Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamila poleca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamila poleca. Pokaż wszystkie posty

20 lutego 2016

O. Szustak, Mela i Michelle Williams

Uważny luty trwa w najlepsze.
Niezapomnianymi przeżyciami zapisuje się w pamięci.
Każdy wielkopostny filmik o. Szustaka daje do myślenia i pokazuje proste rozwiązania na to jak żyć pełniej, głębiej, uważniej ... Proste rozwiązania,  o których zapominamy w swoim codziennym zabieganiu.  Zupełnie nienatrętna i bezbolesna "przypominajka" nie tylko dla wierzących ... Bez zbędnego umoralniania, bez zbędnych słów ... Poprostu jednym słowem.
Marzenia? Proszę bardzo. Realizuję.
Tydzień temu szykowałam się na ten koncert.
Zachwycająca Mela.  Zupełnie nowe aranżacje mniej i bardziej znanych utworów.  Skoczne dźwięki ukulele. Niezwykła gra świateł. Gwiezdna iluminacja świetlna.
Całość prezentowała się lepiej aniżeli na płycie. Dreszczem doznań raz po raz niosła się po ciele.
Jeśli tylko zdarzy się sposobność ... koniecznie powtórka z rozrywki.


*****A dziś, w ramach doznań duchowych,  jeden z moich ulubionych filmów - "Take This Waltz" - z genialną Michelle Williams w roli głównej, świetnymi zdjęciami, przepiękną ścieżką dźwiękową - o 20.10 na TVP Kultura! TUTAJ o nim pisałam.
Kto nie widział - nie do przegapienia!


























 




14 marca 2015

Smakuje, pani Aneto.




"Joanna zgodziła się na ten film głównie dla syna. Wiem, że pisała do niego listy. (...) A ja będę szczęśliwa, gdy po obejrzeniu mojego filmu kawa będzie smakowała jak nigdy dotąd."

 Aneta Kopacz o swoim filmie "Joanna"
/"Wysokie Obcasy" nr 11/2015/

TUTAJ możecie przeczytać cały artykuł


22 lutego 2015

Informacyjnie.

Wpadłam rankiem do Kropki i przepadłam.
Najpierw w LEOBLOGU - nie mogłam oderwać się od komputera.
Podczas gdy łzy kapały na kołdrę, ja odpłynęłam gdzieś daleko. Daleko od katarów, narastającej gorączki, nieprzespanej od męczącego kaszlu nocy (zaledwie jednej nocy - phi!), nużącej pracy i braku perspektyw na przyszłość. Bo czymże to wszystko jest wobec historii Leosia i jego rodziców ...
Później szybka rejestracja na ninateka.pl
Teraz już tylko czekam na wieczór i długo wyczekiwaną prezentację.

Tylko dziś, w godzinach 19:00-22:00, na stronie ninateka.pl, wyjątkowy, jednorazowy, bezpłatny pokaz filmu Anety Kopacz "Joanna".

Kto czytał Chustkę, kto zna jej bloga i tę historię, ten wie że nie można przejść obojętnie obok tego dokumentu.
A kto nie zna, nie słyszał, niechaj szykuje się na wieczorny seans. 
Bez wątpienia warto.
Piękna lekcja dla Każdego, bez wyjątku.








25 lipca 2014

Five minutes of heaven (z mocnym przytupem)

Magiczne pięć minut.
Wykradzione w środku dnia.
Tylko dla mnie.
Sierpniowe wydanie "Mojego mieszkania" (i towarzyszący kontemplacji błogostan ^^) w połączeniu ze smaczną i koniecznie słodką przekąską (wariacja kubków smakowych).
Na stół wjechało ... ciasto na maślance w towarzystwie soczystej śliwki i chrupiącej kruszonki.
Choć wizualnie do złudzenia przypomina drożdżowca, łamie serce wilgocią sprężysto-mięsistą i delikatnym maślanym smakiem ... Mmmm... Pycha.
Tak pyszne (i niezawodne), że dziś z rozpędu poczyniłam je ponownie. Tym razem z dodatkiem rabarbaru*. Na bogato :))

Ciasto na maślance z owocami

Składniki:

Ciasto:
- 1 szklanka maślanki
- 2,5 szklanki mąki pszennej
- 3 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 (nie)pełna szklanka cukru - w zależności co kto lubi ... Osobiście bojąc się, że ciasto będzie za mało słodkie, nagminnie je ... przesładzam ;D Wedle mojej oceny im mniej w placku z maślanką cukru, tym lepiej.
- 1 cukier waniliowy (1 duże opakowanie - 30 g) - tu nie żałujemy, sypiemy szczodrze :)
- 3 jajka
- 1/2 szkl. oleju

 Dodatkowo:
- ulubione owoce - (świeże bądź mrożone) - jako że sezon w pełni, aktualnie rządzą u nas śliwki i rabarbar, naprzemiennie lub w słodko-kwaśnym połączeniu :)

Kruszonka:
- 125 g masła
- 125 g cukru (niepełna szklanka)
- 1 mały cukier waniliowy (15 g) - no ba! ;) I tu nie może go zabraknąć ^^
- 250 g mąki pszennej (2 pełne szklanki)

Przygotowanie:

Ciasto:
Ponieważ gotowa masa jest dość gęsta, wyrabiam ją mikserem. Całe jajka ubijam najpierw z szczyptą soli (siła przyzwyczajenia ;), pod koniec ubijania dodaję cukier i cukier waniliowy. Gdy masa cukrowo-jajeczna stanie się puszysta, wlewam maślankę (cały czas miksując już na zmniejszonych obrotach) i olej. Mąkę mieszam z proszkiem do pieczenia (przesiewam) i powoli dodaję do ciasta (cały czas miksując). Gdy składniki połączą się, a ciasto zacznie puszczać pęcherzyki powietrza, wyłączam mikser ;)
Gotową masę przelewam do blaszki o wymiarach 25 x 35 cm (duża blaszka) wyłożonej papierem do pieczenia i sięgam po wcześniej przygotowane owoce.

Owoce wcześniej myję i oczyszczam. Rabarbar kroję na 1 cm kawałki, śliwki w połówki (ułożone na placku skórką do dołu! , w "łódeczki").

Kruszonka:
W małej misce skubię (ręcznie) masło z cukrem. Następnie dodaję mąkę tak, by powstały grudki.
Rozkruszam na owocach.

Tak przygotowane ciasto wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temp. 180 stopni i pieczemy ok. 35 minut - czas pieczenia zależy od wymiaru blaszki jakiej użyjemy oraz od ilości ciasta (ja ją za każdym razem podwoiłam, czas pieczenia wydłuża się wtedy do godziny.).
Głównym kryterium oceny czy ciasto nadaje się już do spożycia, nie jest "suchy patyczek" (to rzadko przeze mnie praktykowany zwyczaj kaleczenia wypieku ;) , gdyż chcąc zapobiec opadaniu ciasta, nie zaglądam do piekarnika w trakcie pieczenia), tylko po prostu stopień zrumienienia kruszonki. Gdy jest lekko zarumieniona, wyłączam piekarnik i po krótkiej chwili uchylam delikatnie drzwiczki piekarnika, żeby nadmiar pary (spowodowany użyciem sporej ilości owoców) uleciał i nie popsuł tego, na co tak ciężko i w pocie czoła pracowałam (przesiewanie mąki, itd. ;).
Nie ma zakalca, nie ma zbyt wysuszonego spodu (jaki to często zdarza się w drożdżowcu) ...
Gdy ciasto ociupinkę przestygnie, odkrawam jego wielki kawał, posypuję szczodrze cukrem pudrem i przeprowadzam konieczną degustację :))

Bon appétit!






A teraz spróbuję usnąć po jeszcze gorącej projekcji "Chrztu" Marcina Wrony (dramat obyczajowy z 2010 roku - Srebrne Lwy na festiwalu w Gdyni).
Za mocne to dla mnie kino ...
Stanowczo za mocne na moje słabe nerwy.
Że też zawsze muszę włączyć telewizor w najmniej odpowiednim momencie (!).
I cóż z tego, że specyficznego kina staram unikać się ... ?
Choćbym w planach żadnego nie miała, trafię na takie to to, a później oderwać się od tego nie mogę, choć na kilometr wyczuwam, czym pachnie ...
I kończy się bólem brzucha, skubaniem pazurów, wreszcie w ostateczności przejętym pytaniem rzuconym w moje prawo: "Obejrzysz ze mną ... ?"...
A Prawo odpowie krótką ciszą, zbada materiał krótkim, aczkolwiek uważnym spojrzeniem ... A że nieobca mu moja wrażliwość ...
 "Po co Ty to oglądasz ... ?" - spyta wreszcie w odpowiedzi.
W zamian jeno ciszę usłyszy i tętent przejętych myśli.
I dojrzy jeszcze dłonie spocone niespokojnie błądzące po kołdrze,  może ruch ciała moszczącego się nerwowo w łóżku zarejestruje ... Jeszcze kilka razy na niestosowność repertuaru uwagę zwróci, dalsze oglądanie odradzi, po czym zniechęcony brakiem posłuchu do swej gry* wróci ...
I tak aż do napisów końcowych.
Tym o mocnych nerwach, polecam.
Pozostałym zaś sugeruję znalezienie odpowiedniego (czyt. chętnego) kompana ;)





*rabarbar od sąsiadki zza płota - pozdrawiamy!!! :)
*Empire Four Kingdom - gra strategiczna, phi!

15 lutego 2014

Kamila poleca! ;)


Powoli znów zaczyna się tu robić monotematycznie.
Kolejny post z cyklu "Kamila poleca" ;)) ...
Choć z drugiej strony nie będzie to czysto chwalebny trel.

Z numeru na numer coraz mniejsza przyjemność towarzyszy wertowaniu  stron tego pisma. Albo się starzeję i zmieniły się moje oczekiwania co do tego rodzaju prasy, albo po prostu dotąd ulubiony TS podupada na jakości.
Coraz bardziej drażni moda nie dla mnie, kosmetyki nie na kieszeń przeciętnego Polaka czy milion dla nikogo interesujących reklam.
Jedynie bardzo dobre wywiady ubrane w świetne zdjęcia oraz ciekawe reportaże i raporty powodują, że wciąż sięgam po ten tytuł.

Jednak w tym miesiącu to okładka zaważyła, a raczej to, kto na niej się znajduje.
Magdalenę Boczarską UWIELBIAM! Miałam okazję i niebywałą przyjemność podziwiania jej gry aktorskiej na żywo [tutaj] i od tamtej pory jestem jej wielką fanką.
Polecam wywiad  z aktorką w najnowszym TS.

Pierce'a Brosnana natomiast szczerze nie trawię :P Nie rwę się więc specjalnie do obejrzenia dołączonego do numeru filmu.
Nic tu nie wskóra tytuł najlepszej europejskiej komedii ubiegłego roku.
Zresztą najpierw musi się on ustawić w dość długiej kolejce filmów do obejrzenia.
Póki co plasuje się na szarym końcu.
:))


***









12 lutego 2014

Bardzo ambitny plan :)

Ten tydzień zaplanowałam znów na filmowo.
Ambitny plan w toku.
Siedem filmów w siedem dni.
Jeden film na jeden wieczór.
A wszystko po to by jak najdalej i jak najskuteczniej uciec od koniecznej papierologii. Brrrr...
Co się odwlecze ... ;)
A tymczasem ...
Takiego stosiku jeszcze tu nie było!






10 lutego 2014

Filmowo

Rozochociłam się filmowo.
:))

Pozostając w tematyce małżeńskiej, w klimacie małżeńskiego przesytu, znudzenia  i zwątpienia w to, że jeszcze może być pięknie ...
Znów o potrzebie zaznania  miłości, szczęścia, spełnienia ... choć tym razem z zupełnie innej strony ...
O niegodzeniu się na wygasającą namiętność ...
O pięknej dojrzałej miłości.
O miłości, o którą zawsze warto walczyć ...
Wbrew pozorom wcale nie lekki film. Osobiście nie odebrałam go jako komedii.
Ścisnięte gardło towarzyszące poznawaniu tej historii jest dla mnie wyznacznikiem, że nie był to stracony czas i że opcja "podaj dalej" będzie tu jak najbardziej na miejscu.
Brawurowa gra aktorska Meryl Streep i Tommego Lee Jonesa. 
Dawno już oglądaniu filmu nie towarzyszyły łzy wzruszenia wymieszane z najszczerszym uśmiechem filmowej satysfakcji.
Ciepłe i pouczające kino.
Polecam nie tylko małżeństwom z długim stażem.




7 lutego 2014

Take This Waltz

W lunaparku, na karuzeli, nawet tej najbardziej tandetnej, gdy ciemność wszystko spowija, kiedy muzyka głośno gra, a migoczące światła szaleją, wszystko wydaje się być proste, zabawne i jednocześnie magiczne. Łatwo wtedy poddać się magii chwili.
Gdy karuzela gwałtownie zwalnia tempo, po to by za chwilę zatrzymać się zupełnie, dźwięki zaś ustają, a barwne kaskady świateł przestają oślepiać, powrót do rzeczywistości bywa mało przyjemny.
Nie ma bowiem w życiu nic trudniejszego od zmagania się z codziennością.




Oprócz kilku wyjątków od reguły praktycznie nie zdarza się bym z własnej nieprzymuszonej woli obejrzała powtórnie jakiś film. Na palcach jednej ręki mogłabym wymienić tytuły zawsze tak samo dobrze smakujących odgrzewanych powtórek.
Jednak od tego filmu uzależniłam się już od jego pierwszych minut, od pierwszych klimatycznych niespiesznych ujęć.
Wrył się on w moje myśli i nie chce dać spokoju.
Obrazy wciąż siedzą głęboko w głowie, dźwięki wracają jak natrętna mucha, bezczelnie rozpychając się i rozbrzmiewając w myślach.
Wciąż łapię się na tym, że nucę
"video killed the radio star
pictures came and broke your heart (...)".

A piosence tej towarzyszy chyba najbardziej wymowna scena z całego filmu, według mnie będąca kwintesencją całego filmu, doskonałym jego podsumowaniem.
Smak i konsekwencje zakazanego owocu. Krajobraz po, gdy po fajerwerkach pozostają jedynie wspomnienia.
Kolorowo do czasu. Później coraz bardziej stonowanie, aż po wszystkie odcienie szarości. Bo proza życia dopada w końcu w mniejszym, bądź większym stopniu każdy związek, a miłość przecież zmienną jest.
Nie trudno pogubić się w tej prozie życia, zapragnąć na nowo oślepiających neonami świateł i radosnej muzyki ...
Chwili szaleństwa, która może przekreślić WSZYSTKO.
Czy tak się stanie ... ?
Sprawdźcie sami.

Genialny film o zmieniającej się miłości, o nasyceniu się sobą ...
O potrzebie miłości i spełnienia ...
O błądzeniu ...
 O wewnętrznej walce z samym sobą ...







3 lutego 2014

Niedzielnie


Zupełnie inny wymiar chilloutu ...
Marchewkowe i spółka.
Ciasto marchewkowe według przepisu Joasi [TUTAJ] . Kolejny kulinarny pierwszy raz, a przy tym (nie chwaląc się ;) udany debiut. 
Wyszło pysznie.
Pulchne, a zarazem wilgotne, z lekko spękanym i chrupiącym wierzchem. Pięknie pachnące mieszanką cynamonu, rumu i słodyczy marchewki. Bogate w bakalie (od siebie, od serca dorzuciłam jeszcze rodzynek).
Dobrze, że przezornie podwoiłam porcję! W przeciwnym wypadku po cieście nie byłoby już ani śladu :)

Do tego rozgrzewająca herbata z cytryną i miodem w ulubionym kubku ...
A także niezbędna obecność zapachowych świec (zupełnie jakby mało mi było naturalnych aromatów!).

I moja pierwsza powieść Wiesława Myśliwskiego. Sprowadzona do tutejszej biblioteki na moje specjalne zamówienie ^^ 
Owijam się tą opowieścią niczym kokonem cudzych wspomnień ... , jakże mądrych, barwnych i ciekawych ... 
Mistrzowska narracja. Monolog, od którego nie sposób się oderwać. Nieodparte wrażenie jakby obcowania z autorem, przysłuchiwania się tej "rozmowie", przypatrywania się całemu procesowi łuskania fasoli z bliska. Połykam literki odczuwając każdym nerwem niezwykle klimatyczną rozmowę.
Staranny język. Pozytywne myśli. Ciepło bijące z opowieści.
To nie jest książka do "odbębnienia" ... Tu ważne jest każde słowo. Każda kropka. Każdy przecinek.
Przy takiej prozie należy co chwilę przystanąć, zastanowić się, tyle ile trzeba rozkoszować się jej smakiem, a nawet zanotować, ocalić od zapomnienia ...
Za takie pióro i za tę niesamowitą życiową mądrość pokochałam od pierwszych stron!
Polecam bardzo!

***







"Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość, drogi panie, nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi." 

Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"



18 stycznia 2014

Literacki chillout

Planowany chillout odbył się z "lekkim"czasu poślizgiem późną nocą.
Jedna z nielicznych chwil wytchnienia.
Zasłużony błogostan.
Wyciszenie.
Kosztem permanentnego niewyspania.

Nigdy nie przepadałam za krótką formą opowiadania. Jednowątkowa fabuła zazwyczaj usypiała zmysły. 
Coś się zmieniło ...
Dobrze jest spostrzec, że i opowiadania potrafią zatrzymać czas ...
Może po prostu musiałam dojrzeć literacko ...

Wrażenia ...
Może to mylne jak często się zdarza pierwsze wrażenie, ale Munro czyta mi się podobnie jak Picoult ... Odbieram  równie lekko i przyjemnie, mimo że bez dynamiki akcji i nawarstwiania się wątków tak charakterystycznych dla twórczości tej drugiej.
Dość specyficzna lektura pozbawiona językowych udziwnień, na które nie zawsze czuję zapotrzebowanie.
Naszpikowana grą emocji lektura dostarczająca czytelnikowi przeróżnych doznań, bo nie sposób pozostać obojętnym na losy bohaterów, nie współczuć, nie znienawidzić ...
Na tym kończą się podobieństwa w pracach obydwu pań. Podobieństwa, które są dla mnie jak najbardziej tych opowiadań zaletą (!).

Co mnie uderzyło najbardziej podczas pierwszego spotkania z twórczością Munro ... ?
Jej styl pisania...  Kompletnie pozbawiony jakichkolwiek reguł ... i autorki w tym konsekwencja.
Prosty język (czasem tak prosty, że aż razi i "uwiera").
Czasem do bólu niestylistycznie, bez ładu i składu.
Zaskakująco.
Ale ...
... ale za to z całą gamą emocji przekazanych "mimochodem".
Bo u Munro diabeł tkwi w szczegółach ...

Wydawałoby się niepozorne rozmowy grają tu pierwsze skrzypce i stanowią idealny nośnik głównego przesłania ...
Prawdziwie nakreślone postaci, dramatyzm sytuacji ... - zupełnie jakby autorka sama znajdowała się kiedyś w każdej z opisywanych przez siebie sytuacji.
Opisywanych tak, że aż prawie można poczuć zawód, ból, niepokój, napięcie narastające między bohaterami ...
Odczucia bohaterów, myśli kłębiące się w ich głowach, ich sposób patrzenia na świat, proste przemyślenia i zaskakujące wnioski, do jakich dochodzą ...
Żonglowanie prostymi historiami zwykłych ludzi.
"Ubieranie" ich w emocje.
Tymi emocjami budowanie obrazu każdej postaci. I to na ich podstawie wyłaniające się specyficzne charaktery.
Chore relacje międzyludzkie, rodzinne, partnerskie ...
Wszystkie piorunujące.
Skłaniające do refleksji.
Czytam to co między wierszami ... i znajduję niełatwe podpowiedzi. Odpowiedzi.
Takiej lektury było mi trzeba na kolejnym życia zakręcie.

***






Sekretarz literackiej nagrody Nike, redaktor "Gazety Wyborczej" Juliusz Kurkiewicz pisał na łamach "Gazety":

"Mistrzyni jednego gatunku - opowiadania - osiągnęła w nim mimo zastosowania bardzo prostych środków efekt takiej głębi i złożoności, że bez wahania można ją ustawić w rzędzie największych mistrzów gatunku, obok Tołstoja i Czechowa. Ten zestaw nazwisk nie jest ani przesadzony, ani przypadkowy. Psychologiczna dociekliwość, bezgraniczna empatia wobec bohaterów (tzw. zwykłych ludzi), dyskretnie zarysowane, choć istotne tło społeczne, prostota języka i - przede wszystkim - wiara w obiektywny, uniwersalny wymiar literatury, mimo osadzenia historii w konkretnym pejzażu geograficzno-kulturowym, przywodzą na myśl mistrzów rosyjskiej prozy, czyniąc Munro jednym z najciekawszych zjawisk współczesnej literatury anglosaskiej."



14 stycznia 2014

Niewiele do szczęścia potrzeba ...

Zawsze bałam się tego ciasta. Wydawało mi się być ciastem czasochłonnym i dla "wtajemniczonych" ;) Tymczasem okazuje się, że to jeden z prostszych wypieków. Fakt ten cieszy podwójnie jeśli jest się etatowym pożeraczem tego rodzaju słodkości.
Do ciast pałam miłością wielką. Do tych z jabłkami ... szczególną.

Szarlotka! Serwowana zamiennie na zimno i na gorąco z lodami, w towarzystwie puszystej pianki, przyprószona szczodrze cukrem pudrem! Niebo w gębie! Moje serce się raduje i na chwilę zapominam o całym świecie ...  Kubki smakowe wariują ze szczęścia ... A Poślubiony, który do tej pory twierdził, że nie cierpi żadnej szarlotki i sumiennie jej unikał, teraz pożera aż mu się uszy trzęsą! :)

Na dokładkę lektura samej Alice Munro! Prezent niespodzianka dołączony do najnowszego numeru TS. Pędem do kiosku! Lektura obowiązkowa!
Już nie mogę się doczekać wieczoru spedzonego w tak doborowym towarzystwie ^^

Voilà!







Przepis (lekko zmodyfikowany - choć tylko w kwestii wykonania) stąd KLIK .


8 grudnia 2013

Muzycznie part 2

Przeszmuglowana od Sun ...
Bez zbędnych słów ... których tu naprawdę nie potrzeba ...
Ciarki na plecach, gęsia skórka i słona łza na policzku ...





Muzycznie

Myślałam, że Ellie będzie dla mnie artystką jednego przeboju ... KLIK
Jakże się myliłam ...




Mogę słuchać bez końca ...


25 września 2013

Piękno & pasje

Wszystkim kochającym takie tytuły jak "Weranda Country" czy "Sielskie życie" polecam jeszcze gorący egzemplarz "Piękna & pasji".
To pismo dla pasjonatów uroków sielskiego życia (ale nie tylko) ... oraz dla miłośników świata przyrody. Pismo dla ludzi cieszących się życiem oraz potrafiących zachwycić się urodą dyni czy wysuszonych strączków Lunaria annua ... (miesięcznica roczna - proszę jaka pouczająca lektura :))
Ciekawie o faunie i florze ...
Z pasją o uroczych zakątkach i mało znanych zabytkach ...
Inspirująco o ludziach pełnych pozytywnej energii, z pasją i pomysłem na życie. Osobiście urzekła mnie pani Izabella i jej lalki z gałganków. Cudne!
Piękne zdjęcia, obłędne przepisy, ciekawe artykuły, rzetelne informacje, praktyczne porady i moc inspiracji.
Jest tu przepis na nalewkę z dzikiej róży, jest pomysł na jesienne stylowe ponczo, na niebawem pożądane kotary i wiatrołapy, na witraż i lampiony ze srebrników, na prostą lampę z żarówki i słoika, a nawet na koronę z liści ^^
Całość czyta się jak dobrą książkę. Świetnie napisane teksty (!). Rzadko czasopismo pochłania mnie do tego stopnia. A w tym przypadku jestem oczarowana. Dobrze, że robi się jeszcze takie małe dzieła sztuki...  Serce włożone w to pismo czuć na kilometr. To pismo o pasji tworzone z pasją.
I nie - nikt nie zapłacił mi za tę promocję :) Choć gdyby szanowna redakcja poszukiwała kogoś do współpracy, to ja zawsze ... i chętnie ...  ;) (Wszak przygotowanie merytoryczne posiadam, a w klimat wpasowałabym się idealnie ^^) ;))
Dla mnie lektura doskonała! W sam raz na długie jesienne wieczory ^^
Jestem na tak! Rzućcie okiem :)




17 lipca 2013

Bez mojej zgody

Dobrze, że są takie książki ... Choć to smutne, że potrzebuję tego rodzaju lektury, by na nowo docenić wszystko co posiadam ... i dziękować Temu w niebie za każdy kolejny, zwykły dzień ...


 


Nie lubię niespodzianek. Nie lubię być zaskakiwana. Zakończeniem książki również. 
Lubię wiedzieć co mnie czeka, lubię spodziewać się czegoś i być na to przygotowaną. 
Tu autorce udało się wyprowadzić mnie w pole. 
Naturalnie nie liczyłam na żaden happy end ... Takowy wręcz popsułby całą powieść. Ale są pewne czytelnicze granice ;) Takich zakończeń nie lubię ... I za ten niespodziewany, okupiony autentycznym bólem koniec historii... mały minus dla książki. Choć dla statystycznego czytelnika, na pewno będzie on plusem.
POLECAM.

28 maja 2013

Blogging every day - Day 2 - Ostudzony zapał i trochę książek, czyli groch z kapustą ;)

Z serii "Z życia wzięte"- dialogi samochodowe:
-Wiesz? Biorę udział w wyzwaniu blogowym ... - jeden post dziennie! - chwalę się Poślubionemu dumna z siebie licząc na jakiś doping.
-Ty lepiej weź udział w wyzwaniu "Jeden pokój dziennie"! - :D Poślubiony brutalnie studzi mój zapał pijąc do chaosu, który ostatnimi czasy zapanował w naszym królestwie :D

I pojechałam posprzątać ... do mamusi :D Nie żebym była złośliwa i chciała w ten sposób zemścić się na Poślubionym! Po prostu wcześniej umówiłam się tak z własną rodzicielką. Wszak wiadomo ... Boże Ciało ... Mała miejscowość ... Niechby się kto wychylił i nie umył okien ... Od razu obraza Boga i Kościoła! A huczałoby o tej zniewadze jak w ulu ;D i przez tydzień co najmniej!
Namachałam się więc skrzydełkami przy myciu ...nastu skrzydeł okiennych i nabiegałam po schodach niezliczoną ilość razów. Wieczorem planowałam rozruszać się przy zumbie, ale w takich okolicznościach odpuściłam sobie ... I tak nie wiem czy jutro będę w stanie ruszyć ręką czy nogą ;) Ogólnie po powrocie do domu nie miałam już sił na nic. Szybkie naleśniki, sprawdzenie lekcji, kąpiel, do łóżek, zbiorowe czytanie i spać. A później już tylko chwila dla siebie, która najprawdopodobniej znów skończy się uśnięciem po przeczytaniu dwóch stron książki :/
Dobrze że chociaż dziewczyny mają codzienną porcję literek ^^ Jeśli Ktoś z Was szuka prezentu na zbliżający się wielkimi krokami Dzień Dziecka, gorąco polecam "Czarownicę piętro niżej" Marcina Szczygielskiego - niesamowity świat magii podrasowany świetnym humorem! - podczas dzisiejszego czytania dosłownie zrywałam boki :))) Co i rusz parskałam gromkim śmiechem, a razem ze mną Starsza. Młodsza w tym czasie była już w krainie Morfeusza ;)
Ale wracając do książki - jest to mój dotychczasowy absolutny nr 1 wśród dziecięcych książek! Po skończeniu lektury bardzo (!) chciałabym napisać o niej ciut więcej. 

A tu książkowe propozycje dla dużych dziewczynek ;) (dla panów w innym terminie)
Bo każdy z nas ma w sobie coś z dziecka ^^  Dlaczego więc nie mielibyśmy świętować i my, i zrobić sobie sami prezentu ... ?
Absolutne minimum dla makijażowych maniaczek!







Tu nie trzeba zachwalać. Tu fakty mówią same za siebie. Te z Was, które nie znają KatOsu, odsyłam na jej kanał makijażowy na YouTube. Jej instruktażowe filmiki mogłabym oglądać całymi dniami (na co niestety nie mogę sobie pozwolić!). Chapeau bas! 
A o dwóch pozostałych książkach już kiedyś pisałam tutaj .

Oczywiście w domu bałagan jak był, tak jest. Okien umyć na pewno nie zdążę - co to będzie ...?!! Co to będzie? Brudno będzie! :) Ale co ja poradzę na to, że dzień jest zbyt krótki, rzeczy do zrobienia tysiąc, a na stoliku leżą takie ciekawe lektury ... ? :))) Bałagan nie zając ... ;)

Miłego wtorku! :))))



21 maja 2013

Najmniejszy okruszek życia + wywiad z Katarzyną Rosicką - Jaczyńską

"Jestem tylko ołówkiem w ręce Boga."
Matka Teresa z Kalkuty

Bardzo bałam się tej książki. Zostałam nią poniekąd nastraszona - że "ciężka", że może to nie odpowiedni moment na jej czytanie ... , że dużo w niej Kościoła ... Byłam więc znacznie uprzedzona do jej zawartości. Tak przygotowana do lektury bałam się efektu "zdołowania", oraz religijnych wątków, których tak bardzo nie lubię w literaturze. Spodziewałam się męczącego umoralniania i cytatów z Biblii. Nic bardziej mylnego.

"Ołówek" bardzo mile mnie zaskoczył. To lektura obowiązkowa zarówno dla zagorzałego katolika, jak również dla wątpiącego ateisty (i odwrotnie). To książka dla każdego. To pięknie napisana historia kobiety, która dopóki choroba nie zapukała do jej drzwi, ścigała się z życiem, każdym nerwem pragnąc adrenaliny. Co czuje tak głodny wrażeń człowiek słysząc taki wyrok ... ? Gdy w jednej chwili cały jego świat legnie w gruzach? Co czuje taki człowiek przykuty do łóżka przez chorobę i całkowicie zależny od innych? Jak bardzo zmienia się wtedy jego życiowa hierarchia? Czy możliwe jest wtedy bezbolesne przewartościowanie życia? Ile i jakich pytań zada sobie, Bogu ... ?

Zdrowej osobie trudno ogarnąć ten temat ...

Autorka i zarazem główna bohaterka do ostatniej chwili nie poddała się i w niesamowity sposób zmagała się z chorobą. Zmagając się z wieloma utrudnieniami i przeciwnościami walczyła do końca. Nie mogąc współpracować z własnym ciałem, mając utrudnioną możliwość porozumiewania się z otoczeniem, napisała cudowną, poruszającą książkę. Mądrą, ciepłą, momentami żartobliwą lekturę - bo autorka potrafiła też śmiać się ze swojej choroby. Łzy wzruszania mieszają się tu z uśmiechem. Takie emocje towarzyszą poznawaniu historii Kasi.

Bez zbędnego pouczania, bez użalania się nad sobą i nad swym cierpieniem, Kasia w subtelny sposób pokazuje nam którędy droga. W swej książce opisuje niesamowitą miłość do życia i czerpanie radości z najmniejszych jego darów.

Z "Ołówka" bije zadziwiająca wola życia, która wielu z nas opuszcza z czasem tak błahych powodów. Szacunek do życia, wiara i siła - tego nam brakuje. Kasia swą postawą dopinguje nas do walki i daje nam wiarę, uczy pokory i szacunku do życia.

Książka dotykając tak bolesnej tematyki, nie barwi świata nurkującego w jej głębinach czytelnika na ciemne kolory. Wręcz przeciwnie ... Pokazuje światełko w tunelu. Daje wiarę, że nawet cierpienie ma sens.

W "Ołówku" odnalazłam swoje myśli i odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań.
To książka do której na pewno wrócę. Książka, której nie wyobrażam sobie nie mieć we własnej biblioteczce.
Napisać o niej, że chwyta za serce to za mało ...
Podjąć się jej charakterystyki, to jak porwać się z motyką na słońce ... Bo żadne skróty myślowe nie oddadzą tego, co przekazuje nam w "Ołówku" Kasia ... To po prostu trzeba przetrawić samemu. Słowo po słowie. Linijka po linijce. Pewnie wiele zależy od wrażliwości czytelnika ... Pewnie niewiele mniej od tego w jakim momencie życia akurat się on znajduje ... Nie mniej myślę, że to lektura obowiązkowa dla każdego. Nie wierzę, że można przejść obok tej książki obojętnie. Nie wierzę, że można nie dostrzec jej blasku. Uczmy się od tych, którzy mają nam coś do przekazania ... Szczególnie jeśli jest to tak wartościowa lekcja ...
Docenić najmniejszy okruszek podarowanego życia ... Najmniejszy ...








"Ołówek" Katarzyna Rosicka - Jaczyńska

Dodaję tu  znaleziony w Sieci wywiad z autorką.


26 kwietnia 2013

Detektor szczęścia czyli łapacz chwil ulotnych

Szczęście jest emocją, spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne. Psychologia wydziela w pojęciu szczęście rozbawienie i zadowolenie.*

Szczęście. Dla każdego ma ono inną definicję. Każdy ma swoją własną miarę szczęścia. Dla jednego szczęściem będzie wygrana w grze liczbowej, dla drugiego zapach ulubionej kawy wypitej w miłym towarzystwie ... ^^

Na pierwszym planie mój prywatny detektor szczęścia. Respirator chwil ulotnych. Podpatrzony tutaj. Świetny pomysł - zdecydowanie wart opcji "podaj dalej". Prosty sposób na rozmnożenie szczęścia. Lądują w nim karteczki z zapisanymi na nich szczęśliwymi chwilami, miłymi zdarzeniami.  Jest tu uśmiech przygodnego przechodnia, wspomnienie przyjemnej rozmowy z panią z warzywniaka, komplement od leciwego pana, pełne zrozumienia spojrzenie kogoś kto wcale nie musi, a dostrzega to, czego nie widzi ktoś inny ... , jakiś mały czy duży sukces, zapach pieczonego ciasta roznoszący się po domu, chwila wytchnienia z książką na ławce w parku, uśmiech dziecka ... Ale nie tylko. I tak znajduje się tu znaleziony na spacerze kamyk, zasuszony kwiatek (prezent od Młodszej :), kapsel z dobrą wróżbą, paragon przypominający o kupnie upragnionej książki, ...  Lądują w nim wspomnienia, o których w codziennym ferworze walki, w codziennej gonitwie po prostu zapominamy. Małe szczęścia, które ulatniają się zbyt szybko. Chwile, które rejestrujemy (ciesząc się nimi przez krótki moment), by zaraz po tym o nich zapomnieć i szukać swego szczęścia dalej. Tymczasem szczęście jest tuż obok. Trzeba tylko je dostrzec i pozwolić mu się rozgościć.
Więc zamykam je tu i teraz. I kolejny raz uzmysławiam sobie, że na nasze życie składa się milion radosnych chwil.  I dociera do mnie, że potrafię cieszyć się z małych rzeczy. Nawet tych całkiem maluczkich :) Tak. Życie jest piękne ^^
Łapcie swe chwile nim ulotnią się jak kamfora :)








*Wikipedia

28 marca 2013

Dotknąć teatru

Dopiero uczestnicząc w takich "eventach", uświadamiam sobie jak bardzo brakuje mi ich na co dzień.









„Histerie miłosne” to komedia autorstwa Murraya Schisgala, scenarzysty filmowego, który zyskał rozgłos dzięki komedii „Tootsie”.

Napisane na początku lat sześćdziesiątych "Histerie..." odniosły brawurowy sukces teatralny na deskach nowojorskiego Broadwayu. Zostały wielokrotnie nagrodzone.

W Polsce prawdziwym hitem i kultowym przedstawieniem stał się spektakl warszawskiego Teatru Studio z 1993 roku z Joanną Trzepiecińską oraz duetem: Zamachowski – Malajkat w obsadzie.

Tym razem producenci przedstawienia postanowili „odkurzyć” wersję sprzed pół wieku i na nowo przełożyć tekst sztuki. Zadanie to powierzyli Bartoszowi Wierzbięcie, tłumaczowi znanemu dzięki dialogom filmowym (m.in. „Shrek”, „Madagaskar”), a także przekładom sztuk („Boeing Boeing” czy „I love you”). Powstała genialna adaptacja bliska współczesnemu polskiemu widzowi. Na scenie występują aktorzy doskonale znani szerokiej publiczności: Magdalena Boczarska, Szymon Bobrowski i Bartłomiej Topa. Reżyseruje Piotr Jędrzejas.

„Histerie miłosne” łączą w sobie elementy absurdalnego humoru i klasycznej farsy. Czarny humor miesza się tu z grozą, a bohaterowie stając na życiowych zakrętach są tym śmieszniejsi, im trudniejsze jest ich położenie.

Marian (Szymon Bobrowski) ma kochankę i z tego to powodu planuje pozbyć się żony (Magdalena Boczarska), która stoi na drodze do jego szczęścia. Kiedy przypadkiem spotyka na moście dawno niewidzianego szkolnego kumpla (Bartłomiej Topa), wpada na pomysł, którego konsekwencje dają początek lawinie tragiczno-śmiesznych wydarzeń.

Jak pozbyć się żony z pomocą przyjaciela ... ? Jak w sposób ekstremalny wyznać komuś miłość ... ? I jaki wpływ na życie człowieka może mieć mały piesek rasy gryfonik belgijski? :))


Mam zdecydowanie za daleko do teatru ... Moja dusza płacze, a serce krwawi ...  Na co dzień zupełnie nie brakuje mi zgiełku, wrzawy wielkiego miasta. Jednak w chwilach takich jak ta, zaczynam dostrzegać jak wiele minusów ma życie na prowincji ...
Po dość długiej abstynencji znów dotknęłam teatru ^^ Sprawiło mi to olbrzymią przyjemność. "Histerie miłosne" to prześmieszna opowiastka, rozbrajające dialogi i fenomenalna gra aktorska. Oprócz samej przyjemności z obcowania ze sztuką, uśmiałam się do łez i nacieszyłam oczy Szymonem Bobrowskim (którego bardzo sobie cenię jako aktora i nie tylko ;))
Już nie mogę się doczekać kolejnego razu.