I jakkolwiek bardzo nie pragnęłabym zapanować nad moim obecnym życiem, tak na chwilę obecną ... nie ogarniam. Po prostu wymiękam i milion razy dziennie bezgłośnie krzyczę aż do zdarcia gardła. Mój niemy krzyk jest wynikiem bezsilności. A gorszy od fizycznej niemocy, permanentnego przemęczenia i braku optymizmu, jest chaos w głowie. Milion myśli na sekundę bezustannie bombardujących mój pozorny spokój ...




I zajadam te moje smutki, dylematy i złości w towarzystwie wciąż nieopanowanej przestrzeni życiowej, i zastanawiam się czy to już depresja ;) , czy może tylko dość specyficzna forma buntu przeciwko całemu złu, które wciąż skądś wyłazi i depcze mi po piętach. Choć nie jest chyba jeszcze ze mną tak źle :))) , bo dostrzegam promienie słońca i wciąż potrafię marzyć ^^
 

15 lipca 2013

Selekcja

Pieprzony 2013. Pieprzony deszcz dudniący w szyby. Pieprzony obiad, który przecież trzeba ugotować. Pieprzony bałagan i pieprzone pranie. Pieprzona niechęć do pracy.
A od zeszłego tygodnia pełny etat. Gdyby to była praca moich marzeń ... Ale nie jest i nie ma się z czego cieszyć, tym bardziej, że ten cały etat, to tak naprawdę półtora etatu i zero czasu na cokolwiek poza nią! I jeszcze nawet nie mogę sobie ponarzekać, bo przecież tak trudno o "dobrą" pracę i zawsze może być gorzej, a życie jest piękne i trzeba się cieszyć każdą cudowną minutką! Phi! Sorry ale nie dziś.

Co to za życie bez czasu na jakąkolwiek kontemplację ... ? Nie mamy czasu by zatrzymać się na chwilę, by z podziwem spojrzeć na słońce skrzące się na tafli jeziora, na biedronkę drepczącą po źdźble trawy, na krople deszczu spływające po szybie, to kiedy mamy mieć czas na życiowe dywagacje, rozważania egzystencjalne czy wszelkie przemyślenia natury duchowej ...
Wczoraj był człowiek, dziś już go nie ma. Życie toczy się dalej jakby nigdy nic. Tak to. Właśnie tak zapominamy o słowach "spieszmy się kochać ludzi ..."... Jest dokładnie tak jak w komentarzu pod ostatnim postem, komentarzu od anonimowej Kasi. Dziś nie ma czasu na to co w życiu ważne, ani na rozczulanie się nad sobą. Trzeba być twardym, nie "miętkim"! I w tych idealnych, cieplarnianych warunkach rosną sobie zagorzali egoiści i ludzie ukryci w swych twardych skorupach ... Takim "twardzielem" być może stanę się i ja. Bo przecież życie hartuje bezbłędnie.

Dobija mnie ten rok. Mam dość tych wszystkich "niespodzianek". Selekcja na każdej linii. Ostre cięcia. Same duże zmiany. Zbyt dużo spraw skumulowało się w jednym czasie. Mam ochotę uszczypnąć się i sprawdzić czy to nie zły sen, ale boję się ...

Ograniczam otaczające nas przedmioty do absolutnego minimum. Wyrzucam, odkładam, pakuję. Staram się być bezlitosna w selekcji, ale z całego serca tego nie znoszę i wciąż się tego uczę! Wykańcza mnie to psychicznie i fizycznie. Bardzo pooooowoli wszystko przewozimy :((  Niby jest tego niewiele, ale jak przychodzi co do czego, to nie wiadomo od czego zacząć i końca nie widać. Już nawet nie liczę spakowanych kartonów. Nasza trzecia przeprowadzka. Zważywszy na kierunek każdej kolejnej - mamy bardzo pokrętne życie. Albo po prostu jesteśmy idiotami.




9 lipca 2013

A mogło być tak pięknie ...

Czasem naprawdę niewiele brakuje do tego by mogło być idealnie ... W takich chwilach świadomość tej luki i to że jej zapełnienie jest niestety niemożliwe, wręcz niewykonalne boli jeszcze bardziej ...






Wakacje upływają w atmosferze pośpiechu, zdenerwowania i powietrza ciężkiego od niewypowiedzianych słów. Bo przychodzi czas, że szkoda strzępić języka ... Bo przychodzi ten moment, gdy zaczyna nam być już wszystko jedno ... Bo nagle dociera do nas, że to najgorsze rozwiązanie może być w rzeczywistości naszym wybawieniem ... I otula mnie dziwny spokój podszyty niepokojem. Jakkolwiek głupio i niedorzecznie by to nie brzmiało, tak jest to najprawdziwsza prawda ...


1 lipca 2013

My heart can't stop it

Nie cierpię plucia jadem ... Nie cierpię być pouczana ... I tak wiadomo że zrobię po swojemu, choćby na przekór ...
Czasem przydałoby się wyłączyć głośność, zatkać uszy i zagłuszyć śpiewem la la la ... Wbrew pozorom wcale nie jest to proste ...


11 czerwca 2013

Kiepski żart

Moje aktualne życie przypomina kiepski film. Dużo się dzieje, co i rusz następują nieoczekiwane zwroty akcji (widz pozostaje w nieustannym zdumieniu połączonym z wytrzeszczem oczu, stanem osłupienia oraz niedowierzania), wątki poboczne mnożą się jak grzyby po deszczu, ale niestety tak dobrze zapowiadającą się fabułę psują źle rozpisane losy głównych bohaterów. Ich wybory i decyzje. Nijak mające się do obranego wcześniej scenariusza. I dialogi do d..y! Poniżej krytyki. Scenariusz może i był ciekawy, ale w międzyczasie zmieniono scenografię i dekoracje, a ktoś dopisał bardzo smutne zakończenie. Wyszła wielka kicha. Widz oczekujący happy endu zawiedzie się po stokroć. Chyba, że reżyser zdecyduje się na kontynuację swego dzieła, zatrudni lepszego scenarzystę i da drugą szansę swoim kiedyś jakże barwnym, a dziś nieco wyblakłym postaciom. Tylko nie wiem czy ktokolwiek zgodzi się zagrać w takim filmie ...


źródło


Nie ma we mnie ani za grosz odwagi. Brakuje mi zdecydowania w każdej życiowej kwestii. Nawet tej najbardziej błahej ... Przykład. Ja wczoraj u fryzjera. Dotarłam na miejsce z gorącym postanowieniem zmiany - miało być bardzo krótko! Brałam również pod uwagę zmianę koloru! A wyszłam stamtąd ... z podciętymi końcówkami, tym samym kolorem i poczuciem niewykonanego zadania. Jedynym szaleństwem na jakie się zdobyłam, była grzywka. Ale taka bardzo zachowawcza i bezpieczna, czyli zupełnie nie taka jaka chodzi mi od pewnego czasu po głowie. Jestem zła na siebie, na swoją niekonsekwencję i "dupowatość". Doszło do tego, że sama siebie zawodzę. 
I tak jest ze wszystkim. Zachowawczo w każdej dziedzinie. Zero zdecydowania. Zero pewności. Same wątpliwości. Brakuje mi mojego szaleństwa. Męczę się przebywaniem we własnym towarzystwie. Do tej pory nie sądziłam, że to w ogóle możliwe.

A szykuje się prawdziwa rewolucja w moim, naszym życiu. Głównie w życiu dziewczyn. Szereg zmian. Jedna pociągająca za sobą drugą. Bo wszystko układa się nie tak jak powinno. Zupełnie jakby cały wszechświat potajemnie sprzeciwiał się naszym planom.
Podróż z punktu A do punktu B. A w zasadzie z punktu B do punktu A, bo przecież jest to powrót do przeszłości.

Chciałabym się obudzić i stwierdzić, że to był tylko zły sen ... Bo coraz częściej właśnie tak postrzegam swoje życie.
Przychodzi mi teraz na myśl czyjaś kwestia z jakiegoś filmu. Nie pamiętam jakiego, ale leciało to jakoś tak:

"Nie masz czasem wrażenia, że jesteśmy bohaterami czyjegoś monstrualnego żartu ...?" 


Liczę, że w końcu i ja zaśmieję się na finiszu, że dokądś prowadzi ta droga donikąd, że po coś to wszystko jest, że jak wszystko, tak i to ma jakiś (jak zwykle ukryty) sens. 


7 czerwca 2013

Fuck this life i najpiękniejszy dzień w życiu

Psu na budę takie blogowanie. Bo cóż za notka może powstać po półgodzinnej niechcianej drzemce niweczącej wszystkie moje wieczorne plany ... ? Cóż za pokłady energii mogą mieścić się w mym jakże teraz rozespanym i rozmemłanym ciele ... ? ;) Jak odnaleźć gdzieś zgubioną w ciągu tych 30 minut wenę?
Po pół godzinie snu (ponoć tak zbawiennej i mającej regeneracyjny wpływ na organizm!), z grzbietem książki wbijającym się w szyję, z Młodszą słodko pochrapującą tuż przy moim uchu, wreszcie z budzącymi mnie hałasami dobiegającymi zza łazienkowych drzwi (to Poślubiony!), wróciłam do świata ludzi chronicznie niewyspanych!!!! I spieszę donieść z pola walki, że FUCK THIS LIFE! Że już wiem, że czerwiec będzie miesiącem buzujących bezustannie myśli, że choćbym jak nie wiem bardzo chciała podjąć dobrą decyzję, to nijak nie zbliżyłam się do niej ani o jeden mały kroczek ... A przede mną cały poligon takich Dużych Spraw ... Zniesmaczona, zrezygnowana, pogubiona, szukam sensu w dniu codziennym, wypatruję choćby najmniejszych chwil szczęścia, próbując ładować akumulatorki i szukać odpowiedzi na te najważniejsze pytania.

Festyn Rodzinny 2013


Plastusiowe Talenty :)) I Młodsza nagrodzona dyplomem za zdolności plastyczne. Puchłam z dumy! :)
3 górne rysunki są jej autorstwa :) Jej pierwsza mini-wystawa!



Balony, głośna muzyka, karaoke i duety rodzic-dziecko ... - oczywiście nie odważyłyśmy się ;)
I stoły uginające się od ciast, ciasteczek, malutkich kanapeczek ...


I zaledwie kilka z wielu licznych konkursów. Więcej nie udało mi się uwiecznić, gdyż Młodsza biegała non stop z jednego dmuchańca na drugi, a ja za nią ;)

Konkursy plastyczne ...






Tu bardziej sportowo ... Rzut woreczkiem! Nagrody mobilizowały - zapał nie malał!



I bardzo emocjonujące siłowanie się - przeciąganie liny ... :)




Znów kreatywnie ...



 

I gwóźdź programu! Absolutny hit! Już nie boimy się duuuużych dmuchańców!



Tych mniejszych nie baliśmy się nigdy :)





Zostaliśmy też obdarowani spóźnionymi prezentami  z okazji Dnia Matki, połączonego z Dniem Ojca.
Nasze prezenty ^^ Dla mnie kula - do kolekcji! , boska, wykonana własnymi łapkami ze słoiczka po musztardzie :) , wręczona z zapytaniem "A czy może to być nasza wspólna kula?" ;))) SIĘ podoba! Żal oddać :) SIĘ rozumie, więc dzielimy się sprawiedliwie :) Dla Taty - samochód! I to jaki!





A na deser podsumowanie dnia przez Młodszą:
-To był najpiękniejszy dzień w moim życiu ... - wypowiedziane mega rozmarzonym głosem ^^

 I jak tu się nie uśmiechnąć ... ?  :))

Ehh... dzieckiem być ... ^^