Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luźne przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luźne przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

30 grudnia 2016

23 grudnia # kalendarz adwentowy - O tym jak Górkowa Matka się nawróciła

"Pójdźcie na cmentarz.
 Zabierzcie znicze i własnoręcznie wykonane świąteczne stroiki. 
W ten piękny czas pamiętajmy także o tych, których już z nami nie ma."

Nie udało im się sprostać tak ważnemu zadaniu.
"Bezrobotna" matka musiała cały dzień zasuwać jak ta mróweczka.
/Handel najbardziej paskudnym sposobem zarabiania na chleb - zgrzytała zębami Matka na tę myśl przez dzień cały./
Z pewnością nadrobią zaległości i zjawią się na cmentarzu.
Niebawem.
W święta zaś była Matka z Nimi wszystkimi myślami.

Świąteczne stroiki na czas na grobach położył Górkowy dziadek.
Znicze zapalił. A i pewnie pomodlił się w Matki (a swej córki) imieniu.
Stroiki wcale nie własnoręcznie wykonane.
Nie było kiedy do gałązki świerku kilku bombek przytwierdzić.
Ale stroiki z sercem wytworzone ręką jednej z tutejszych mieszkanek.
Ważne że świerkowe gałązki przyozdobiły nagrobki, a sumienie Matki pozostało jako tako czyste.
Bo w życiu Matki ostatnio zaszły duże zmiany.
Sumienie i spokój na sercu są u niej na pierwszym planie.


/UWAGA/
Wszystkich zagorzałych przeciwników Kościoła, niedowiarków i sceptyków uprasza się o przejście do innego posta. O tego na przykład, lub tego... - świadczących o tym, że Matka do świętych z pewnością nie należy, i też nikogo nawracać nie zamierza (choć po prawdzie,  gdy tak poczytać te stare wpisy, to poglądy Matce z biegiem lat się jednak zmieniają - np. te z przeklinaniem).
Więc kto jeszcze może - niechaj czytania zaniecha.
Górkowa Matka bowiem będzie wyjawiać swe najgłębsze myśli, dotykające jakże grząskich i niewygodnych (dla innych rzecz jasna; nie dla niej samej) tematów wiary. Głównie swej wiary.

Długo myślała Górkowa Matka nad stosownością tego wpisu. Sama przecież podobnych uzewnętrznień na cudzych blogach nie trawi, a nawet omija je szerokim łukiem. A jednak. Pomimo to, coś ją korci i spokoju dać nie chce, a ważne myśli same układają się w głowie w zdania. A że ku temu teraz czas najlepszy, jeszcze z nalotem świątecznego uniesienia, dodatkowo roku koniec i czas podsumowań, to już nic Matki nie zatrzyma. Musi. Inaczej się udusi.

Zatem zaczynamy.

Różnie bywało z wiarą Górkowej Matki.  Był okres ufności dziecka i cosobotniej oazy w salce katechetycznej, był czas  pielgrzymek (a jakże!), a nawet myśli o posłudze bożej (! - okres krótki co prawda, ale jednak odnotować go tutaj należy;  zresztą już we wczesnym dzieciństwie Górkowa Matka wykazywała tematem ponad przeciętne zainteresowanie - z ogromnym zaaferowaniem oglądała "Detektywa w sutannie", a na pytanie kim zostanie w przyszłości, z pewnością w głosie odpowiadała, iż niczym Tracy Nelson - zakonnicą).
Był też najdłuższy z wszystkich okres totalnej obojętności i zwątpienia.

Prawie 30 lat trwało Górkowej Matki nawrócenie. Przez te wszystkie lata bowiem wierzyła wiarą podszytą sceptycyzmem, błądziła, grzeszyła, przystępowała do kolejnych sakramentów, tak naprawdę nie będąc do nich przygotowaną. Chrzest święty, komunia święta, bierzmowanie, ślub przed Bogiem. /A czy on w ogóle ważny, jeśli bardziej jak obrządek traktowany ... ?/
Jest Bóg? A może go nie ma ... ? No bo niby skąd tyle zła na świecie?
I ta niesprawiedliwość życia choćby względem niej samej ... Za dobroć w sercu wciąż piaskiem po oczach.
Zaniechała Matka sakramentu pokuty - nie będzie się jakiemuś obcemu dziadu z grzechów spowiadać! Oooo, co to, to nie!
Wiele lat musiało upłynąć ...
Czy to dojrzeć do swej wiary musiała, czy spotkać na swej drodze właściwych ludzi, książkę odpowiednią przeczytać, czy trafić na właściwy kościół, czy spowiednika ... ? Dziś już Matka wie, że taki był dla niej plan, ułożony przez tego co to wysoko na chmurze przysiada i z niedowierzaniem kręci głową patrząc na kręte ścieżki jej wiary.

Matka cztery lata wstecz była ostatni raz pod konfesjonałem. Ze skruchą, lecz bez wiary, że to jej potrzebne. Z przymusu prędzej. Wszak dziecko przyjmowało ważny sakrament. 
Jednak to właśnie wtedy, cztery lata temu, przy okazji Komunii Świętej starszej córki państwa Górkowych, nastąpił pierwszy przełom w duchowym życiu Matki. Zupełnie inne spojrzenie na wiarę dało jej to ważne wydarzenie.
Raz  że inny kościół, dwa - inne w nim zwyczaje. Kościół nie mający nic wspólnego z wcześniejszymi doświadczeniami Górkowej Matki, związanymi z jej dzieciństwem zwłaszcza, gdy to rodzice na siłę posyłali swe dzieci na coniedzielną mszę (a inaczej wyglądały te msze, aniżeli te dzisiejsze, nie było co lubić, do czego lgnąć), nie potrafiwszy przy tym ani właściwie wytłumaczyć, ani też stosownie przekonać po cóż to wszystko.
Tamten kościół kojarzył się Matce z nudą, wymogiem bezwzględnej ciszy i powagi sytuacji. Nie było tam miejsca na radość. A przecież wiara to głównie radowanie.
Przełom przełomem ... Coś drgnęło i zaczęło kiełkować. Jednak proza życia zrobiła znów swoje.
I znów jakoś nie składało się by pójść do kościoła, znów łatwiej spowiedzi zaniechać, na weekendowego czasu "marnotrawienie" wypiąć się, gdy wciąż tyle innych zaległych i niecierpiących zwłoki zajęć ... Znów oddaliła się od dobrego.
Dobrze jej było w tej obojętności do czasu ...
Bowiem w końcu w swym życiu doszła do momentu ściany. Gruby i wysoki mur jak okiem sięgnąć. Ani kroku do przodu. Ani w bok nawet. Ciemność i mrok dookoła. I przejmujące poczucie pustki, bezsensu.
W maju komunia kolejnego dziecka, a tymczasem to pierwsze (wcześniej praktykujące) obserwując swych rodziców, samo zaczyna oddalać się od Boga. I co gorsza nic dobrego z tego nie wynika. Dostrzega wówczas Matka własne pogubienie, błędy, coraz to nowe wady. Nie chce być już taką.
 
Ponoć nie ma przypadków. Mówią też, że WSZYSTKO jest PO COŚ. Widać Matka musiała wrócić do Mniejszego Miasta, a zaraz za nią jedna taka (co to zniknęła dla Matki na lata całe), i musiały minąć kolejne lata bylejakością oblepione. Zaczęły razem biegać, a z nimi jeszcze jedna taka,  z czasem rozmowy, lektury podtykane, mądre i ciepłe słowa, zasianie wiary ... Niewielu takich ludzi. Ciepłych, życzliwych, uduchowionych w taki sposób ... Bo wierzy wielu. Ale jest wiara i wiara. Wiara, o której na głos wstyd ... bo powiedzą żem dziwak ... I wiara, o której na głos i z radością w sercu. Tych drugich to ze świeczką szukać. A Matce takich ktoś pod sam nos podtyka. I czerpać od nich daje.
Zapragnęła Matka i dla siebie takiej przemiany, tego spokoju ducha i sumienia, pewności, że to wszystko co na jej drodze staje, jest po coś i ma sens. A motorem do działania własna rodzina, jej wzloty i upadki.

Tegoż adwentu nosiła się Matka z zamiarem odkurzenia sakramentu pokuty. Coraz dotkliwiej uwierał niepełny udział w mszy świętej, a rychły koniec adwentu zbliżał się coraz szybciej ... Dnia pewnego, dokładniej przy pewnej adwentowej sobocie, spłynęła na nią nagle myśl, iż to musi być koniecznie tej niedzieli. Rozmowę rodzicielską przeprowadziła ze swym dziecięciem, by dnia następnego całą rodziną wybrać się do Kościoła w Większym Mieście. Nie zdając sobie nawet sprawy, iż dzień ku temu tak akuratny (jak jej później doniosły doinformowane źródła). Gaudete - niedziela radości. Tego dnia niebo im sprzyjało.
Strach przed spowiedzią bowiem towarzyszył Matce od dziecka. Nie inaczej było z Górkową córką. Emocje i dolegliwości im towarzyszące jak przed jakim ważnym egzaminem. A tymczasem tym razem na Matkę dziwny spokój spłynął. Pierwszy raz z najprawdziwszą chęcią poprawy i słuszności sprawy stawiła się pod konfesjonałem. Jakież było jej zdziwienie, gdy miast zwykłego grzechoklepacza jej oczom ukazał się wehikuł jakiś - stwór przedziwny, konfesjonał na dwoje drzwi szczelnie zamykany. Dosłownie - pełen komfort, pełne wyciszenie. Czegoś takiego Matki oczy jeszcze nie widziały. Tym bardziej ne spodziewała się ona takich udogodnień.
- Dobrze. - pochwaliła w myślach ucieszona Matka - Nie będzie mnie przynajmniej nikt okiem lustrował. 
Pomimo to już stojąc w kolejce, strach ją obleciał i pot zimny po plecach spłynął. Nie przed wyznaniem grzechów. /Wszak nikogo Matka nie ukatrupiła, a i innych haniebnych grzechów nie praktykuje (nie licząc mięska spożywanego w piątek)./ Lecz przed swymi emocjami, co to zawsze na wierzchu. Smarknąć w chustkę nie wstyd, choćby i przy spowiedzi. Gorzej wyjść od spowiedzi spuchniętym i czerwonym całym ...
W jednej chwili brzuch ją rozbolał, więc w myślach zaczęła się pocieszać:
- Dobrze że kolejka krótka, to i stres krótszy. Będzie co ma być.

A w wehikule spowiednik i spowiedź na jaką czekała całe swoje życie. Choć sama wciąż w to nie wierzy - nie może doczekać się powtórki. Takiej lekkości na sercu i spokoju ducha Matka życzyłaby każdemu. Nawet i wrogowi. O!, jemu to przede wszystkim!
Peace, love i Bóg z Tobą.
Teraz już tak.

Matka nie zacznie nagle chodzić codziennie do kościoła, na pielgrzymkę nie zapisze się wcale (już nie dla niej takie survivale),  na klęczkach modłów nie będzie odprawiać, Pisma Świętego wciąż nie ma u  niej na regale (z tego powodu to akurat jej wstyd) ... Jednak ukryć się nie da, że zaszły w niej duże zmiany.
Już nie wyobraża sobie adwentu bez rorat, mszy świętej bez komunii, niedzieli bez wycieczki do kościoła, wreszcie życia bez pewności, że żadna minuta do niej nie należy.
To dzięki tej pewności spokój i ukojenie wkradło się w jej serce.
Nadzieja panoszy się tam równie zuchwale.
Zupełnie inny LEVEL.
Powiadam wam.
Zupełnie inny.





*na zdjęciu jeden z grudniowych prezentów - Adam Szustak "#JESZCZE5MINUTEK" Wyd. Znak.

30 listopada 2016

Górkowej Matki luźne przemyślenia



Uchyliwszy nieco rąbka tajemnicy ...





Z okołoświątecznym szaleństwem jest jak z drugim porodem ;) Niby człowiek już wie, że nie będzie lekko ... , niby pamięta jak to było poprzednim razem i wydaje mu się że tym razem to już nie powinno go nic zaskoczyć ... "Teraz musi być łatwiej."- myśli.
A jednak za każdym razem - jakby go kto walnął obuchem.
Już wczesna konfrontacja uświadamia mu jak krótka i wybiórcza jest jego pamięć, i jak szybko zapomina się o tych mniej przyjemnych "okolicznościach" w jakich dokonuje się cud.
Dusza śpiewa.
Gorzej z ciałem.
Okazuje się, że jest ciężko. A najciężej - podążyć ciału za myślą.
Okołoświąteczne szaleństwo bowiem sieje w organizmie spustoszenie. A w całym tym galimatiasie nietrudno przegapić pierwsze symptomy przeciążenia.
Ostatnio takie zmęczenie Górkowa Matka odczuwała chyba ... ? No tak. Jakby nie patrzeć jakoś tak ...  rok temu. To w grudniu daje się Matce we znaki chroniczny brak snu, łupanie w krzyżu i zakwasy w najdziwniejszych częściach ciała. Nadgarstki na ten przykład przedwczoraj. I bóle stawowe kończyn górnych dzisiaj. Gorzej gdy kolejna noc z rzędu zarwana i powieka ciężka rankiem, albo jeszcze gorzej - piasek pod powiekami! Jejciu!
A tu trzeba szybko otrzepać się z resztek snu i rozpleniać szczęście dalej. Misja to misja. Nic tak nie napędza do działania, jak wizja czyjejś rychłej szczęśliwości.
W imię celów wyższych, piękna i magii chwili, wiele można znieść, pokonać granice własnej wytrzymałości i zmęczenia. A nawet jeśli nadejdzie czy to kryzysowy moment, czy chwilowa słabość, wykrzesać nie wiadomo skąd siły do dalszej "walki".
Skąd? Ano z magii, która jest naszym udziałem ... Z czyichś oczu blasku, z czyjejś bezbrzeżnej radości i rumianych z przejęcia policzków, z radosnych pisków, z tupotu stóp w ferworze gorączkowych poszukiwań ukrytych gdzieś tam niespodzianek/zagadek ... Dla tej jednej chwili człowiek zrobi wszystko. Będzie do późnych godzin nocnych wpisywał w Worda zadania adwentowe skryte w zabazgranych kartkach podręcznego kalendarza. A będzie przy tym kwadrans myślał nad idealnym (najbardziej Mikołajowym) kształtem czcionki. Będzie rymował trasę ze strzałek, wskazującą miejsce ukrycia pierwszych upominków - bo takie było Ich najważniejsze życzenie - nieważne czego szukać, ważne JAK. "Ale zrobisz mamusiu takie strzałki, jak ostatnio? I zagadki?" kilkakrotnie zapodane.
A jeszcze wcześniej będzie wycinał, kleił, docinał, podklejał, odklejał, na nowo doklejał ... Po czym z uśmiechem na twarzy uśnie skonany. Rano wciąż jeszcze będzie oddychał własną szczęśliwością - wszak większego szczęścia od uszczęśliwiania innych nie uświadczysz.
Takim szczęściem to można się tylko upić. Spijać czyjeś emocje już samym na nie czekaniem.
Toż to już jutro. Zdążyła Górkowa Matka! Zdążyła! :))
Odpocznie w późniejszym terminie.
W nagrodę jutro na kalendarzu adwentowym przetnie czerwoną wstęgę.


*** 

Górkowa Matka radzi*


Czyli
jak w tym zwariowanym czasie nie zwariować?
Ano dać sobie luz choćby w same weekendy.

1. Zaplanować na te dni zadania adwentowe mniejszego kalibru.
2. Czas rodzinnie spędzić. 
3. Przygotowywania obiadów wielogarnkowych w ten czas unikać.
4. Do ludzi wyjść. - najlepiej do Centrum po brakujące podarki (to poprawia stan ducha najlepiej - w fazach testów ta rada wypadła najkorzystniej). W chwilach nadciągającego kryzysu zaglądnąć na pawlacz tudzież w inną skryjdę, i  lustrować okiem zgromadzone tam towary i radować się nimi, aż nastąpi poprawa.
5. Film jaki krzepiący obejrzeć. O, taki na ten przykład. Lub ten poniżej.
6. Wyjść na spacer, tudzież pobiec szerokim lasem.
7. Książki jednak trochę przeczytać. Nieładnie by leżała tak długo odłogiem.
8. Poziom cukru w organizmie podnieść - to nieprawda że słodkości tuczą - NIE TUCZĄ. Jeśli tylko później spali się trochę kalorii.
Jeśli by kto powziął za postanowienie adwentowe unikanie słodyczy - donoszę z dobrego źródła iż nie o taki Adwent Bogu chodzi. Uprasza się o pracę nad duchową sferą.


Dobrze spędzony weekend potrafi zdziałać cuda, naładować akumulatory, tak, że człowiek czuje jakby unosił się ponad ziemią, łagodnie płynął przez poniedziałek, wtorek, a w środę z niedowierzaniem patrzył, że to już środek tygodnia.
Dobry był to weekend dla Górkowej rodziny. Dobrze wykorzystany czas. Weekend tak inny od poprzednika, gdy to połowa familii zaniemogła powalona wstrętnym wirusem pustoszącym układ trawienny. Po takich zdrowotnych anomaliach człowiek po stokroć docenia choćby najbardziej szarą codzienność. Po stokroć.
Sporo zadań odhaczono z grudniowej listy. Większość podarków wylądowało w tajemnej skrytce. Kalendarz adwentowy, który spędzał sen z powiek Górkowej Matki, w weekend właśnie w końcu ruszył pełną parą.
Pracowitą sobotę (porządki! porządki! ukochane przez Górkową Matkę porządki!) zrównoważyła leniwa niedziela. Taka z wczesną pobudką, by przed wyjazdem do kościoła zdążyć z aromatycznym rosołem. Z kawą znów pitą na raty, niespiesznym makijażem, mszą wprowadzającą w czas adwentu co łzą wzruszenia zrosiła oko (im starsza Gókowa Matka, tym więcej spraw chwyta ją za serce - niechybnie to starość), z Młodszą biegnącą odważnie pod ołtarz (podczas gdy jeszcze miesiąc temu można by wołami wyciągać ją z ławki bez skutku), z szybkim biegiem przez CH (bo prezenty już dawno przecież obmyślone w głowie) i z kinem. Tylko Górkowa Matka wraz z starszą córką. Tylko ich czas. Ramię w ramię. Ręka przy ręce we wspólnym kuble popcornu. "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć". Jak na prawdziwe fanki J. K. Rowling nie mogły sobie odmówić tej przyjemności. Przyjemności przez ogromne "P". Nie zawiedzie się żaden wielbiciel Pottera i świata magii. Mądra opowieść dla wszystkich wrażliwców spragnionych magii w swej codzienności.
Oczarowała Górkową widownię ta produkcja. Obrazem, efektami, muzyką, dialogami i wybitnymi cytatami, które wychwyciło czujne ucho. W trakcie projekcji szeptano w matczyne ucho, że ten cytat to z tej części opowieści o Hogwarcie i padł z ust tego, a tamten z tamtej części i wypłynął z ust tego i tego. Co zerknęła matka na lico swej córy, to na jej twarzy jaśniał ten sam uśmiech. Ten sam co to maluje się w grudniu na twarzy Górkowej Matki, gdy zasypia w locie nim dotknie twarzą poduszki. 






"Każdy z nas ma w sobie tyle samo dobra, co zła. Tylko od nas zależy, którą drogą pójdziemy."

" Obawa tylko podwaja cierpienie."

J.K. Rowling




* Wszystkie rady Górkowa Matka przetestowała osobiście i śmie twierdzić iż są niezawodne.
   Radzi ochoczo z nich korzystać. Ich nadmiar bynajmniej nie jest szkodliwy.

20 października 2013

Take what you need.

Bardzo lubię teksty Ich piosenek. Dziś po raz pierwszy zobaczyłam klip do ulubionego utworu.
Z muzyką, z telewizorem, jak z wszystkim zresztą ... ostatnio u mnie na bakier. Zaległości kosmiczne. Nevermind ...
Obejrzałam ... i zamyśliłam się okrutnie ...
Którą część ogłoszenia zabrałabym ze sobą ... ?
Czego mi tak najbardziej brak ... ?
Co sprawiłoby, że życie stałoby się lepsze, przyjemniejsze, bardziej znośne ... ?
Z czym byłoby łatwiej chwytać każdy dzień ... ?




A Wy?

What do you need?

Hope.
Faith.
Patience.
Courage.
Understanding.
Peace. 
Passion.
Healing.
Strenght.
Beauty.
Freedom.
Luck.
Love.

???

27 sierpnia 2013

Sztuka życia

W życiu często coś nie wychodzi. A jak wychodzi, to się okazuje, że nie o to chodziło ...
Prawdziwą sztuką jest nie poddawać się, nie zniechęcać, nie rezygnować ... Tylko sięgać po kolejne marzenia, cele, wyzwania ... Próbować ... Szukać tak długo, aż nastanie spełnienie. Tyle z teorii.






11 lipca 2013

Egoizm

To ile jesteśmy w stanie znieść, a to ile chcemy poświęcić to dwie różne sprawy ... Z wiekiem robi się ze mnie coraz większa egoistka. Dobrze mi z tym. Nadchodzi Mój Czas.




10 kwietnia 2013

Tatuaż


"Pamiętaj, że wszystko co uczynisz w życiu, zostawi jakiś ślad. Dlatego miej świadomość tego, co robisz."
 Paulo Coelho

Każde zdarzenie jest jak ta­tuaż na naszym sercu.
Czy to nasz własny wybór, czy chwila uniesienia, czy zrządzenie losu ... , ślad po nim pozos­ta­nie już na zawsze.
Każde słowo jest jak igła wtłaczająca barwnik pod skórę ... Raz wypowiedzianych słów nie da się cofnąć.
Bywa że czas za­mienia ra­ny ser­ca w ta­tuaże zdo­biące naszą duszę.
To ile i w jaki sposób przeżyliśmy sprawia, że jesteśmy tym kim jesteśmy ...
Cierpienie uszlachetnia ... ?
Mam taką nadzieję.



źródło

23 marca 2013

W natłoku myśli

Gdzie te czasy, gdy człowiek mógł spokojnie dłuuuugo spać ... ? Gdzie te czasy, gdy organizm mimo że tak młody i nie zmęczony tyloma obowiązkami, mógł wypoczywać bezustannie, nie licząc czasu, nie patrząc na zegarek  ... ? Co się stało z tym błogim spokojem, z tą choć chwilową, ale jednak! pustką w głowie? Kiedyś się potrafiło zresetować myśli ... Dziś to rzadko spotykany stan. Czasem sama się gubię w natłoku swoich myśli ;)
Wolny dzień. Teoretycznie można by odespać ciężki tydzień ... Ale tylko teoretycznie, bo co z tego, że sobota i że nigdzie się nie spieszę? Co z tego kiedy organizm przyzwyczajony do codziennych wczesnych pobudek, mimo niedzwoniącego budzika, wybudza się przed czasem i zaraz dopadają go różne niechciane myśli. Tysiące myśli ... I zaraz zaczyna się w myślach wyliczanie ... : ile to rzeczy nie zrobiłam, ile rzeczy mam do zrobienia, ile rzeczy nie zdołam zrobić ... itp., itd. Następnie nadciągają czarne myśli i inne wszelkiego rodzaju nurtujące pytania/wątpliwości ... i szlag trafia całą moją senność. I nie ma tu nic do rzeczy to, jak bardzo jestem zmęczona, że głowa boli i ciężka jakaś taka ... Nic to nie znaczy wobec myśli kłębiących się w mojej głowie. To się jakoś nazywa ... To dorosłość i odpowiedzialność. Obie bardzo poważne, dostojne i niezwykle absorbujące ...





Udanego weekendu kochani :)
I spokojnych myśli ;)



27 lutego 2013

At work

Nie lubię swojej pracy ... Nie za to jaka jest. Raczej za to jaka nie jest ... Bo uświadamianie sobie codziennie, że jest się w nieodpowiednim miejscu, że nie robi się tego, co by się chciało ... nie jest fajne ani przyjemne. Marnuję się tutaj ... Marnuję swój potencjał ... , swój czas ... Mogłabym dużo zdziałać, ale nie w tym miejscu ... Bo to nie moja bajka ...
Zero satysfakcji, zero spełnienia ... Siłę i moc daje mi jedynie kontakt z ludźmi. To oni są moimi akumulatorami i katalizatorami ... Tylko z ich powodu chce mi się tu wracać. Dzięki nim chce mi się ...
Bardzo zazdroszczę ludziom, którzy kochają swoją pracę ... Marzę o tym, by móc kiedyś powiedzieć, że robię to, co kocham ^^









Filcowe korale są autorstwa pewnej bardzo zdolnej Martyszki :*

8 listopada 2012

Bawię się świetnie




Choć mam wrażenie, że bawię się świetnie, to jednak czasami przychodzi taki dzień, gdy dociera gdzieś do mojej podświadomości myśl, że tak naprawdę to żyję gdzieś obok siebie, że życie przecieka mi przez palce i że zamiast posuwać się do przodu, dalej stoję w miejscu. Bilans zysków i strat wypada "chusteczkowo" :/
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na co dzień wisi mi to zupełnie. Zahartowałam się. Opanowała mnie jakaś znieczulica. Wiele spraw pieprzy się, a moje podejście do nich, to pełna olewka pod tytułem "jakoś to będzie". Zauważyłam, że coraz łatwiej z wszystkim się godzę, kolejne ciosy coraz dzielniej przyjmuję na klatę. Jestem pogodzona z sobą, z tym co daje mi los. Żyję dniem dzisiejszym, nie wiem co będzie za tydzień, a co dopiero za miesiąc. Wydaje mi się, że już na nic nie czekam, a jeśli czekam, to biernie ... (nijak ma się to do konwencji tego bloga i jego nazwy). Chyba nie tak to powinno wyglądać ... Ale jestem dziwnie spokojna. Wiem, że będzie dobrze. Musi być :)


 

Mąż śmieje się, że na blogu same moje nogi :)) No cóż! Twarzy nigdy nie pokażę (NIGDY nie mów NIGDY!), sama nie obfotografuję się sensownie z tyłu czy z boku, a chętnych do tego zajęcia jakoś brakuje. Więc ... dziś MOJE NOGI W DRODZE DO PRACY :D

 

 

3 sierpnia 2012

Perfekcjonizm

Życie perfekcjonisty nie jest lekkie ... Nie zaśnie dopóki zlew jest pełen brudnych naczyń, nie przejdzie obojętnie obok porozrzucanych niechlujnie rzeczy, nie spocznie dopóki wszystko nie znajdzie się na swoim stałym miejscu. Jego światem rządzą ciągłe schematy i symetria. Pranie jest wieszane według stałego schematu, naczynia zmywane są według stałej kolejności (nigdy odwrotnej), sprzątanie rośnie do rangi rytuału, w którym każda czynność wykonywana jest z największym pietyzmem (zupełnie jakby zależało od tego życie ludzkości), w pracy daje z siebie wszystko. Zasada "jeśli coś robię, to na 100 % albo wcale" dotyczy każdej dziedziny życia, począwszy od malowania paznokci, a na adresowaniu koperty skończywszy ... ;)