Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2015

Niedzielne kadry












Obiecałam tu kiedyś komuś moje ulubione sprawdzone przepisy :)
Jako że na dzisiejszym śniadaniowym zdjęciu zawitała, więc ...

Sałatka z tuńczykiem

2 puszki tuńczyka w sosie własnym
puszka groszku konserwowego 
(czasem dodatkowo dodaję czerwoną fasolę konserwową)
2 torebki ryżu ugotowanego na sypko
3 cebule
3 łyżki majonezu
sól, pieprz

Tuńczyka i groszek odsączamy na sitku.
Cebulę kroimy w drobną kostkę.
Dodajemy majonez, przyprawiamy i wszystko mieszamy. 
Na koniec dobrze schładzamy.
Najlepsza na drugi dzień!
Szybko, prosto i smacznie :)

15 kwietnia 2015

Kulinarna brawura

Kuchnia nie gryzie - przeczytała Górkowa matka w ulubionym sobotnim dodatku do GW* i jęła się zastanawiać jak to jest z tym jej podejściem do kuchennych wojaży.
Górkowa matka nie boi się kuchni. Kuchnia jej nie kąsa. Lubią się nawzajem.
Jednak Górkowa matka ma pewien problem.
Mianowicie cechuje ją pewna nieśmiałość do nowego w kuchni.
Wszak nie lubi niepewności żadnej i ciężko znosi wszelakie niespodzianki i sytuacje nieznane.
Nie jest tak, że Górkowa matka nie potrafi czy nie lubi pitrasić.
Nie jest też tak że swej wiedzy w tej materii nie poszerza.
Pomimo niechęci ponawia próby polubienia: sięga po nowinki, wertuje prasę kulinarną, ma kilka ulubionych adresów internetowych, radzi się także bardziej doświadczonych.
Ale faktem jest że najlepiej czuje się w utartych, dobrze jej znanych szlakach.
W kuchni lubi czuć się dobrze i pewnie.
Niejeden do dziś wspomina jakiś smak, którym go kiedy ugościła ...
Z cieszących się największą chlubą: "chińska patelnia" i krokiety z mięsem i pieczarkami.
Puszysty serniczek na kruchym spodzie z brzoskwinką, puchata baba piaskowa, torcik czekoladowy, naleśniki na maślance (czysta perfekcja!), spaghetti bolognese z dodatkiem zielonego groszku, chudziutki rosołek czy kwaskowy żurek z utopionym grzybkiem ...
Wieść o nich niesie się szerokim echem, a bywa że goście się smaków dopominają. 
Wszystkie zaś dzieci, cudze i własne, chwalą matki kotlety z piersi kurczaka, mielone ponoć najlepsze, czy rybę chrupką i sprężystą jak z mało której patelni (nawet Górkowa seniorka rodu pochwaliła i przekazała rybną pałeczkę na stałe, co jest najwyższym w tej kategorii, wręcz niemożliwym do osiągnięcia wyróżnieniem).
Można by tak jeszcze troszkę powymieniać.
Cóż jednak po tychże osiągnięciach  i chlubnych pochwałach ... ? Zamiast motywować sprawiają że co i rusz matka lubi spocząć na laurach, znów ten sam kotlecik ulepić, mając przy tym bezbrzeżną pewność, że wyjdzie smaczny i napełni puste brzuszki.

Nic tu nie wskórał również fakt ukończenia przez nią szkoły o profilu gastronomicznym. Szkoła wybrana przez rodziców (takie to były czasy, drogi młodu czytelniku ... ) nijak miała się do ówczesnych zainteresowań Górkowej matki. Więc i niechętnie zdobywała ona tę wiedzę. Ilość ściąg spisanych w ciągu tych (jakby nie  było patrząc z dalszej perspektywy) zmarnowanych lat zawstydziłaby niejednego zdolnego leniwca.
Z technikum owego matka wyniosła jeno jako takie z kuchnią obycie, przepastny zeszyt pełen wartościowych przepisów oraz przeświadczenie, że minęła się z powołaniem sze-ro-ko. Dobrze chociaż że w tej właśnie szkole natrafiła na polonistkę, która to pozwoliła Górkowej matce uwierzyć w jej potencjał i siły, i która to poradziła jej obrać inny kierunek kariery.

I pomimo takiej życia historii nie lubi matka błądzić kulinarnie, podróżować w głąb nowych smaków i pieszczoty podniebienia. 
Brak bowiem matce kulinarnej brawury.
Nim przyrządzi co nowego musi stosowną ilość razów przepis przestudiować i przetrawić. Po kilka razy obejrzeć filmik, na którym Pascal przyrządza prostą zapiekankę makaronową. Męczy ją okrutnie niewiedza każda i brak perfekcji w działaniu własnym. A jeszcze strach temu towarzyszy, lęk podszyty grubą warstwą niepewności o pewność nowego przedsięwzięcia (!).
Dziwi to Górkową matkę bardzo. Nie brakuje jej przecież kuchennej intuicji. Wie co czym można zastąpić i co z czym sklecić by smakowało jak należy. Zna tajemne sztuczki. Co kiedy i dlaczego. Praktyka jakże zacna.
SKĄD więc taki brak kuchennej ogłady i tej swobody działania w styczności z nowym...
Skąd niechęć do wprowadzania zmian, wdrażania spektakularnych nowości ... ?
Może po prostu chciejstwa jej brak, dobrej organizacji i kuchni wypełnionej blaskiem słońca, takiej z której to nie chce się wychodzić ...
I dlatego to od lat ten sam przepis na TE ulubione kruche ciasteczka, który w rzeczywistości jest przepisem na pierożki z jabłkami ... Z przepastnego zeszytu z niechlubnej szkoły. Bo lepsze szybkie i sprawdzone niźli nowe i nieznane, by czasu na błądzenie nie marnotrawić.


 



Nie mogła się matka zdecydować które zdjęcie najlepsze.


*Wysokie Obcasy Gazeta Wyborcza

25 lipca 2014

Five minutes of heaven (z mocnym przytupem)

Magiczne pięć minut.
Wykradzione w środku dnia.
Tylko dla mnie.
Sierpniowe wydanie "Mojego mieszkania" (i towarzyszący kontemplacji błogostan ^^) w połączeniu ze smaczną i koniecznie słodką przekąską (wariacja kubków smakowych).
Na stół wjechało ... ciasto na maślance w towarzystwie soczystej śliwki i chrupiącej kruszonki.
Choć wizualnie do złudzenia przypomina drożdżowca, łamie serce wilgocią sprężysto-mięsistą i delikatnym maślanym smakiem ... Mmmm... Pycha.
Tak pyszne (i niezawodne), że dziś z rozpędu poczyniłam je ponownie. Tym razem z dodatkiem rabarbaru*. Na bogato :))

Ciasto na maślance z owocami

Składniki:

Ciasto:
- 1 szklanka maślanki
- 2,5 szklanki mąki pszennej
- 3 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 (nie)pełna szklanka cukru - w zależności co kto lubi ... Osobiście bojąc się, że ciasto będzie za mało słodkie, nagminnie je ... przesładzam ;D Wedle mojej oceny im mniej w placku z maślanką cukru, tym lepiej.
- 1 cukier waniliowy (1 duże opakowanie - 30 g) - tu nie żałujemy, sypiemy szczodrze :)
- 3 jajka
- 1/2 szkl. oleju

 Dodatkowo:
- ulubione owoce - (świeże bądź mrożone) - jako że sezon w pełni, aktualnie rządzą u nas śliwki i rabarbar, naprzemiennie lub w słodko-kwaśnym połączeniu :)

Kruszonka:
- 125 g masła
- 125 g cukru (niepełna szklanka)
- 1 mały cukier waniliowy (15 g) - no ba! ;) I tu nie może go zabraknąć ^^
- 250 g mąki pszennej (2 pełne szklanki)

Przygotowanie:

Ciasto:
Ponieważ gotowa masa jest dość gęsta, wyrabiam ją mikserem. Całe jajka ubijam najpierw z szczyptą soli (siła przyzwyczajenia ;), pod koniec ubijania dodaję cukier i cukier waniliowy. Gdy masa cukrowo-jajeczna stanie się puszysta, wlewam maślankę (cały czas miksując już na zmniejszonych obrotach) i olej. Mąkę mieszam z proszkiem do pieczenia (przesiewam) i powoli dodaję do ciasta (cały czas miksując). Gdy składniki połączą się, a ciasto zacznie puszczać pęcherzyki powietrza, wyłączam mikser ;)
Gotową masę przelewam do blaszki o wymiarach 25 x 35 cm (duża blaszka) wyłożonej papierem do pieczenia i sięgam po wcześniej przygotowane owoce.

Owoce wcześniej myję i oczyszczam. Rabarbar kroję na 1 cm kawałki, śliwki w połówki (ułożone na placku skórką do dołu! , w "łódeczki").

Kruszonka:
W małej misce skubię (ręcznie) masło z cukrem. Następnie dodaję mąkę tak, by powstały grudki.
Rozkruszam na owocach.

Tak przygotowane ciasto wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temp. 180 stopni i pieczemy ok. 35 minut - czas pieczenia zależy od wymiaru blaszki jakiej użyjemy oraz od ilości ciasta (ja ją za każdym razem podwoiłam, czas pieczenia wydłuża się wtedy do godziny.).
Głównym kryterium oceny czy ciasto nadaje się już do spożycia, nie jest "suchy patyczek" (to rzadko przeze mnie praktykowany zwyczaj kaleczenia wypieku ;) , gdyż chcąc zapobiec opadaniu ciasta, nie zaglądam do piekarnika w trakcie pieczenia), tylko po prostu stopień zrumienienia kruszonki. Gdy jest lekko zarumieniona, wyłączam piekarnik i po krótkiej chwili uchylam delikatnie drzwiczki piekarnika, żeby nadmiar pary (spowodowany użyciem sporej ilości owoców) uleciał i nie popsuł tego, na co tak ciężko i w pocie czoła pracowałam (przesiewanie mąki, itd. ;).
Nie ma zakalca, nie ma zbyt wysuszonego spodu (jaki to często zdarza się w drożdżowcu) ...
Gdy ciasto ociupinkę przestygnie, odkrawam jego wielki kawał, posypuję szczodrze cukrem pudrem i przeprowadzam konieczną degustację :))

Bon appétit!






A teraz spróbuję usnąć po jeszcze gorącej projekcji "Chrztu" Marcina Wrony (dramat obyczajowy z 2010 roku - Srebrne Lwy na festiwalu w Gdyni).
Za mocne to dla mnie kino ...
Stanowczo za mocne na moje słabe nerwy.
Że też zawsze muszę włączyć telewizor w najmniej odpowiednim momencie (!).
I cóż z tego, że specyficznego kina staram unikać się ... ?
Choćbym w planach żadnego nie miała, trafię na takie to to, a później oderwać się od tego nie mogę, choć na kilometr wyczuwam, czym pachnie ...
I kończy się bólem brzucha, skubaniem pazurów, wreszcie w ostateczności przejętym pytaniem rzuconym w moje prawo: "Obejrzysz ze mną ... ?"...
A Prawo odpowie krótką ciszą, zbada materiał krótkim, aczkolwiek uważnym spojrzeniem ... A że nieobca mu moja wrażliwość ...
 "Po co Ty to oglądasz ... ?" - spyta wreszcie w odpowiedzi.
W zamian jeno ciszę usłyszy i tętent przejętych myśli.
I dojrzy jeszcze dłonie spocone niespokojnie błądzące po kołdrze,  może ruch ciała moszczącego się nerwowo w łóżku zarejestruje ... Jeszcze kilka razy na niestosowność repertuaru uwagę zwróci, dalsze oglądanie odradzi, po czym zniechęcony brakiem posłuchu do swej gry* wróci ...
I tak aż do napisów końcowych.
Tym o mocnych nerwach, polecam.
Pozostałym zaś sugeruję znalezienie odpowiedniego (czyt. chętnego) kompana ;)





*rabarbar od sąsiadki zza płota - pozdrawiamy!!! :)
*Empire Four Kingdom - gra strategiczna, phi!

3 lutego 2014

Niedzielnie


Zupełnie inny wymiar chilloutu ...
Marchewkowe i spółka.
Ciasto marchewkowe według przepisu Joasi [TUTAJ] . Kolejny kulinarny pierwszy raz, a przy tym (nie chwaląc się ;) udany debiut. 
Wyszło pysznie.
Pulchne, a zarazem wilgotne, z lekko spękanym i chrupiącym wierzchem. Pięknie pachnące mieszanką cynamonu, rumu i słodyczy marchewki. Bogate w bakalie (od siebie, od serca dorzuciłam jeszcze rodzynek).
Dobrze, że przezornie podwoiłam porcję! W przeciwnym wypadku po cieście nie byłoby już ani śladu :)

Do tego rozgrzewająca herbata z cytryną i miodem w ulubionym kubku ...
A także niezbędna obecność zapachowych świec (zupełnie jakby mało mi było naturalnych aromatów!).

I moja pierwsza powieść Wiesława Myśliwskiego. Sprowadzona do tutejszej biblioteki na moje specjalne zamówienie ^^ 
Owijam się tą opowieścią niczym kokonem cudzych wspomnień ... , jakże mądrych, barwnych i ciekawych ... 
Mistrzowska narracja. Monolog, od którego nie sposób się oderwać. Nieodparte wrażenie jakby obcowania z autorem, przysłuchiwania się tej "rozmowie", przypatrywania się całemu procesowi łuskania fasoli z bliska. Połykam literki odczuwając każdym nerwem niezwykle klimatyczną rozmowę.
Staranny język. Pozytywne myśli. Ciepło bijące z opowieści.
To nie jest książka do "odbębnienia" ... Tu ważne jest każde słowo. Każda kropka. Każdy przecinek.
Przy takiej prozie należy co chwilę przystanąć, zastanowić się, tyle ile trzeba rozkoszować się jej smakiem, a nawet zanotować, ocalić od zapomnienia ...
Za takie pióro i za tę niesamowitą życiową mądrość pokochałam od pierwszych stron!
Polecam bardzo!

***







"Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość, drogi panie, nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi." 

Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"



14 stycznia 2014

Niewiele do szczęścia potrzeba ...

Zawsze bałam się tego ciasta. Wydawało mi się być ciastem czasochłonnym i dla "wtajemniczonych" ;) Tymczasem okazuje się, że to jeden z prostszych wypieków. Fakt ten cieszy podwójnie jeśli jest się etatowym pożeraczem tego rodzaju słodkości.
Do ciast pałam miłością wielką. Do tych z jabłkami ... szczególną.

Szarlotka! Serwowana zamiennie na zimno i na gorąco z lodami, w towarzystwie puszystej pianki, przyprószona szczodrze cukrem pudrem! Niebo w gębie! Moje serce się raduje i na chwilę zapominam o całym świecie ...  Kubki smakowe wariują ze szczęścia ... A Poślubiony, który do tej pory twierdził, że nie cierpi żadnej szarlotki i sumiennie jej unikał, teraz pożera aż mu się uszy trzęsą! :)

Na dokładkę lektura samej Alice Munro! Prezent niespodzianka dołączony do najnowszego numeru TS. Pędem do kiosku! Lektura obowiązkowa!
Już nie mogę się doczekać wieczoru spedzonego w tak doborowym towarzystwie ^^

Voilà!







Przepis (lekko zmodyfikowany - choć tylko w kwestii wykonania) stąd KLIK .


23 września 2013

Lubię kiedy ...

Lubię takie pracowite, a zarazem niespieszne niedziele ...
Gdy nic nie muszę ... Gdy nic mnie nie goni ...
Gdy mimo to robimy wspólnie tysiąc rzeczy ...
Gdy mam przy sobie moje małe pomocnice ...
Gdy praca w kuchni wre ...
I lubię takie efekty naszej wspólnej niespieszności ...
Lubię ... Lubię bardzo ^^




Szukając pomysłu na zalegającą w zamrażalniku masę makową trafiłam tutaj KLIK
Makowiec na kruchym spodzie pod kołderką z piany i kruszonki.
Najsmaczniejsze i najpiękniej pachnące ciasto ever ^^ Palce lizać! Mniam!
Polecam!




14 października 2012

Slow Sunday

Poruszam się po domu bez energii, leniwie powłócząc nogami. Nic mi się nie chce.
Nie sprzątam, jedynie ogarniam.
Książki leżą nietknięte.
Powoli zapominam co to dobry film.
Do zajęć z gatunku koniecznych zmuszam się z największym trudem.
Dopadła mnie jesienna melancholia, niemoc i zrezygnowanie ... tak naprawdę nie mające nic wspólnego z jesienią ...
Mało czasu dla siebie ..., gdy w końcu uda się go troszkę ukraść dla nas ... jesiennie, leniwie spędzamy czas ... A przynajmniej staramy się. Bo pośpiech najtrudniej schować do ciemnej szafy. Niedziela to dla mnie dzień nadrabiania wszelkich rodzinnych zaległości, staram się być z dziewczynami tak inaczej, bardziej ... Spinam się by wszystko było jak należy. Czasem wychodzi lepiej, innym razem gorzej. Ale bardzo lubię ten nasz czas i tę radość w ich oczach.
Ugniatanie, wałkowanie, wycinanie, na nowo zlepianie i w mące się babranie :)) Do kawy podano ... nasze ulubione kruche ciasteczka. Takie jak kiedyś jadało się u mojej babci.

 







 



Broda w mące! Wyżeramy surowe ciasto, a co! Jako dziecko sama tak robiłam i uwielbiałam to. Poprawka - nadal uwielbiam :) Choć zabrakło zdjęć gotowych ciasteczek, wcale nie znaczy to, że wszystkie zostały zjedzone przed pójściem do piekarnika! Zapewniam, że tam trafiły i wyszły pyszne. O czym najlepiej świadczy fakt, że pochłonięta konsumpcją, kompletnie zapomniałam o kontynuowaniu fotorelacji. Wybaczcie :D

Dla niedowiarków i nie tylko:

Kruche ciasteczka 

1,5 szkl. mąki
15 dag margaryny ("Kasia" najlepsza!- a co! zrobimy reklamę :)
5 łyżek cukru
2 żółtka
2 łyżki gęstej śmietany 
cukier puder do posypania (jak kto woli lukier lub inne dekoracje - u nas różnie) 

Proponuję potroić porcje składników, a co najmniej podwoić. W przeciwnym wypadku ciasteczek zabraknie na drugi dzień, a tego byśmy nie chcieli ;) 

Wiadomo: posiekać mąkę z margaryną, dodać całą resztę, zagnieść szybko (bo kruche nie lubi ciepła naszych rączek) i schłodzić ok. 30 minut.
Na koniec pozostaje twórcze działanie. Chętne łapki i można wyczarować nie tylko zwykłe ciasteczka, ale np. ulepić kilka pierożków z jabłkiem w środku. Pycha!
Piec w temp. 180 stopni na jasnozłoty kolor, czyli ok. kilkunastu minut. 

Bon appetit! :)