Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One. Pokaż wszystkie posty

7 grudnia 2016

7 grudnia # kalendarz adwentowy - J.

W kalendarzu karteczka specjalnie dla Niej:

"Dziś ty wybierasz zadanie." .

Bo dziś jej święto.
Ważne niesłychanie.
By w tym dniu było pięknie - Matka na głowie stanie.

Jak co roku, ta sama data przypomina o pięknych chwilach ...
Wraca się myślami do momentu gdy Jej życie się zaczyna.

12 lat temu o godz. 11.02 w szpitalu w Większym Mieście Górkowa Matka powiła swe pierwsze dziecię.
Córkę pierworodną.
A ilekroć tę chwilę sobie przypomni, to przecudne ciepło jej serce zalewa.
Szczęśliwość, radość, duma i ogromna miłość.


Góra z ulubionych 12 pączków dla wzruszonej jubilatki.


12 LAT mieć, to wielka rzecz.
Już nie dziecko, jeszcze nie podlotek.
Dorośleje w oczach.
Przemienia się.
Z pąka w KWIAT.
Są dni, że stanie przy mnie, a ja wpatrując się w nią myślę co w jej twarzy się zmieniło.
Rysy jakieś inne, czy to grymas nowy, bardziej dorosły, przemyślany...
Wyższa jakaś taka, jakby jej kto centymetrów w jednej chwili dołożył.
I ten but duży, co rozmiarem goni matczyny.
Dowcip jej się wyostrza. Sarkazm rośnie w siłę. Czasem aż bywa dla bliskich bolesny. Widzi to i z tym walczy.
Wrażliwa z Niej istota.
Tak łatwo Ją zranić.

J.
Piekielnie zdolna, ambitna, mądra, bystra.
Bardzo spostrzegawcza.
/W lot wyciąga wnioski./
Wiedzę przyswaja bez wysiłku.
Lubi się uczyć.
W szkole najbardziej lubi język polski i historię.
Najwięcej siedzi nad matmą.
Lubi sama dochodzić skutków i przyczyn.

Uparta.
Drażniąco pewna siebie i własnych racji. 
Zna swoją wartość i pilnuje swego miejsca w szeregu.
Nie da sobie w kaszę dmuchać.
Pyskata.
Lubi mieć ostatnie zdanie.
Odważna.
Zawsze z własnym zdaniem.
Nieszablonowym. Bo żadna z niej kalka otoczenia.
A przez to trochę samotny wilk.

Prawdomówna.
Dobra.
Koleżeńska.

Właścicielka najpiękniejszych włosów i najrozkoszniejszych piegów.
Wielbicielka kinderków i tylko tych pączków z budyniem, o których nawet w gorączce majaczy.
Zimą marzy o karkówce z grilla.

Wielka przeciwniczka porządków (nie mylić z porządkiem - ten bowiem lubi, jednak dobrze jeśli sama nie musi nad nim pracować. Nad jej łóżkiem w ramce wisi takie hasło: "Po co sprzątać? Skoro można zgasić światło.").
Obowiązki domowe ją brzydzą.
Szkoda jej na nie czasu.
A przy tym wszystkim schludna i obowiązkowa.
Że to się ze sobą nie kłóci  - matka nie pojmuje.
Lenistwo, lenistwo względem porządków zatem trzeba wciągnąć na niechlubną, lecz przykrótką listę wad jubilatki.

Gadżeciara z niej.
Lubi piękne przedmioty. Ku radości matki także te z duszą (nie tylko te na pełny połysk i z jabłkiem w logo).

Przed zaśnięciem musi mieć wymyziane plecki. Jak sama mówi, z tej rozkoszy " aż nóżka pod kołderką zaczyna jej chodzić".
 Wciąż śpi z Łatkiem (pluszowy piesek). Nie może go zabraknąć w żadnej walizce.
Uwielbia podróżować, zwiedzać, chłonąć to, co nowe.
W końcu jednostka autonomiczna - prawie bez smutku wytrzyma tydzień bez ojca i matki
(choć zaczątki wcale tego nie zapowiadały).

Bardzo chciałaby pięknie śpiewać. I wrócić do aktorstwa.
Scena ją kocha z wzajemnością.
J. nie wie co to trema.
Dla niej światła jupiterów, błysk fleszy i oklaski.

Kocha czytać książki i chodzić do kina.
Ogromna fanka Harrego Pottera, kronik Archeo, ... i wielu wielu innych.

Nie wie jeszcze czy zostanie pisarką, dziennikarką, aktorką czy może fotografem.
Uzdolniona technicznie - w lot chwyta wszelkie nowinki techniczne.
Bywa że udziela matce z informatyki korepetycji.
Uzależniona od gier The Sims i Minecraft.

Wrażliwa na czyjąś krzywdę i cierpienie.
Wzrusza się na widok staruszki czy porzuconego psa.
Niepoprawna psiara.
Jej ukochanym pupilem Maniek.
Zdjęcie jej autorstwa mówi wszystko.





Moja maleńka J.
Zlepek zalet i wad swoich rodziców.
Mój Świstak ukochany.
Moja duma i radosny promyczek słońca rozjaśniający każdy dzień.
Nigdy się nie zmieniaj!
Rośnij nam zdrowo!
Raduj serca dalej.


No i wymyśliła adwentowe zadanie.
Widząc swej szalonej matki styranie,
zgłosiła zadanie błache -
czytanie książki "opakiem".
/zmiana treści tak, by było jak najbardziej zabawnie;
fakt - dawnośmy nie praktykowały/



2 listopada 2016

Zaduszki




W dniu Zaduszek, w czas jesieni,
odwiedzamy bliskich groby,
zapalamy, zasmuceni,
małe lampki - znak żałoby.
Światła cmentarz rozjaśniły,
że aż łuna bije w dali,
lecz i takie są mogiły, 
gdzie nikt lampki nie zapali.

Władysław Broniewski "Zaduszki"



... deklamuje z powagą Młodsza*.
I w tym roku pamiętała o opuszczonych grobach.
Wzruszyła się Matka.
Wzrok na chwilę odwrócić musiała. 
Taki to nasz listopad. 
Wzruszeniem kolejny raz zaczął się.


 
*Wyzbyła się  strachu i nieśmiałości już prawie doszczętnie. Obecny stopień nieśmiałości nazwałabym raczej ostrożnością czy niestrzępieniem języka po próżnicy ;) Wciąż wszystkich zadziwia. A od 3-ej klasy wiersz na pamięć pracą domową ulubioną (!). Już w drzwiach radosną nowinę matce obwieszcza, a potem chodzi, ćwiczy, powtarza, i z dumą o postępach w nauce informuje. Nie inaczej było i tym razem. A  jeszcze przecież nie tak dawno było zgoła inaczej (KLIK)
 

6 marca 2016

Osiem.

Wydaje się jakbym zaledwie wczoraj ocierała łzy rękawem pisząc Pięć.
Że zaledwie wczoraj piekłam ten tort.
Że zaledwie wczoraj pierwszy raz zaprowadzałam cię do przedszkola.
Że zaledwie wczoraj pokazywałam ci pierwszego kwiatka.
Prowadziłam przez park podtrzymując przed upadkiem.
Że zaledwie wczoraj tuliłam cię do piersi zachłannie zaciągając się twoim słodkim zapachem.
Że zaledwie wczoraj prawie na sygnale pędziłam do szpitala w Większym Mieście bojąc się co przyniesie noc.
Że zaledwie wczoraj dowiedziałam się, że oto jesteś pod mym sercem, że będziesz ... i zmienisz cały świat tak diametralnie i nieodwracalnie.
Nie ma ani grama przesady w stwierdzeniu że nie wiem kiedy minęło te osiem lat.
Wciąż bezskutecznie szukam w głowie tylu wspomnień.
Zupełnie jakby ktoś wymazał je z mojej pamięci gumką myszką.
Gdzie wspomnienie stuknięcia łyżeczki o pierwszy ząbek, gdzie twój pierwszy krok, ton płaczu, gdzie twoje miny, gdzie zwyczaje...?
Gdzie ulubiona zabawka, która z bajek tą ulubioną? Czy kochając tak bardzo, można być tak nieuważną? Może to wina życia chwilą ... Naszym tu i teraz, bez rozmieniania się na drobne ... Może to miłość aż na wskroś oślepia i odbiera rozum ... ? Ta miłość rodzi wciąż nowe strachy i drżenia serca. Drżeć będę o Ciebie już do końca mych dni. I kochać aż do utraty tchu, bezwarunkowo, nieopisanie, bez względu na wszystko. Kochać z uczuciem wręcz fizycznego bólu drążącego me ciało od środka. Aż do ściśniętego gardła i wilgotnych oczu. Jak kochać może tylko matka. Matka wariatka :)
Patrzę na twoje stare zdjęcia i nie dowierzam. Kiedy tak urosłaś? Kiedy tak ściemniały wcześniej prawie białe pukle? Kiedy poszarzały przejrzyście błękitne tęczówki? Kiedy wyostrzyły się rysy twarzy? Kiedy pulchne paluszki zastąpiły długie i smukłe palce?
8 długich lat zaklętych w tysiącach fotografii.
Uleciało mnóstwo wspomnień.
Z cudownych, wspólnych lat.
Dziękuję Ci za nie wszystkie.
Coraz niecierpliwiej oczekuję kolejnych.
Ciekawa jestem co też wyrośnie z tego wątłego ciałka wypełnionego po brzegi tak ogromną ufnością, miłością i wrażliwością.
Obiecuję być uważniejszą. Nigdy więcej nie gubić naszych wspólnych wspomnień.
A Ty, po prostu bądź szczęśliwą. Ciesz się każdą życia chwilą.







Samych pięknych chwil Kochanie ♥






3 marca 2016

Uważność zarazą pisana

Gdy Górkowa rodzina zaczęła znosić do domu wiosenne kwiecie, okazało się że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. W lutym dzień co prawda był słonecznie wiosenny, jednak noc już od tygodnia romansowała z przymrozkiem, skutkiem czego ostatnie Górkowe poranki spowijała szadziowa biel. Biel ta w okolicach południa spływała rynnami, wijąc się nieregularnymi stróżkami po brudnych ulicach i chodnikach Mniejszego Miasta. Nikogo więc nie powinien zdziwić marzec obuty w śniegowce. A mimo to rankiem 1 marca niejeden stał w oknie i przecierał oczy ze zdziwienia. Górkowa matka zaś przywitała ten śniegowy krajobraz uśmiechem. Szerokim uśmiechem. Doprawdy, ostatnio cieszą ją prawdziwie "małe rzeczy".
A czemuż to, niech opowie luty ...




Luty miał być uważny. I w uważność obfitował. A że w zupełnie innym tego słowa znaczeniu niżby kto sobie życzył ... ? Widać życzenia trzeba ostrożniej wypowiadać.

Zaczęło się od (o zgrozo!) wszawicy (tak tak! dobrze przeczytałeś drogi czytelniku) w szkole Górkowego potomstwa. Fama szybko się rozniosła. Rodzicielskiej uwagi nie mogło tutaj zabraknąć. Co wieczór Górkowy ojciec wraz z Górkową matką uważnie pochylali głowy nad głowami swej dziatwy, w skupieniu wypatrując choćby najmniejszego śladu zarazy. Pukiel po puklu, kosmyk po kosmyku. W Górkowej łazience przedziwne specyfiki rozgościły się na półkach. Na jakiś czas Górkowa rodzina została wykluczona z jakiejkolwiek formy życia społecznego. Profilaktycznie zabroniono wszelkich odwiedzin. Wszak nigdy nie wiadomo co komu po głowie pląsa i co dziecko na głowie ze szkoły przyniesie.

W całym zamieszaniu związanym z problemem wszawicy nie trudno było zaniedbać każdą inną równie niecierpiącą zwłoki ważność. I tak przedłużający się katar (połączony z kaszlem) starszej córki państwa Górkowych, przerodził się w dokuczliwe bóle głowy tejże. Nawet one nie zapaliły czerwonej lampki w głowie Górkowej matki, która podejrzliwie spoglądając na swą pierworodną, bliższa była wydaniu sądu symulacji, tudzież skłonności dziecka do przesady, aniżeli zawierzenia. Górkowa matka więc zrzuciła wszystko na karb przemęczenia i niedosypiania dziecka, które w żaden sposób wieczorem wcześniej nie potrafi usnąć, a które co rano z łóżka bladym świtem trza zrywać.
Aż dnia pewnego dziecko zadzwoniło ze szkoły. W czasie lekcji co gorsza! (Wiedzieć musi szanowny czytelnik, iż na terenie wspomnianej szkoły obowiązuje bezwzględny zakaz korzystania z telefonów komórkowych; nie licząc hallu, który uprawnia do korzystania z tychże; co nie zmienia faktu, że dziecko z tej możliwości stara się nie korzystać.) Dziecko zadzwoniło z zapytaniem czy może przyjąć z rąk swej wychowawczyni środek przeciwbólowy.
Ból głowy nasilił się - nie było miejsca na niedowierzania. Koniec końców, jeszcze tego samego dnia ból rozprzestrzenił się na rejony prawego ucha. Zrazu matka zajrzała do Internetu. Jej wiedza w tym temacie bowiem była znikoma - wiedziała jeno że taki ból i takie dolegliwości nie wróżą nic dobrego. Gdy zaś temat zgłębiła, aż złapała się za głowę. Nie było czasu czekać. Trza było działać szybko. Wykonała telefon do tutejszej (dobrze już znanej szanownemu czytelnikowi) doktórki. Ta choć w gorącym okresie zarazy rozmaitej, to jednak znalazła w kalendarzu wolną chwilę.
Matka od razu jakby skrzydeł dostała. Wiedziała że już teraz dobrze być musi.
O umówionym czasie zajechali pod dom doktórki.  Ledwo uchylili drzwi samochodu w wieczór spowity w mrok, gdy do ich uszu dobiegł szum wody napędzającej koło młyna. A i w uroczym domostwie doktórki, jeszcze uważniej aniżeli poprzednio zmysły karmili. Uważniej łakomym okiem łypali na przecudne umeblowania, ostrożniej stawiali kroki na deskach podłogi, Górkowa Matka zarejestrowała specyficzny zapach starego domostwa. Ożyły wspomnienia związane z ukochaną babcią.
Doktórka zajrzała w kartę dziecka i z miejsca dopatrzyła się pewnej prawidłowości. Dokładnie rok temu stawili się u niej państwo Górkowie z tą samą córką po raz pierwszy i jedyny zarazem. Czyżby miało stać się ich coroczną tradycją lutowe córki zdrowotne niedomaganie ... ? ( O! za rok Górkowa matka będzie jeszcze uważniejszą w miesiącu lutym! Żaden, powtarzam ŻADEN, choćby najmniejszy katar jej uwadze nie umknie!).
Doktórka postawiła diagnozę najgorszą z możliwych (zapalenie ucha), wypisała receptę, do rąk wręczyła kartkę zabazgraną swymi lekarskimi hieroglifami, zaleciła wizytę u laryngologa (w gratisie podając numer do uchwytnego), jak również ciepło domowych pieleszy serwowane w dawce przynajmniej dwóch tygodni.
Tak oto na Górce zamieszkał drugi w historii życia rodziny Górków antybiotyk - mistrz pierwszego planu - Zinnat.

Dnia następnego laryngolog stwierdził jeno stan zapalny ucha (będący następstwem infekcji dróg oddechowych) Górkowej córy, żadnego wycieku substancji wskazującej na ostre zapalenie ucha się nie dopatrzył (tym samym zdejmując z Górkowej matki ramion ogromny ciężar - dosłownie jakby jej kto 100 kilo z nich usunął jednym ruchem), kropelki do ucha, inne syropki i żele do nosa przepisał.
Nawet portfel nie zubożał nadto. Mile była Górkowa matka zaskoczona.

Choć wciąż wypatruje się jako takiej na zdrowiu poprawy.








Trudny był to miesiąc dla innego rodzaju uważności.
Zębowa Wróżka ledwo zdążyła dotrzeć na czas. Bo choć we Wróżkę już się nie wierzy (starsze dziecię nie wierzy), to jednak zastrzyk gotówki zawsze mile widziany.
W tej  uważności chyba tylko cudem nie umknęły uwadze (i fotorelacji) karteczki pisane ręką młodszej córy, podrzucane matce i ojcu w celu "wymuszenia" na nich różnych (najczęściej niezdrowych i ograniczanych) rzeczy, o które strach prosto w oczy zapytać bojąc się niechybnej odmowy.
W tej uważności starano się nie zwariować i żyć normalnie.
Co widać (mam nadzieję) na poniższych załącznikach.


























Marzec zatem niech się sam pisze.
Po swojemu.
Bez żadnych zapewnień i pewników.
Zobaczymy co z tego wyniknie.




28 stycznia 2016

Co słychać na górce

Jeszcze w grudniu, korzystając z sprzyjającej aury (lekkiej zimy) Górkowa starszyzna rodu rozpoczęła remonty na zewnątrz swej rezydencji. Z dnia na dzień ich domostwo z racji gabarytów i nabierającej urody coraz bardziej przypominało Belweder. Kilka okien wymieniono, co było trzeba ocieplono, nałożono stosowne tynki, odrestaurowano zabytkowe obramowania okienne, a na końcu betonową szarość zastąpiono eleganckim kremowym beżem. Tak miały się sprawy od frontu. Bowiem gdy rusztowania przeniesiono na ścianę szczytową budynku (tę z oknami Górkowego pięterka), zima w końcu postanowiła pokazać na co ją stać i skuła malowniczym mrozem ofoliowane szyby. Roboty musiały zaczekać. Robotnicy zawinęli się dnia pewnego i zniknęli jak się później miało okazać na długie tygodnie.

Styczeń więc upłynął na Górce za oklejonymi folią oknami. Co jak twierdzi Górkowa matka nie pozostało bez echa. Według niej ograniczony dostęp do promieni słonecznych  przyczynił się do takich a nie innych nastrojów domowników.

W końcu wraz z ostatnimi dniami zima zelżała, śnieg spłynął spadzistymi ulicami miasta, a tym samym robotnicy mogli powrócić na opuszczone stanowiska pracy. Czyli za ofoliowane okna. Od wczoraj, od wczesnych godzin porannych zza szyb na nowo dochodzą rubaszne śmiechy i dowcipy wypowiedziane w iście kwiecistym języku. Górkowe młode, jako że ferie w toku i ich obecność domowa wzmożona, przysłuchują się tym dziwom nieśmiało rozbawione.
W wytęsknieniu wypatruje się momentu ujrzenia przez własne okna świata prawdziwego, ptaków krążących po niebie,  czy wróbla skaczącego po gołych gałązkach brzozowych ... Zamiast mętnej szarości falującej do taktu z wiatrem.

Ferie na Górce mijają w atmosferze ogólnego lenistwa i znudzenia, długiego leżakowania i piżamowania. Nikomu nie chce się wyściubiać nosa z domu, nikt też nie oczekuje specjalnych rozrywek i wrażeń. I dobrze. Odnotowuje się bowiem ogólny spadek formy wszystkich domowników.

Młodsze dziecię ćwiczy tabliczkę mnożenia. Mozolnie. Ma to na pewno po swej rodzicielce, która dokładnie pamięta iż wszelkie nauki pamięciowe od zawsze były dla niej dość problematyczne. Nie dla niej teoria do wkucia na blaszkę.  Każdy wiersz do przyswojenia przyprawiał o cierpnięcie skóry, a wystąpienie przed szerszym forum (nic to że tylko znanych i lubianych szkolnych kolegów) zraszało zimnym potem. Doskonale matka rozumie swe dziecię. Stara się mu pomóc tę trudną sztukę polubić. Łatwe to to nie jest.  Ilekroć matka woła dziecię do nauki, dziecię nagle odczuwa przemożną chęć zabawy, budowania namiotów z kocy i pledów/czytania ulubionych książek /rysowania ....

/Wspomnieć w tym miejscu należy o niewspomnianym. O grudniowym przełomie młodszego dziecięcia w wystąpieniach publicznych. Wszak dziecię całe przedszkole odmawiało jakiejkolwiek współpracy w tym temacie. Aż do tegorocznych jasełek. Unowocześnionych jasełek. Dziecięciu została powierzona rola Kopciuszka. Choć jasełka wystawiane były dla rodziców, rodzicom dziecię zabroniło na nie przybyć. Jednak jak wieść niesie (bystra starsza siostra uczęszczająca do tej samej szkoły doniosła sms-em, Górkowy ojciec podglądający zza drzwi zdał wieczorną relację) dziecię wyszło na scenę, po czym nie bez tremy (co prawda), lecz głośno i wyraźnie powiedziało, co powiedzieć miało.
(Na wszystkich próbach zaś wiodło prym i było pod niebiosa wychwalane.)
Górkowi rodzice nie posiadali się ze szczęścia!
Tym samym zdjęto kolejne bolączki z załamującej ręce nad swym dzieciem matki./

Starsze dziecię zaś kończy czytać kolejną już książkę.  Którą to?  A któż to by zliczył!
A gdy akurat nie czyta to gra w The Sims. Nałogowo. Te dwie czynności pochłaniają je zupełnie.
Gdzie miała rozum Górkowa matka kiedy zakupiła dziecku pierwszą grę  ... ? O, gdzie?!!

W międzyczasie nuda.  Nuda.  I nuda. Powłóczysty krok, szuranie papciem, krążenie po domu bez celu konkretnego ...
Ale to się lada chwila zmieni.
Przybyła bowiem na górkę Górkowa siostra cioteczna.  Będzie się działo!

I Górkowa matka ostatnimi czasy w niemoc popadła dziwną. A ta niemoc wygnała ją do kuchni. Gdzie to upichciła obiadów na trzy dni i od razu zrobiło jej się na duszy i ciele lżej jakby.

Górkowy ojciec zaś nie mogąc znieść powyższej ciężkiej domowej sytuacji rzucił się w wir pracy.

***

Korzystając z wolnego wybrała się razu pewnego górkowa rodzina do odległego miasta do ulubionej pływalni (Aquaparkiem go zwą). Górkowa matka już na wejściu, przy samych kasach miała się najeść wstydu. Młodsza z córek bowiem, bardzo zadowolona ze swej czujności, patrząc znacząco na górkowej matki nogawki spytała niewystarczająco konspiracyjnym szeptem:

-"A ogoliłaś się ... ?"

Zbędnym owłosieniem jej rodzicielka nie musiała zaprzątać sobie głowy.
Za to przez bite trzy godziny udawała że w swym jednoczęściowym kostiumie nie wygląda jak dorodna krewetka. Górkowy ojciec zaś krążył od basenu do basenu na wciągniętym brzuchu. Dodatkowo oboje udawali że ta dwójka niedożywionych dzieci, co to wciąż wokół nich krążyła natrętnie, to wcale nie ich potomstwo ...

Jasnym się stało że coś trzeba z tym fantem zrobić. Z faktem obrastania w zimowy tłuszczyk rzecz jasna. (Bo że Górkowych dzieci nie sposób podtuczyć to wiadoma sprawa.)
G. matka ściągnęła z szafy zakurzoną matę do ćwiczeń. Filmik stosowny i jakże zapomniany na YouTube odnalazła. Teraz musi jeno odnaleźć swą silną wolę. Za pieruna nie może sobie przypomnieć gdzie ją odłożyła.
Zaś Górkowy ojciec znacząco do niej mrugając stwierdził, że on to zna przyjemniejsze formy spalania kalorii.







Photo by Starsza


17 stycznia 2016

Niedzielny kadr/ niedzielna nuta







Ulubiona piosenka Starszej.

Goniąc króliczka ...
Chwytając chwile ...
Ciesząc się tym co po drodze ... 
Tak oto weekend  nam minął.
Kolejny w 2016.
Czas także wciąż goni, i goni ...
Dokąd tak pędzi szalony? 
Ej, zwolnij,co ... ?

:)))