Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

7 września 2015

Skrzydła

Niedzielny poranek. Niby zwykłe śniadanie, a potokiem myśli rozlało się po głowie. Hulają teraz po niej jak ten wiatr co za oknem brzózkę w pół gnie. 
Trzy naleśniki. Pierwszy ociekający orzechową słodyczą rozpuszczonej nutelli prosto ze sklepowego słoika, taką którą trzeba później czymś choćby ciut kwaskowym przełamać. Drugi więc z śliwkowymi powidłami od sąsiadki zza płota. I trzeci, muśnięty cieniutką warstwą konfitury wiśniowej z tego samego źródła. Dwa małe słoiczki pełne przyjaźni, wspólnych wspomnień, wielogodzinnych rozmów przy winie wśród radości i wśród  łez.

Gdyby tak każdy zdobył się na co dzień na więcej serdeczności, ciepłych myśli, dobrych chęci, chwilotrwania ... Pięknie byłoby ...

Lubię gdy zdarzy się coś co wyrwie mnie z szarego życia biegu, wytrąci ze stanu ignorancji, wprowadzi w radości zachwyt ...

Gdy zdarzy się, że do pracy ktoś w sumie obcy, przyniesie specjalnie z myślą o mnie szeleszczący pakuneczek, a w środku domowe eklerki z przepysznym śmietanowym kremem. Tak po prostu, by sprawić komuś radość, bo ktoś kogoś lubi ...

Smakowite wegańskie przesyłki od Martyshki powoli stają się normalnością. Spiesząc się do pracy znajdzie chwilę by podrzucić mi "coś na ząb", by czymś smacznym się podzielić ...
Bywa, że sposób zapakowania sprawia, że żal psuć cały kunszt by zajrzeć do środka ... Ta to dopiero potrafi sprawić radość! Czasem myślę sobie, że uszczęśliwianie innych jest wpisane w jej życiową misję.




W sezonie orzechowym pewien starszy pan co dzień rano przychodzi po gazetę, którą to od lat ma odkładaną do opisanej odręcznie jego nazwiskiem teczki, i to właśnie wtedy kieszenie ciążą mu od całych garści orzechów włoskich, i codziennie rano wysypuje na ladę zawartość tych kieszeni wraz z mokrą ściółką, trawą i okruszkami, i codziennie, niezmiennie od lat przeprasza, że dziś ich tylko tyle (choć to aż tyle) ... Od zeszłego roku fakt ten tłumaczy niechybną kradzieżą łupinowego owocu ... Niknie w oczach staruszek w swoim świecie.

Sąsiadka z najpiękniejszej kamienicy idąc do piekarni, po drodze zagląda, by spytać czy aby nie potrzeba mi chleba, a może drożdżowca bym chciała ... ? Dziś pewnie będą mieli, bledziutki, z dużą ilością kruszonki, taki jak lubię ... Pewnie że chcę. Poproszę.
I kupuje, przynosi, odbiera swoją gazetę, zamieni kilka słów, dziękuje i odchodzi. Czasem wraca, bo przypomni jej się że ma dla mnie słoiczki z kulkami dyni w occie / bo ktoś obdarował ją skrzynką marchewki, której sama nigdy nie zje/ bo bzu tyle na gałęziach, że te aż uginają się pod tym ciężarem, a konwalie zaraz przekwitną, więc może bym ich sobie narwała ... Zajść do tej kamienicy, która od dziecka mnie fascynowała,  do ogrodu, który wtedy nie był w zasięgu dziecięcych oczu - nigdy nie odmawiam sobie tej przyjemności. 




Pewna pani wracając z zakupów zadowolona ze zdobyczy lubi się nimi pochwalić, a uzyskawszy aprobatę odchodzi bogatsza o jeden uśmiech i serdeczne słowo. Ale najpierw częstuje tym co akurat smacznego wygląda z jej torby.  Jabłko, śliwka, małe pączusie serowe ... Gdy w jej ogrodzie rozkwitną konwalie, pewnego ranka w drodze do pracy zachodzi do mnie, i dostaję obłędnie pachnący bukiet.

Uwielbiam gdy ktoś przynosi dla mnie uśmiech.
Chwile, momenty ...
Kiedy życie staje się bardziej niż znośne. ..
Kiedy czujesz na plecach skrzydła, lekkie jak piórko, delikatne jak babie lato  ...

Konkursową pracę chciałam zacząć od słów niewiele mi w życiu wyszło ...
Poleciała w wirtualny świat ze zmienionym początkiem.
Bo życie każdego z nas jest niezwykłe, jedyne, a to jak je widzimy zależy jedynie od nas samych.



31 lipca 2015

Zagubiony kompas




Niechaj nikogo nie zmyli ten jakże przyjemny obrazek.
Nowe lektury jedynie gromadzę, poddaję krótkiej kontemplacji, po czym odkładam na i tak już zapchany regał, gdzie nowości coraz tłumniej czekają na spokojniejsze czasy (czyli kiedy  ... ? no kiedy?!!).
Czas, czas ... Wciąż na tyle rzeczy go brak.
Pochmurne niebo i niskie temperatury wybudziły dotąd smacznie śpiącą nostalgię.
Wywołały skądś zapomniany syndrom dnia świstaka.
Jakiś czas temu polazł gdzieś, znikł na dość długi jak na jego zwyczaje okres, a teraz znów się przypałętał.
A tak dobrze mi było w pojedynkę ...
Więc znów odczuwalny bezsens powtarzalności dnia codziennego.
Męczące podobieństwo tygodni całych rozpędzonych na podobieństwo huczącej petardy.
Tygodnie sunące po kalendarzu w turbo-przyspieszeniu szalonym.
Troski dnia codziennego znów okradają twarz z uśmiechu. Skutecznie pozbawiają różowych okularów. Mgłą pokryły nauki "bereta" (Regina Brett).
Nie jest łatwo w porę rozłożyć ochronny parasol.
Trudno przewidzieć z której strony nadejdzie burza żalu czy deszcz pesymizmu.
By złą energią nie karmić siebie i innych przemieniam ją szybko w krystalicznie czyste okna.
Tylko tak umiem pozbyć się tego co złe.
Jednak gubię przy tym swój kompas i tracę orientację co do tego co w życiu ważne, a co mniej ważne.
Ja wciąż jednakowo wyeksploatowana, zasypiająca prawie że w opakowaniu, coraz bardziej nerwowa i płaczliwa.
Hormony i spółka. Z naciskiem na spółka. 
Ciężko sprostać oczekiwaniom wszystkich dookoła, a najtrudniej swym własnym.
Na wszystkich płaszczyznach.
Bez wyjątku.
Począwszy od tych najbardziej prozaicznych.
Byle odchylenie od normy pozbawia gruntu pod nogami.
Gdybym tak mogła beztrosko i prosto z serca zaśpiewać z Natalią ...




Tylko jest jeden problem.
Ja lubię sprzątać.
Dla siebie. Dla innych (nie mylić z za innych).
Co nie znaczy że czasem nie zaklnę przy tym soczyście i co nie zwalnia mnie ze statusu niewolnicy porządku*.
Bo owszem, sprzątam nawet gdy na samą myśl o tym dostaję skrętu kiszki.
A chciałabym czasem uwolnić się od tego.
I wkurza mnie gdy to bierze nade mną górę.
Ostro we znaki daje się pragnienie uszczęśliwienia wszystkich oraz nabyty perfekcjonizm, potrzeba czystej podłogi, idealnie rozwieszonego prania (to ta najbardziej złośliwa odmiana perfekcjonizmu - tylko ja zrobię to dobrze - gdy zdarzy się że po prostu muszę (! ) po Poślubionym cały proces poprawić, silniejsze to ode mnie, choć zdaję sobie sprawę że to niedorzeczne, to wprost kłują w oczy nierówno przypięte klamerki i krzywo wiszące galoty ;), potrzeba czystych szaf i równo poskładanych ubrań, gładko rozłożonych narzut i strzepniętych poduszek, idealnie okrągłych kotletów, kakao serwowanego tylko w odpowiedniej temperaturze  ...
Gdyby tak zamienić je na potrzebę idealnie przeczytanej bajki (na wymarciu, wstyd się przyznać ), klas równo wyrysowanych kredą na chodniku, potrzebę idealnych podskoków na skakance,  gładko rozłożonej talii kart, tak samo pięknie gładko pomalowanych paznokci (każdy koniecznie w innym kolorze), idealnie okrągłych kulek z modeliny nawleczonych na kolorowy sznurek, humorków strzepniętych lekką ręką z przygarbionych ramion ...

Gdyby tak uwolnić się od wszystkich krępujących mnie kajdan. 
Gdyby odnaleźć własną drogę ... Tak jak bohaterowie "Księgarenki..." ... Nie dusić się już dłużej w tłustym sosie kiepskich decyzji.

Priorytety nie zawsze układają się w głowie należycie.
A wtedy wyrzuty sumienia zawstydzają i wiercą dziurę w głowie.
Dobrze że mam ludzi od odciągania od przyziemnych i nieważnych spraw. Od wyciągania na spacer, na basen, ludzi od wesołego upomnienia "Masz dziś nie sprzątać! Masz odpocząć!" :) , ludzi wpadających w odwiedziny znienacka z kawałkiem pysznego domowego ciasta, ludzi od zagubionego kompasu ...
I najważniejsze że mam Je, dwie ukochane ...

A dziś znów piątek :)
Nagramy kolejnego "Harrego Pottera" (jak w każdy wakacyjny piątek - dziś moja ulubiona część "Czara ognia"), zrobimy idealnie słony popcorn i nasolimy nim na prześcieradle. Równiutko :) (Poślubiony znów będzie się wściekać o okruszki.) Może nawet wypijemy to idealnie zimne kakao. Bleee...
Listę TRÓJKI odsłucham gdzieś w międzyczasie. Pewnie znów na raty. Nieuważnie. Nie szkodzi. Są inne ważne sprawy.
A na deser ostatni odcinek pierwszej serii "Broadchurch". Zarywając kolejną noc. Bo warto. (Dziś do trzeciej nad ranem oglądałam odcinek po odcinku. Trzyma w napięciu. Polecam gorąco!).


*co wcale nie znaczy, że w moim domu wszystko lśni i błyszczy (!).

18 czerwca 2015

O szczęściu zasłyszane

M. radziła wsadzić głowę w chmury :)
Co czynię z prawdziwą lubością.
Choć na moment.
Łapię chwile.
Coraz bardziej bezwiednie "trwonię" czas. Prawie bez wyrzutów sumienia. I coraz mniej zaprzątam sobie głowę tym co ktoś o tym pomyśli.
Dostrzegam małe szczęścia. Paradoksalnie w smutku przychodzi mi to łatwiej.
Otaczam się dobrymi ludźmi. Stronię od krwiopijców.
Wychwytuję z otoczenia dobre fluidy, a przepędzam co złe.
Z różnym skutkiem rzecz jasna.
Bo zdarzy się też dzień, gdy nie widzę słońca na horyzoncie i nie przyświeca mi ni krzty nadziei.
Gdy jest niebywale ciężko, rozwijam tutaj aurę grozy.
A tak naprawdę dzielę się tym co u mnie w ocenzurowanej mikroskali.
Bardziej dosłownie i otwarcie nie potrafię.
Ale pomaga. To taka moja terapia.
Pozwala przeczekać burzę. Spojrzeć z boku na sytuację i zdystansować się.
Wychwycić dotychczas niewidoczne rozwiązania.
Wysmucić się.
Bo czasem niezbędna jest żałoba, by móc powstać z popiołów i na nowo się odrodzić.
Moja żałoba musi być krótka.
Bo to optymizmu przede wszystkim chciałabym nauczyć swoje dzieci.
Taka moja matczyna misja.
Nauczyć postrzegać życie nie jako pasmo bezustannych trudów i trosk, ale jako bezcenny dar.
I nawet zamówię dzisiaj dla Starszej "Planetę dobrych myśli"(!). Może nawet sama zerknę ...
Mówią że "tylko krowa zdania nie zmienia" ;)





Szczęście.
Jak można używać jednego słowa do określenia tak różnych uczuć ... ?


Człowiek jest nieszczęśliwy, bo nie wie że jest szczęśliwy.
Tylko dlatego.
To wszystko. 
I już.


Może naprawdę tak jest, że udaje się zrozumieć życie tylko od końca.
Ale żyć trzeba do przodu.


 W planie stworzenia nie przewidziano szczęścia człowieka.
-Kto tak twierdzi?
-Freud.
- Ten nudziarz!


"W pogoni za nieszczęściem"
(reż.Sherry Hormann, Niemcy, 2012)




Polecam wszystkim miłośnikom klimatu "Amelii".
Johanna Wokalek mą muzą w zapuszczaniu włosów :)
Rosną jak szalone.
Obecna długość "za ucho" w miedzianych rudościach się nosi :)

17 czerwca 2015

ŻYCIE. vel.2

Coraz bardziej boli cudza krzywda. W szczególności Ich krzywda.
A coraz mniej własna.
Każdy kolejny cios pogrubia ochronny pancerz. Niewiele potrafi przedrzeć się przez jego liczne warstwy.
Niesprawiedliwość tylko serce kroi tytanowym ostrzem na milion kawałków, które później trudno zlepić w zgrzebną całość. Zlepiam je całując ukochane pukle, tuląc do serca ze słonymi strużkami na policzkach. Wymazuję zło czułością jak ołówek najlepszą gumką. I modlę się by w ich główkach zostały tylko dobre wspomnienia.
(...)
Potrafię szaleńczo nienawidzić. W nerwach złorzeczyć.
Coraz dłużej pamiętać krzywdę.
Odpłacić złem za zło.
Oko za oko, ząb za ząb.
Nie podejrzewałby nikt.
A głównie ja sama.
(...)
Home sweet home.
To Ona, rodzona, jedyna ... funduje huśtawkę wrażeń, pajęczynę krętych ścieżek spowitych mrokiem z uknutych mikrospisków.
Nie pamiętam już że kiedyś było inaczej.
Zbyt dużo krzywd zatarło to co dobre.
(...)
W najgorszych koszmarach staję się Nią dla własnych dzieci.
Najboleśniejszym oszczerstwem dopatrzenie się przez kogoś naszych podobieństw. Jakichkolwiek.
Blady strach z miejsca mnie obsiada, nogi stają się jak z waty, paraliżuje i zabiera powietrze z płuc uczucie paniki.
(...)
Dzieci coraz mądrzejsze. Kaliber ich problemów i pyskatości coraz boleśniejszy. Wątpliwości i paraliżujących strachów masa. 
Bruzdy na czole zauważalnie coraz głębsze.
Z dnia na dzień większa samoświadomość moja.
Wiem czego chcę i nie godzę się na to co wadzi. Basta!
Mówię to co myślę nie bacząc na skutki.
Nie żałuję.
Niczego.
Każdy dzień błogosławieństwem moim.
Na klatę wezmę ile tylko zdołam.
Jestem tu po coś.
Mam klarowną misję.
Przeżyć życie po swojemu.
Jeśli po latach stwierdzę że nie udało się bądź nie było warto - zobojętnieję i zgorzknieję, stanę się Nią, a wtedy niech ktoś poda mi naładowany pistolet.
Nie zawaham się go użyć. 
Póki co walczę.
Z niesprawiedliwością, obojętnością, złem wyglądającym z każdego kąta.
Coraz mniej boli.
Przegranym ten który się poddaje.






24 maja 2015

Monstrualny żart


Leniwa pobudka w pokoju zalanym słońcem.
Niedzielne polegiwanie w pomniejszonym składzie.
Młodsza na nocowaniu u Górkowej kuzynki (tej od prątkowania).
Starsza marudząca, domagająca się nowych Simsów, na matkę działająca jak płachta na byka.
Kościelne dźwięki wpływające przez szeroko otwarte okno.
Zapowiedź mszy za pewną duszę i najpewniej moment zatrważającej ciszy wśród kościelnych bywalców. 
Powodem stop klatki nagła i bezsensowna śmierć 35-letniego M.
Mniejsze Miasto na moment zamarło.
Nie może otrząsnąć się  z takiej tragedii.
Wciąż mam go przed oczami. 
Zawsze wesołego, ze śmiejącymi się oczami i
 z serdecznym "cześć" na ustach.
Wczoraj jego pogrzeb, dziś komunia święta jego synka.

To mogło być serce każdego z nas.
Mogło postanowić przestać bić.
Wypiąć się na tlen krążący w żyłach.
Nie chcieć dłużej walczyć.
W tym wszystkim moje zastanie. 
Poczucie bezsensu.
Nietęgie myśli.
Ponoć Bóg nigdy nie mruga.
Ja mam własną teorię.
Zasłyszaną kiedyś w jakimś filmie.
Myśl, która wraca do mnie jak bumerang. 

"Nie masz czasem wrażenia, że jesteśmy bohaterami czyjegoś monstrualnego żartu ...?"

Życie bywa krnąbrne i mało zabawne, a świat brutalny.
Cieszmy się z każdej najkrótszej danej nam chwili ... 
Choćby nie było nam wcale do śmiechu szanujmy ją.
Małe chwile składają się na cały życia zarys.
Od nas jedynie zależy co przebiegnie nam przed oczami w godzinę śmierci naszej.
Co zostanie w pamięci tych, którzy zostaną ...
Jak ten chłodny zefirek smyrgający wystające spod kołdry stopy sztuk 6. 
Mucha bzycząca tuż nad zimnym tostem.
Gorąca kawa.
Muzyka.
Czyjś wyraz twarzy.
Czy czyjeś fochy. 
W obliczu tragedii wszystko błogosławieństwem się staje.





24 czerwca 2014

Życie.

Miał być wesolutki post o molach książkowych (spokojnie, będzie :).
W międzyczasie pojawił się ciężki weekend. Taki gdy to nic się człowiekowi nie chce ... Nie chce się wygrzebać nosa spod kołdry, wciągnąć papci i iść zrobić sobie kawy, gdy wszystko jak okiem sięgnąć drażni jak jasna cholera ... Gdy nie ma za grosz cierpliwości, dla tych których najmocniej kochamy ... Gdy chce się wyć z bezsilności, gryźć, drapać i krzyczeć do zdartego gardła ... Bez większego powodu i bez PMS.
I miało być o tym.
Jednak wieczorem przeczytałam TEN [klik] post u Iwony i stwierdziłam, że cokolwiek napiszę, nie będzie to miało najmniejszego sensu. Nie z moim nastawieniem.
I jeszcze ten mój komentarz pod jej postem ... Jego negatywny wydźwięk dotarł do mnie dopiero następnego dnia, gdy to ponownie do Niej zajrzałam.
Dotarło do mnie iż ostatnio bezustannie, zupełnie nieświadomie i niechcący leje się ze mnie żal, gorycz, zgorzknienie, bywa że nawet jad. Zero radości z życia. Krótkie chwile szczęścia, o których zapominam nim zdążą porządnie rozwinąć swe kruche skrzydła.
Przeczytałam u Iwony mnóstwo komentarzy od ludzi wdzięcznych losowi, ludzi szczęśliwych, spełnionych ...
Zawstydziłam się.
Jaki jest sens ciągłego rozkładania na czynniki pierwsze problemów, które przecież zawsze będą obecne w naszym życiu ... ?
Jaki jest sens karmienia się swym osobistym jadem ... ?
Po co pisać że znów zero radości z codzienności ... ? Że proza życia, znudzenie, bezsilność i niemoc totalna. To już było.
Po co pisać że znów nie chciało mi się zwlec z łóżka ... ?
Że znów zostawiłam niedzielne śniadanie na Jego głowie, a On znów miał o to fochy (i wcale się nie dziwię)... A przecież jeszcze nie tak dawno uwielbiałam to nasze wspólne niedzielne niespieszne krzątanie ... A teraz? Nie cieszy przecież nic.
Że znów za mało czasu poświęconego Im ... Że zakurzone "Grzybobranie" i smutne "Scrabble" w ciemnym kącie ... Że to co wspólne to troszkę z rozpędu odbębnione ... Kocham, więc zwlekam cztery litery i idę, rysuję, ukochane kluseczki wałkuję ... Bez większych chęci, nikłej z mojej strony radości ... Bo  ja w tych rzadkich chwilach "niepracy",  to najchętniej koc, książka i nicnierobienie.
Że znów ledwo tknięta książka ... , że "Wysokie obcasy" jak co tydzień jedynie przekartkowane tworzą przy łóżku coraz bardziej chybotliwy stosik ... Że już nie jeden, a trzy filmy dołączone do TS czekają na niespieszną projekcję ... Ze wstydu nie wspomnę o innych.
Że złość, bo znów (!) trzeba iść do znienawidzonej pracy, bo trzeba zrobić obiad, a później  jeszcze po tym obiedzie pozmywać, że chwilę temu zlew był pusty, a gdy spuściłam go na moment z oczu, w magiczny sposób znów się zapełnił, że stosy prania czekają na upchanie w za ciasnych przecież (no szlag po prostu!) szafach, a w tych szafach ciągły bałagan oczywiście, że znów wszędzie syf jak cholera, choć chwilę temu jak okiem sięgnął pięknie błyszczało, że ktoś wszedł na czystą podłogę w ubłoconych buciorach, że ktoś porozrzucał zabawki i niegrzecznie się odezwał, że od rana do wieczora darcie kotów w dziecięcym rewirze, że On się nie domyślił i nie zareagował odpowiednio, gdy przecież powinien ... i że brak rodzicielskiej konsekwencji, a tylko ja dostrzegam tego skutki ...
Jednak najbardziej niszcząca jest złość o to, że znów tak bezmyślnie zmarnowało się kolejny dany nam dzień. 

Wszystko!, podkreślam WSZYSTKO, rośnie do rangi życiowej tragedii, gdy nie ma się w sobie ani krzty woli walki.
Tragikomedia.

Zawstydziłam się tych myśli okrutnie.
Czy na pewno  nie mam za co dziękować życiu ... ?

Nie jestem idealna. Nie jestem idealną matką, żoną, córką, siostrą, pewnie nawet przyjaciółką ... 
Moje życie. Bywa, że mi z nim źle.
Zagalopowałam w nim się.
Kolejny raz spróbuję Cię ŻYCIE wziąć na rogi.
I wiesz co, ŻYCIE ... ?
Wbrew temu co myślisz ... kocham Cię.











Od dziś CODZIENNIE chwytam MOJE chwile w obiektyw
i dzielę się nimi z Wami tutaj
CODZIENNIE
By nie pozwolić szczęściu przejść niezauważonym
...
Od jutra ruszam z projektem

JEDEN dzień - JEDNO zdjęcie

I wybaczcie jeśli mimo to czasem uleje mi się tu trochę goryczy ... ;)
To w końcu życie. Niepewne i nieprzewidywalne. 
Jeśli jednak koniec końców uleje się, by dojść do podobnie optymistycznych wniosków ... , 
niechby i częściej!
:)))

Kamila
:*

5 czerwca 2014

Home sweet home

Tytuł roboczy

"Kota nie ma - myszy harcują! (Czyli spowiedź czas zacząć ;)"

Niniejszy post powstał dzięki uprzejmości mojej szefowej, która to wybyła w świat z miejsca dowodzenia, a ja tym samym mogłam rozsiąść się wygodnie, z bezczelnym uśmiechem satysfakcji rozlanym na twarzy, przed klawiaturą z uprzednio pieczołowicie wymanicurowaną dłonią (Gdyby kto pytał kolor fuksja. Bardzo ładna! ;D ) i napisać do Was, jednych mniej, innych bardziej ;) stęsknionych.

(Niech Was nie zmyli ten jakże żartobliwy wstęp ... Im dalej w las, tym gęściej od wcale niewesołych myśli.)





Wciąż mnie tutaj tak mało, gdyż nijak nie mogę ogarnąć swojej rzeczywistości. W dzień będąc cały czas na wysokich obrotach, wieczorem nie mam siły na nic prócz wieczornej toalety. Książki (nawet te już lekko nadgryzione) leżą odłogiem, czekając na lepsze czasy. Zapomniałam już co to dobry film i każda inna forma relaksu. Najkrótsza chwila nudy to największy luksus.

Przeprowadzając się na stare śmieci (do domu rodzinnego), miałam roztaczane przed oczami cudowne wizje jak to będziemy się wspólnie z mymi rodzicami wspierać, pomagać sobie i będzie Nam tu jak u pana Boga za piecem. Peace, love and dosłownie dawno wyczekiwana sielanka. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. To jak wyglądają sprawy po upływie prawie roku od przeprowadzki, nijak ma się do tamtych obietnic. Ba! Mniej więcej już po tygodniu wspólnego mieszkania dotarło do mnie, że popełniłam życiowy błąd nic sobie nie robiąc z ludowego porzekadła, iż NIE WCHODZI SIĘ DWA RAZY DO TEJ SAMEJ RZEKI. A niejeden pukał się w czoło, odradzał ... Niejeden.

W pracy (szefowa to jednocześnie moja osobista rodzicielka) może faktycznie nie powinnam narzekać - choć nie mam taryfy ulgowej (a wręcz przeciwnie - bywa, że koń pociągowy, to przy mnie wakacje w Rio), to jednak można się dogadać. Chcę wolne - mam wolne. Spóźnię się - nikt  mi nic nie powie (przynajmniej nie prosto w oczy, bo już do ludzi to inna sprawa - ciekawe rzeczy rozgaduje się na temat własnego jakby nie było dziecka ...). Pomińmy jednak temat "obrabiania" mi tyłka z jakby nie było obcymi ... Nazwijmy sprawy po imieniu - przywykłam. Zawsze już będę tą czarną owcą. Są jednak gorsze strony powrotu na stare śmieci.
Bo we wspólnym "pomieszkiwaniu" gęsta atmosfera sztuczności ... Tu trudniej o ustępstwa. Choć patrząc wstecz, stwierdzam, że obecnie jest o niebo lepiej, w porównaniu z tym co było na początku. Wciąż jednak mało tej obiecywanej współpracy. Piękne obietnice gdzieś się rozpłynęły, zostawiając miejsce skumulowanym zwałom obowiązków zrzuconych na mnie. W myśl zasady dasz komuś palec, a on weźmie całą rękę, oczekiwania wobec mnie wciąż rosną, a błędne koło, które w ten sposób się tworzy osiąga coraz bardziej monstrualne rozmiary i zatacza  coraz większe kręgi. A niech tylko (ja Kopciuszek) coś zaniedbam (!). Z miejsca napływa fala pretensji, konflikty narastają, aż do czasu, gdy tama puści i polecą iskry. O ile stosunki z moim tatą (zwanym Dziadkiem) układają się z reguły łatwo, lekko i przyjemnie, o tyle z matką (zwaną przeze mnie, bardzo nieładnie zresztą,  Babką ;P) mam wiecznie pod górkę ...

I gdy tak dwoję się i troję, latam z wywalonym jęzorem, jedynie postronni dostrzegą jak niknę w oczach przypominając coraz bardziej wybiegowy "wieszak" prosto z Mediolanu. A to wszystko po to, by uniknąć choć co drugiej awantury. A że gubiąc po drodze siebie, swoje pragnienia, marzenia ...? Oj tam! Cele wyższe :/
No i poświęcam się pełną gębą. Zaniedbuję moje, Nasze sprawy, bloga i całą bliską sercu resztę. Jednocześnie wciąż marząc o zupełnym odłączeniu naszego pięterka. Już nawet z ust Dziewczyn zdarzyło się Nam usłyszeć, że by nastała sielanka należałoby tylko zamurować klatkę schodową (marzy nam się!) ;)))
Jednak póki co wspólnych płaszczyzn płaskich dużo, więc i problemów z tego wynikających tyle samo. Dzieje się.

Troszkę sama zapracowałam na rolę służącej. Troszkę jest tu winne moje dobre serduszko. Mimo wielu karczemnych awantur (o nic), mimo wielu bolesnych słów, których nigdy nie zapomnę ... dalej pomagałam, wyręczałam, dawałam z siebie wszystko nie dostając nic w zamian, i po to tylko by koniec końców i tak być tą najgorszą.
Wciąż bijąc się w pierś dalej brnę w to bagno, zamiast tupnąć raz a porządnie nóżką. Nie potrafię. Tak mnie wychowano. Należałoby chyba napisać wytresowano. Toksyczne rodzicielstwo jak malowane. Boję się strasznie, że przesiąkłam nim do szpiku kości. Bywa że przyglądam się sama sobie z boku wypatrując choćby śladowej ilości rodzicielskiego trującego jadu. To byłaby moja sromotna klęska.
Nie chcę być taka jak moja mama. I to smutne, że nie mam jej za co dziękować. Uświadomiłam to sobie niedawno.

I przykro mi, gdy widzę innych dziadków na spacerze z wnukami, na lodach, gdy słyszę, że jakiś dziadek czyta wnukowi książkę, gra z nim w szachy, prowadzi długie i mądre rozmowy o życiu ... Czuję ukłucie zazdrości gdy Poślubiony opowiada jak jego tato uczył go grać w szachy. Zresztą mamy TE szachy teraz w naszym domku. Ilekroć na nie spojrzę coś mnie w środku ściska. Niezapełniona luka, przejmujące uczucie pustki.
To nie moi rodzice. To inne wychowanie, inny świat. Może gdybym pokazała palcem, poprosiła ... Ale nie. Nie. To nic by nie dało. Jedynie nowe pole do konfliktu. Ale czego w sumie ja oczekuję ... ? Na co liczyłam? Myślałam, że w tym wielopokoleniowym domu nasze dzieci zaznają tego czego ja sama nigdy nie zaznałam ... ? W domu, w którym wiecznie liczyła się tylko praca, w którym nie było mowy o wspólnych rodzinnych wakacjach ... Byli jedynie wiecznie zapracowani rodzice i brak jakkolwiek wspólnie spędzonego czasu. Uboga jestem w takie wspomnienia.
Wiem, że to wszystko było po to, by niczego nam nie brakowało. I nie brakowało ... Niczego prócz widzialnej dla oczu dziecka troski i miłości.
I boli jak cholera, gdy teraz to właśnie Oni wypominają mi, że zamiast wziąć się do roboty ("Bo tyle jest do zrobienia.") , ZNÓW idę z dziewczynami na spacer/ na warsztaty plastyczne/czy proszę tu sobie wstawić każdą jedną rzecz niezwiązaną z pracą przez duże P. 
 A najgorsze jest to, że mimo iż wiem że postępuję właściwie, to nie potrafię pozbyć się irracjonalnych wyrzutów sumienia. Bo kuźwa kolejny raz nie wszyscy będą zadowoleni ... No, fuck! Po prostu fuck.
O naiwna ja!


Myślę i myślę nad plusami naszego wspólnego mieszkania ... Choćbym bardzo chciała nic tu nie nabazgrzę ... Chyba że popuszczę wodze rozbujałej fantazji.

Proszę się więc nie dziwić, że w głowie wciąż prowadzę alternatywne życie.
Błogie, sielskie życie daleko stąd ...


I to pod tym postem poproszę wszystkich mnie podczytujących o pozostawienie śladu. Już dawno chciałam Was o to prosić. 
Ciekawi mnie ilu Was tam tak naprawdę jest, po drugiej stronie monitora :)))
Zostawicie ślad? Imienny (Ci anonimowi)? Choćby bez komentowania tego co powyżej.

 ***

Kamila


25 marca 2014

O tym dlaczego znikam z blogosfery *

Miało być o zielonych portkach, w które ostatnimi czasy namiętnie wciskam swoje wychudzone cztery litery ...  O zimowej wełnianej biżuterii od zdolnej Martyshki ... Miało być o nowym trafionym odcieniu blondu na głowie ... Miało być o "żarówiastych" neonach na paznokciach ... Miało być o lumpeksach w Mniejszym Mieście i łupach stamtąd wyniesionych ...  W tym o wymarzonej wełnianej narzucie na łóżko za całe 14 zł (!) ... Miało być o wiosennych porządkach i przemeblowaniach ... O tym że odnowiony mebel to jak perełka z second handu - cieszy bardziej aniżeli nowość prosto ze sklepu.. Miało być o zajęciach aerobiku, którym to udało się rozruszać moje zaspane ciało ...
Miało być o książkach przeczytanych i tych, które zamieszkały w naszym domku. Wreszcie miało być o obejrzanych filmach i zapowiedziane wcześniej recenzje ...

Miało być.

Tymczasem będzie o  tym co mnie gryzie ... Muszę wylać z siebie całą tę gorycz, by oczyścić gęstą atmosferę blogowej niesłowności ;) , by móc na nowo pisać o rzeczach fajnych ... Bo NIE! Jeszcze stąd nie znikam na dobre :))

I tak będzie o tym, że dopadło mnie jakieś przesilenie, że wieczorem zasypiam nim krem zdąży się wchłonąć w dłonie, nim zdążę przetrawić kolejny odchodzący w niepamięć dzień ... Że doba dziwnie się kurczy i nie starcza w niej czasu na to co moje ... Mam wrażenie, że każdy tydzień składa się z wlokącego się niemiłosiernie poniedziałku, rozpędzającego trybiki wtorku, końcówki piątku i doklejonego do nich z doskoku intensywnego i błyskawicznego weekendu.
Praca-dom. Praca-dom.
Ostatnio nie ma w moim słowniku terminu odpoczynek ...  Dla dobra sprawy rezygnuję (wbrew sobie) z rzeczy mniej ważnych z szerszej perspektywy (czyt. blog i in. takie tam ;) ... By było miło i przyjemnie. Innym. Wciąż intensywnie ułatwiam życie wszystkim dookoła. O sobie myślę na samym końcu, gdy energii na działanie ... brak.
Głęboko zakopałam swoje ambicje i plany. Nie mam sił działać. Nie starcza doby. Potępicie mnie. Wiem to. Ba! Zrozumiem. Jednak inaczej nie potrafię. Mam spaczoną wizję świata. Sama robię z siebie Matkę Teresę.
I mimo że dupnie się z tym czuję, to nie potrafię nic z tym zrobić. I niestety odbija się to na moim życiu rodzinnym.

Mam w sobie małe pokłady cierpliwości. Więc miewam rodzicielskie chwile słabości. Dopada mnie niemoc, bezsilność totalna. Mam wtedy ochotę trzasnąć drzwiami, wydrzeć się na całe gardło, wypić z dobrym kompanem butelkę dobrego wina, zaciągnąć się mocno papierosem, po czym jak zawsze zatęsknić, wrócić z podkulonym ogonem i uśmiechem na ustach do centrum dowodzenia. Niestety mało mam sposobności do odreagowania. Więc bywa, że buzuje we mnie niczym w wielkim kotle, zgrzytam zębami, uskuteczniam szczękościsk, by nie wyszły z mych ust te wszystkie paskudne okropieństwa, których najpewniej później bym rzewnie żałowała, i walczę by głos nie podniósł się do nieprzyjemnych dla uszu decybeli ...
Bywa że lawiny słów nie da się powstrzymać. Najgorzej jest gdy emocje opadną. Kosmiczne wyrzuty sumienia zatruwają duszę, gorzkie łzy zalewają rozpalone policzki ... Bywa. Ludzkie choć tak niemile widziane.

Jestem typową kwoką, która (ZNÓW!) nie myśląc o sobie (a może właśnie myśląc ... ?) dba o swoje maleńkie kurczaki, robi wszystko by przygotować je jak najlepiej do życia na gwarnym i tłocznym podwórku. Która paradoksalnie pomimo wszystkich minusów kocha w sobie tę swoją kwokowatość i nie traktuje jej jako poświęcenia. To moja ulubiona pasja. Chwilowo oddaje się jej spychając na bok własną samorealizację. I chyba nie muszę pisać gdzie mam te wszystkie mądre artykuły bijące na alarm, że to niedopuszczalne, by zapominając o sobie oddawać się dziecku, że krzywdzę w ten sposób nie tylko siebie... Gówno prawda! Szczęśliwa matka to szczęśliwe dzieci. A ja nie będę szczęśliwa lawirując między pracą, studiami i domem, odbębniając każdą z tych kwestii na pół gwizdka. Taka jestem. Postępuję tak jak dyktuje mi serce. Nie zamierzam popełnić życiowych błędów własnej matki, z którą oprócz wspólnego domu i więzów krwi nie łączy mnie kompletnie nic ... Praca nigdy nie będzie dla mnie na pierwszym miejscu. Choćby nie wiem jakie dobra finansowe gwarantowała. I niech diabeł wiedzie mnie na pokuszenie... Nic nie wskóra. Najważniejszą życiową rolą jest dla mnie rola matki ... To temu pragnę oddać się całą sobą i PRZEDE WSZYSTKIM.
Pewnie, że bywa ciężko. Pewnie, że mam ochotę tupnąć nóżką. Jednak nigdy w życiu nie cofnęłabym żadnej z moich decyzji. Mój świat to ONE, z całym majdanem wad i zalet, plusów i minusów macierzyństwa.
Nigdy nie pomyślałam, że mogłoby być inaczej. Boję się pomyśleć, że mogłabym ich nie mieć. I ciągle uświadamiam sobie jak puste było moje życie bez nich.
A marzenia? - spytacie.
To właśnie są moje marzenia. Mimo nierzadkich chwil słabości. Pomimo wszystko.
Pozostałe marzenia zaczekają ... Ruszę z kopyta, gdy tylko życie zwolni bieg, gdy tylko poczuję, że to jest TEN moment, TEN czas. Wciąż czekam na jakiś znak. A tymczasem wciąż budująca się więź rodzic-dziecko (tkana niczym misterna pajęcza sieć) nie poczeka ...
Posługując się kwestią Nicolasa Cage'a z ulubionego filmu (" Family Man") ... WYBIERAM NAS.






Doniczka pełna tulipanów - prezent od Młodszej z okazji pierwszego dnia wiosny ^^
Szyszki to pierwsze skarby z pionierskich wiosennych eskapad (rowery i rolki odkurzone), intensywnie upychane po moich kieszeniach przez M.
Za oknem szaro-buro, deszczowo, a u nas kolorowo!!!
Dla takich chwil i takich bukietów warto :))))))


*Czytajcie szybciutko, bo najpewniej po głębszym zastanowieniu usunę powyższą notkę :P

27 sierpnia 2013

Sztuka życia

W życiu często coś nie wychodzi. A jak wychodzi, to się okazuje, że nie o to chodziło ...
Prawdziwą sztuką jest nie poddawać się, nie zniechęcać, nie rezygnować ... Tylko sięgać po kolejne marzenia, cele, wyzwania ... Próbować ... Szukać tak długo, aż nastanie spełnienie. Tyle z teorii.






10 lutego 2013

Przecięta pępowina

3 dni wolnego! Planowałam rodzinne lenistwo, ale ... co niektórzy ku mojemu ogromnemu zdziwieniu bezczelnie się wykruszyli! ;)
I to Kto?! W życiu nie spodziewałabym się tego po niej! :D





Mój Świstak wybrał Piżama Party zamiast domowych pieleszy! I wcale mnie to nie dziwi! Dziwi mnie natomiast sam finish sytuacji. Na imprezę szykowała się od tygodnia, od początku zaznaczając, że na noc jednak wraca do domu. Próbowałam przekonywać, tłumaczyć, że ominie ją najfajniejsza część, że to tak trochę jak biwak, bo śpiwory, duża grupa znajomych, itd.
Na wszystkie moje zachwyty nad tym punktem programu odpowiadała głośno i stanowczo NIE! Mamy po nią przyjechać po 22-ej i koniec! Dodać tu muszę, że nigdy nie nocowała poza domem - nie licząc dwóch razów u babci, z których to była wybitnie niezadowolona i które to miały miejsce dawno temu ...
Na początku byłam nawet troszkę zła, że taka z niej "ciepła klucha", że nie potrafi się odważyć, że przecież ma już 9 lat ;), a nie potrafi bez mamuni usnąć. Zaczęłam nawet obwiniać siebie, dopatrywać się maminej nadgorliwości, nadopiekuńczości i zastanawiać się gdzie popełniłam rodzicielski błąd ... ;) Jednak po kilku chwilach bicia się z myślami spojrzałam na sprawę z innej strony i zaczęłam się z tego cieszyć! To miłe, że jeszcze mnie potrzebuje, że nie chce się rozstawać z nami nawet na jedną noc. Przecież nie wiem jak długo jeszcze będzie trwał ten stan ... Za kilka lat pewnie nie omieszka zostawić mnie na całą noc (jeśli nie na dłużej ...;) i imprezować ze znajomymi do białego rana. A ja najpewniej będę się z tym czuła jak cztery litery ... Muszę się tym nacieszyć! Póki mogę!
I cieszyłam się i nawet z nutką dumy w głosie mówiłam organizatorce imprezy, że odbiorę ją jeszcze przed ciszą nocną.
Jakie było moje zdziwienie, gdy około godziny 21-ej dostałam od Starszej sms-a o treści:

"Mama, przywieź piżamę."

Zszokowana ale i dumna odpisałam:

"Czy aby na pewno?"

Odpowiedź brzmiała:

- "No jasne :) Tylko nie zapomnij o Łatku." - Łatek to ukochana przytulanka, bez której nie uśnie :))))

Więc spakowałam wszystko co trzeba, przekazałam Poślubionemu i wysłałam z przesyłką.
Po 15 minutach kolejny sms:

"Jednak nie."

I znów troszkę zawiedziona, ale jednocześnie też szczęśliwa :P już miałam wykonać telefon do Poślubionego  (który był już w drodze), gdy zadzwonił mój telefon. 

- "Mama, ten ostatni sms nie liczy się! - usłyszałam w słuchawce głos Starszej :)

No i została. Zadzwoniła jeszcze tylko raz, tuż przed pójściem spać, by życzyć mi dobrej nocy i by powiedzieć, że kocha ... ^^ Łezka w oku zakręciła się, ale byłam dzielna!

Po odebraniu z imprezy buzia jej się nie zamykała, była zachwycona.
I w taki oto sposób przysłowiowa pępowina została przecięta ^^ Tylko odrobinę mi smutno, przede wszystkim rozpiera mnie duma :))) Jeszcze wiele pierwszych razów przed nami ...






2 lutego 2013

Życie potrafi zaskoczyć

Nie wiem już czy lepsza jest wiedza, czy niewiedza ...
Wiem już co dolega moim ząbkom. Wiem już co powinnam zrobić by ból ustał. Nie wiem tylko skąd wziąć 10 tysięcy zł (minimum!) ... Wychodzi na to, że faktycznie będę musiała wziąć kredyt na zęby  :o
Jestem tzw. "trudnym przypadkiem" (odniosłam wrażenie, że nawet pewnego rodzaju wyzwaniem ;), co wiąże się z dodatkowymi kosztami. Jeśli zdecyduję się na leczenie czeka mnie 3-4 lata noszenia stałego aparatu! i systematyczne wizyty (ok. 2x w miesiącu) u ortodonty oddalonego o 100 km od mojego miejsca zamieszkania! (dodatkowe koszty). Ja pierdo..!
Pani ortodonta przemiła i cierpliwa. Poświęciła mi mnóstwo czasu obrazowo i dokładnie tłumacząc krok po kroku co mi dolega i na czym powinnam skupić się najpierw.  A kolejka zniecierpliwionych ludzi za drzwiami rosła ... ;) A najśmieszniejsze jest to, że na pierwszy rzut oka mam zupełnie normalny zgryz! Niczego mu nie brakuje :D
Tak sobie myślę ... czym jeszcze zaskoczy mnie życie ... ;) I kto wymyślił stwierdzenie "pieniądze szczęścia nie dają" ...
Mimo wszystko, teraz, po uspokojeniu myśli "dlaczego ja?" ;) , jakoś mi lżej. Jutro też jest dzień :)))




30 stycznia 2013

Ja to mam szczęście!

Cały dzień byłam zajęta odciąganiem myśli od popołudniowej wizyty u dentysty. Posprzątałam całe mieszkanie, uprzątnęłam prosiakom klatkę, zrobiłam pranie, przygotowałam obiad, żółwim tempem (zazwyczaj robię to błyskawicznie) zrobiłam pełen make-up ;) oraz pojechałam (towarzysko) odebrać dziewczyny ze szkoły i przedszkola - nie chciałam zostać sama w domu. Jako że ślubny ma już pewnie po dziurki w nosie wysłuchiwania jak to się boję, itp., więc w samochodzie starałam się nie poruszać już tego tematu ;) Ale tylko starałam! :D
Mimo tych wszystkich usilnych starań ... wizja rzezi na fotelu dentystycznym i tak co chwila stawała mi przed oczami ... Trzęsąc portkami przez cały dzień nawet bym się nie spodziewała takiego obrotu sprawy ... Wyleczono mi maleńki ubytek - żeby nie wyszło, że przyszłam na marne (sama chciałam! jestem z siebie dumna ;), a cała reszta sprowadziła się do konsultacji, która tak naprawdę niewiele mi wyjaśniła. Zawiła sprawa mego uzębienia :D nadal pozostaje niewyjaśniona! A myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy! Nie w tej kwestii! :o W sobotę kolejna konsultacja. Tym razem z ortodontą! I na tym kończymy temat DENTYSTA, bo sama siebie słuchać nie mogę :P

Na koniec dnia, już po dentyście (a jednak! znów o nim wspomniałam! ;/), jeszcze cały czas będąc w szoku podentystowym , wpadłam na swoją ukochaną polonistkę jeszcze z czasów szkoły średniej, której nie widziałam od czasu matury ... Byłam tak zaskoczona, że zapomniałam języka w gębie :/ Wycałowałam ją wylewnie (uwielbiam kobitkę! to była dla mnie bardzo miła niespodzianka!) , wybąkałam, że miło mi ją widzieć, odpowiedziałam na jej pytanie:"Tak, to moje córy." , bardzo elokwentnie zapytałam: "A to pani wnuczka?" ... Obie trochę się spieszyłyśmy, ale że spotkałyśmy się na zajęciach dodatkowych (na które przyprowadziła ową wnuczkę), dodałam na pożegnanie, że pewnie jeszcze się spotkamy i ... i tyle :/
Już siedząc w  samochodzie, gdy trochę ochłonęłam, dotarło do mnie, że mój kochany Bażancik (tak nazywaliśmy ją za jej plecami) przez całą naszą jakże krótką rozmowę zwracał się do mnie per Pani, a ja w żaden sposób nie sprzeciwiłam się temu ... Wiem, że budzę respekt, ale bez przesady ;) Jakoś głupio mi z tym! Nie mogę doczekać się kolejnej środy, kiedy to liczę na szansę do sprostowania :)
Jezu! Czy ja nie mogę mieć ani jednego normalnego dnia?!! Bez złych wieści czy głupich i dziwnych sytuacji?
A teraz wybaczcie, ale marzę tylko o jednym ... ;)




Słodkich snów :*


26 stycznia 2013

Wstaję rano

"Wstaję rano i witam kolejny piękny dzień" ... Spróbuję tak to widzieć ;)  Póki co ciężko mi to wychodzi. Robię makijaż ... przyodziewam maskę i zaczynam grać ... Kiepska ze mnie aktorka, ale mam nadzieję, że choć parę osób tego nie dostrzega ...
Obrałam sobie pewien cel. Swoją drogę spełnienia. Być może tylko tymczasowego. Na razie zbieram siły by ruszyć z miejsca ...






"Wiedz, że ty nigdy nie byłeś bez przyczyny tu
więc dziękuj za to
i świętuj każdy dzień za stu
nawet jeśli budzisz się
bez proroczego snu
to świętuj dzień po dniu
świętuj dzień po dniu
nic nie brakuje mi
bo w perspektywie mam kolejne dni
ciemność poza nami
nie ma sensu ciągle w przeszłości tkwić bo
kiedy witam nowy dzień
to marzę by dobrą nowinę przyniosło mi dziś
świeże powietrze
bo być może właśnie ten
okaże się ostatnim, w którym będę
mógł zmienić coś na lepsze
spośród stu milionów scen
dzisiaj wybiorę tę jedyną,
która całe złe myślenie zatrze
i nic nie brakuje mi ..."



Udanego weekendu Wszystkim :* 

24 stycznia 2013

Czas spełnienia?

Brak weny ... Nastrój zmienił mi się z minuty na minutę ...
Dziwny czas. Znów mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce, że mija dzień za dniem, jeden podobny do drugiego ... Mało w tym wszystkim szaleństwa, mało mnie ...Czegoś mi brak ... Tyle rzeczy chciałabym zrobić, tyle zmienić ... Nie mogę ... Bo jak w piosence "1000 metrów nad ziemią" są zasady, które trzymają mnie w klatce :/ Gdyby tak o nich zapomnieć ... i unieść się nad ziemię ... wysoko tak ...
Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne ... tam gdzie chcą ... Kiedyś byłam niegrzeczna ... Gdzieś się pogubiłam ... Nie ma już tamtej Kamili ...Tęsknię za nią ...




 Znacie Indios Bravos?



20 grudnia 2012

Gdyby miało nie być jutra ...

W związku z przewidywanym na jutrzejszy dzień końcem świata ...




Mniej więcej w takim nastroju jestem w tej chwili ... Zmieniłabym sporo w planie działania (trzecia wersja), ale ogólnie  to mam podobne spostrzeżenia ... "Jutro z tego nie będzie już nic" ... I nie ma to nic wspólnego z przepowiednią Majów.

Miałam dziś cudowny dzień. Nic nie wskazywało na to, że coś/ktoś mi go popsuje ... Wszystko układało się po mojej myśli (a nawet lepiej ...) aż do czasu. Późnym wieczorem szlag trafił całą moją radość ... Czasem jedno wypowiedziane zdanie, jedno spojrzenie, jedno wzdychnięcie potrafi zniszczyć całą magię chwili. Dziś chętnie znieczuliłabym się tak na maksa ... , tak by choć przez chwilę nic nie czuć i nic nie pamiętać, wyłączyć swoje myśli ...

10 września 2012

Wściekła i bezsilna

Jestem na siebie wściekła, że wychowałam ją na takiego wrażliwca. Mowa o Starszej. Sama wiem, że takiej osobie nie jest lekko w życiu, a mimo to .... Gdzieś popełniłam błąd. FUCK! Przyjaciółka nie była dla niej zwykłą koleżanką ... , a dzieciaki naprawdę potrafią być podłe. Z dnia na dzień hierarchia zupełnie inna, wczoraj lubiłam Ciebie, dziś lubię ją. Jest zbyt dojrzała jak na swój wiek, widzi rzeczy, których tamta nie rozumie i nawet nie dostrzega (chyba jest jeszcze zbyt dziecinna). Nie nadążam i smucę się razem z nią, pocieszam, rozmawiam, a gdy teraz spokojnie śpi i nie widzi, mogę popłakać. Tak bardzo chciałabym móc jej pomóc, ale pierwszy raz chyba nie dam rady. Pierwsza prawdziwa lekcja życia. Za wcześnie cholera!



7 sierpnia 2012

Zawieszona w próżni

Codziennie rano budzę się z uczuciem, że prawdziwe życie toczy się gdzieś obok mnie. Egzystuję gdzieś w próżni ... 
Wciąż na coś czekam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sama nie wiem na co.

 

 

3 sierpnia 2012

Perfekcjonizm

Życie perfekcjonisty nie jest lekkie ... Nie zaśnie dopóki zlew jest pełen brudnych naczyń, nie przejdzie obojętnie obok porozrzucanych niechlujnie rzeczy, nie spocznie dopóki wszystko nie znajdzie się na swoim stałym miejscu. Jego światem rządzą ciągłe schematy i symetria. Pranie jest wieszane według stałego schematu, naczynia zmywane są według stałej kolejności (nigdy odwrotnej), sprzątanie rośnie do rangi rytuału, w którym każda czynność wykonywana jest z największym pietyzmem (zupełnie jakby zależało od tego życie ludzkości), w pracy daje z siebie wszystko. Zasada "jeśli coś robię, to na 100 % albo wcale" dotyczy każdej dziedziny życia, począwszy od malowania paznokci, a na adresowaniu koperty skończywszy ... ;)

 



30 lipca 2012

Dementorzy są wśród nas


Najbardziej na świecie nie lubię chamstwa, a zaraz potem ludzi - dementorów. Dementorzy - ang. Dementors - słowo to zostało wymyślone przez J.K.Rowling, autorkę "Harrego Pottera" i oznacza "straszliwe istoty wysysające z ludzi wszelakie dobre i przyjemne uczucia". Niestety w moim otoczeniu znajduje się kilka takich osób. Pozbawiają mnie pozytywnej energii i zabierają mi wszelką radość, którą chcąc nie chcąc ( jako chyba zbyt otwarta osoba ) okazuję. Taka jestem, gdy coś mnie cieszy lubię się z kimś tym podzielić. Ale nie po to by mi tego zazdrościł! Na litość boską! Nie rozumiem skąd to się bierze, nie rozumiem takiego zachowania. Chore czasy... cieszymy się, gdy komuś powinie się noga, a zazdrościmy, gdy zaczyna się mu układać.
Tydzień zaczął się miło i przyjemnie, jednak wieczór dobił mnie maksymalnie. Chciałabym mieć grubszy pancerz, taki który odsunąłby mnie gdzieś daleko od tych myśli. Jednak nie potrafię. Masochistka ze mnie.