Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Górce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Górce. Pokaż wszystkie posty

4 stycznia 2017

Hello 2017!

Zawisnął nowy kalendarz na górkowej ścianie.
Stary rok zamknięty.
Zapisał się w pamięci samymi dobrymi chwilami.
 Złe poszły w niepamięć (po cóż  myśli nimi zaśmiecać).
Ponoć jaka Wigilia, taki cały rok. Inna szkoła mówi, że jaki Sylwester, taki nowy rok.
Gdyby Górkowa Matka mogła wybierać, to bardziej pasuje jej pierwsza opcja.
Bowiem Sylwester na Górce od zawsze na wypasie szalony.
A synonimem górkowego Sylwestra - inwentaryzacja przydomowej firmy.
Tego rodzaju szaleństwa pragnie w swym życiu Matka jak najmniej.

Dzień zaczął się co prawda przyjemnie ... Jeszcze wieczorem dnia poprzedniego na Górkę na nowo zawitało wybawienie w osobie teściowej, zwanej dalej babcią Zosią. Plan był taki, że pomoże ona w domu i w firmie, przy inwentaryzacji (o zgrozo nieskomputeryzowanej!), a przy okazji wyjawi Matce tajniki produkcji swych popisowych pierogów. Ledwo próg górkowy przekroczyła, już zakasała rękawy, by wespół z Matką przygotować do nich farsz. Ważne bowiem by taki farsz noc w lodówce przeleżał, "przegryzł się" i zwarł "do kupy". - perorowała długo i z przejęciem babcia Zosia.
Wiedzę tajemną Matka posiadła zachłannie, co należy w głowie zapisała (w wolnej chwili spisze wszystko do swojego kajecika). Zanim farsz skończyły i uprzątnęły kuchnię, noc je zastała głucha. Umówiły się, że skoro świt zabiorą się za lepienie pierogów.

Nie udało się jednak Matce zbyt rychło stawić w kuchni ...
Kołdra tego ranka wydała jej się być jeszcze milszą aniżeli zwykle. Wyłączyła więc czym prędzej budzik i na powrót zasnęła snem sprawiedliwego.
Przy garach stawiła się z godzinnym opóźnieniem. Teściówka również z lekkim poślizgiem, w trakcie porannej toalety (już nie w piżamie, za to w nieodłącznych koralach) nie pisnęła ni słówka na temat Matki spóźnienia. Kawę szybko zaparzyły, po czym zabrały się za garnki. Czas je gonił, a raczej nadmiar zajęć.
Wyszło 80 pierogów. Jak sama Teściówka zauważyła, Matki choć premierowe - ładniejsze, zgrabniejsze, gładziutkie, wymuskane. Nie przywykła Matka do takich pochwał - wciąż jednakowo ją peszą.
/Teściówka tego dnia jeszcze nakroiła jarzynowej sałatki całą brytfannę (największą z wszystkich górkowych misek - tę, co to z racji gabarytów trzyma się w piwnicy), upiekła kruche ciasto z jabłkami, dokończyła obiad podszykowany przez Matkę, dom ogarnęła składnie i jeszcze dzieci doglądała. Udało jej się nawet zagnać do pomocy starszą z Górkowych córek (!) - gdy Matka na to do kuchni weszła, aż oczom swym nie dała wiary./
Dobrze im było razem w kuchni przy wspólnym pierogów lepieniu. Niestety Matka musiała pójść pomagać w firmie, a jak poszła, tak wróciła przed północą (z małymi przerwami na sprawy domowe). Własna, tym gorzej jeśli przydomowa firma, zobowiązuje. "To mój chleb" mawia Górkowa seniorka, przedkładając swą pracę ponad święto każde. Więc gdzieżby jej wadził spis z natury* w jakiś tam Sylwester! Phi!

Tak więc Sylwester na Górce nigdy do leniwych nie należał. Hucznych tym bardziej. Nie inaczej było i tym razem.
W tym roku nawet nie zakupiono szampana. Bo i po co? Skoro nikt nie lubi.
Bez pompy i zbędnych ceregieli pożegnano rok stary.
Dzieci tylko urządziły sobie tańce, hulanki, swawole. Nawet plakat zacny powstał na tę okoliczność. Górkowe panny go wykonały z zamiarem sylwestrowej zabawy. "SYLWEK NA GÓRCE" go zatytuowały!



O północy stuknięto się kieliszkiem wypełnionym musującym "szampansem"* Picolo, oraz popatrzono przez okno na liczne fajerwerków wystrzały (płochliwe młodsze dziecię wciąż z lekkim strachem i na bezpieczną odległość).
Bardziej aniżeli świętowaniem, zajęto się Górkowego pupila doglądaniem. Trzeba było bowiem Mańka troską właściwą otoczyć - skrył się biedaczysko w górkowym przedpokoju,  gdzie dwie noce z rzędu spędził otumaniony wyciszającymi lekami.

Dopiero dnia następnego do Matki dotarła powaga sytuacji.
Nowy Rok - nowe plany, postanowienia ...
Różnie bywa z postanowieniami noworocznymi. Najbezpieczniej ponoć składać sobie obietnice wykonalne.
Tak też było z Matki zeszłorocznymi obietnicami. A przynajmniej za takie je miała Matka wklepując owe w klawiaturę. Tymczasem udało się Matce sprostać im jedynie połowicznie.
Myśli sobie jednak Matka, że danego jej czasu nie zmarnotrawiła.
Cieszyła się każdą życia chwilą jak tylko mogła najlepiej.
Żyła intensywnie teraźniejszością po prawdzie (aż proza życia przygniotła tak, że aż blog na pół roku umarł naturalnie ... ).
Znajdowała czas na rzeczy fajne.
Eksperymentowała w kuchni.
W make-up przyoblekała twarz nie tylko do pracy.
A nie raz Matkę korciło by czynności zaniechać ...
Jednak widmo niedotrzymania noworocznego postanowienia szybko stawiało ją do pionu.
Wstyd by jej było przed sobą samą.
I jak tu nie wierzyć w skuteczność noworocznych postanowień ... ?


W kolażu zdjęcia wybrane z okresu zawieszenia działalności bloga (marzec-wrzesień)


Z osiągnięcia zamierzonych celów dumna jest niesłychanie. A jeszcze bardziej dumna z tych niezamierzonych wcale (!).
W bieganiu odnalazła spokój i ukojenie  - jej wytrwałość i radość w tej aktywności zaskoczyła ją samą. Zaczynała od ledwo jednego okrążenia bieżni (400 m) z wielką zadyszką i kołataniem serca, a dobiła do 10 km bez choćby najmniejszej oznaki zmęczenia, ba! z pierwszym biegiem grupowym uhonorowanym pierwszym medalem.
Zdecydowanie głównym sukcesem - Matki nawrócenie i zmiany jakie w niej w związku z tym zaszły. To dopiero początek  drogi, która daje jej niezwykłą siłę.
Innym ważnym sukcesem minionego roku - Młodsza córka po wielu trudach wreszcie pojęła temat jazdy na rowerze (ta dam, ta dam, ta dam - w tle słychać fanfary!). Matka przypisuje tu sobie dużą zasługę. Dziecko ucieszyło się nowo zdobytą umiejętnością z łzą w oku i z dumą obnosiło się z sukcesem, jednak to Matka uśmiechnęła się na ten fakt najszerzej. W końcu walczyła o to lata całe. Dziecko miało z tym problem niemały. Do odważnych, ani cierpliwych nigdy nie należało. Co nie wychodzi, co się nie udaje, rzuca w kąt od razu, poddaje się bez walki.
Tym większy był więc to sukces w oczach Matki. Ha! Udało się! - długo i radośnie wykrzykiwało jej serce.
 Kolejnym sukcesem Matki włosów wytrwałe zapuszczanie (!).
 Przeczytała też Matka całkiem sporo dobrych książek. Choć lista tych, co to by chciała przeczytać (i co gorsza - tych co to wciąż na jej osobistych półkach zalegają) jest niewymiernie dłuższa.
Matka była na dwóch cudownych koncertach - Meli Koteluk i Korteza. Jeden autograf zyskała, i moc emocjonujących wrażeń.
Obejrzała parę filmów. Najmilej wspomina ostatni wypad do kina z córką i magiczną produkcję. Innym razem upewniła się w przekonaniu, że film muzyczny jest jej gatunkiem ulubionym.
Zaliczyła też pierwszą w swym życiu rozmowę o pracę i "o dziwo" spotkanie to utwierdziło ją w przekonaniu, że jest w niej potencjał, że chcą jej gdzie indziej ... A mimo to Matka wciąż kurczowo trzyma się tego, co wygodne i dobrze jej znane. /Wciąż linczuje się za to w myślach, bacikiem chłosta i sadza na karnym jeżyku./
Wciąż nie ma odwagi zaryzykować.

Dlatego w tym roku Matka pragnie pójść o krok dalej, podnieść sobie poprzeczkę nieco zuchwalej.
Bo choć w życiu swoim Matka czuje się szczęśliwą, niewiele od życia wymaga, niewiele dla siebie pragnie, dawno już przestało jej zależeć na dobrach materialnych, a na pewne sprawy nauczyła się przymykać oko ... , to ta jedna myśl ją gryzie, jeno jedno ją uwiera i w głowie wierci dziurę ...
To że Matka wciąż zmian się boi i że odwagi w jej życiu brakuje.
Za radą Kubryńskiej odpowiedziała sobie bardzo szczerze na pytanie po co chce rano wstawać.
Z mocnym naciskiem na CHCE.
Pierwsza myśl jak jej nie dopadnie (!)...
Wyszło że jednego jej w życiu brakuje, jednego tylko pragnie.
Marzy jej się taki stan, że budzi się rano i rześko wstać jej się chce. Stan, gdy nie brzydzi jej praca, co to chleb jej daje,
nerw nie szarpie, a spełnienie daje...
Matka jak nigdy pragnie osiągnąć ten stan.
Z mocnym naciskiem na PRAGNIE.

A prócz tego, w nowym roku ... Matka obiecuje sobie:

- nie zaniechać leśnych przebieżek,
- rude pukle dalej równie sumiennie zapuszczać i obnosić się z nimi składnie (włosów zaplatanie), makeupować się stosownie, pazury znów traktować lakierem - jednym słowem nie lenić się, dbać o siebie, siebie samą rozpieszczać,
- wrócić do Ab.Rippera vel. 6 Weidera (j.w.) -no, no, no, ambitnie, Górkowa Matko -rzekłby w tym miejscu złośliwy narrator
- kategorycznie zaprzestać przeklinania (nie będzie to proste ... - ironizowałby dalej ten sam narrator) i użerania się z czyjąś głupotą (Basta!)
- pilnie strzec życiowej hierarchii
- i nie zapominać, że nie do niej należy każda jej życia minuta.

Nie może się już doczekać co to ją czeka nowego, jak się miesiąc po miesiącu ułoży, kto stanie na jej drodze, co ją zaskoczy, co zdziwi, co śmieszyć będzie, co do łez bawić ...
Snuje nieśmiałe przypuszczenia i plany.
Niech no tylko niebo jej sprzyja. Wtedy to już musi być dobrze.
No przecież!


* inwentaryzacja
* niegdysiejsze słowotwórstwo Młodszej córki wpisało się na stałe w Górkowe dialogi


31 grudnia 2016

Święta, święta i po świętach

Jak się można było spodziewać licho co wyszło ze świątecznych postanowień Górkowej Matki. Przy garnkach spędziła faktycznie tylko tyle co było trzeba ... czyli praktycznie cały pierwszy dzień świąteczny (!). W drugim dniu zaś szerokim łukiem kuchnię omijając.
Żaden lakier nie skalał jej paznokci (tym samym zabiegi domowego SPA wciąż niedokończone). Spacerom nie sprzyjała aura. Gdy zaś na chwilę niebo nieco się przejaśniło, chęć na biegi zawitała w Matki głowie tak nagle, jak nagle została ostudzona jej nieumiarem w jedzeniu. Przejadła się Matka. Ledwo zza stołu ruszyła cztery litery, a gdzie tu myśleć o rześkim leśną dróżką galopie. Ani jednym śniadaniem nie nakruszyła w łóżku (za to w nocy pofolgowała sobie - co waga na pewno wskaże). Na film jakiś, co to nawet jego tytułu nie spamiętała, jednym okiem rzuciła. W grę żadną nie zagrała. Ledwo jedno pudełko puzzli w dni świąteczne odkurzono. Jednak tu wyrzutów sumienia Matka mieć nie musi - dzieci na brak wrażeń nie narzekały, wszak Górkowa siostra cioteczna towarzystwa im dotrzymała, nie dając żadnych szans nudzie.
A miłych gości na Górce było w sam raz. Rozzzzzzzzzzzzzkosznie.

Pięknie wszystko wyszło. Matka wraz z Teściówką atmosferę nerwowości zjawiskowo odczarowały.
Dzieci podsumowały (jak co roku zresztą) że to były ich najlepsze święta (czyli Mikołaj się spisał), sam dzień Wigilii był spokojniejszy aniżeli zeszłoroczny, czy zeszłozeszłoroczny, potrawy bez pośpiechu przygotowane, nie było utyskiwań, niczyich żali ... /Mały wybuch złości Górkowej seniorki w przeddzień Wigilii można uczcić jedynie milczeniem /wszak należy już do corocznej tradycji/. Aż Górkowa Matka musiała wyjść na chwilę z domu, zaczerpnąć świeżego powietrza, oglądnąć wieczorne Mniejsze Miasto zza firanki łez, utonąć w czyichś miękkich ramionach, środek uspokajający z tych samych rąk przyjąć, po czym wrócić ... bo tyle jeszcze pracy (!), a Matce spacerów się zachciewa (!). /
Choinka-krzaczek zginęła w morzu prezentów, stół uginał się od mnogości aromatycznych potraw, przy stole najmilsi, ze słodkim Antosiem na czele, w tle rozbrzmiewała kolęda wygrana na flecie, wrzawa, harmider, tak jak Matka lubi w święta :)

Pomimo to umęczyły Matkę te dwa dni świąteczne bardziej aniżeli adwent cały. Jak co roku same święta pożegnała bez żalu, a z ulgą. Jeno za całym tym czekaniem na cud wciąż jej tęskno ... Za tą magią co przez cały grudzień wyglądała z każdego kąta, z tajemnej skrytki z prezentami, z codziennego zaglądania do adwentowego kalendarza, z podarków, niespodzianek, rorat, wczesnych pobudek, z nocy zarywania ...
Wrócić do zwykłej codzienności, normalnego życia biegu, Matka nie może. Jak potłuczona po omacku wykonuje zwyczajowe czynności, odnaleźć się w zwykłości zupełnie nie potrafiąc. A codzienność sama ani myśli jej w tym pomóc. To na pierwszą w życiu rozmowę o pracę posyła, to z duszą na ramieniu do Urzędu Pracy, to nocą spać nie da, podrzucając do głowy coraz to nowe najczarniejsze z czarnych życiowe biznesplany. Na zegarku 2 w nocy, dwa filmy obejrzane, pokój mroźnym powietrzem przewietrzony, a sen wciąż nie chce przyjść. Roletę podciągnęła Matka, w kołdrę zawinęła się najmilej, w szafie w lustrzane odbicie kościoła wpatrując się łzy wyciera w rękaw piżamy z reniferem ... W ciemności i ciszy wyłapuje odgłos jemioły gubiącej swe kulki. Uśmiecha się przez łzy. Przecież jest pięknie. Jest jak chciała. Znów dosięgło Matkę jakieś dziwne radości ze smutkiem poplątanie.




30 listopada 2016

Górkowej Matki luźne przemyślenia



Uchyliwszy nieco rąbka tajemnicy ...





Z okołoświątecznym szaleństwem jest jak z drugim porodem ;) Niby człowiek już wie, że nie będzie lekko ... , niby pamięta jak to było poprzednim razem i wydaje mu się że tym razem to już nie powinno go nic zaskoczyć ... "Teraz musi być łatwiej."- myśli.
A jednak za każdym razem - jakby go kto walnął obuchem.
Już wczesna konfrontacja uświadamia mu jak krótka i wybiórcza jest jego pamięć, i jak szybko zapomina się o tych mniej przyjemnych "okolicznościach" w jakich dokonuje się cud.
Dusza śpiewa.
Gorzej z ciałem.
Okazuje się, że jest ciężko. A najciężej - podążyć ciału za myślą.
Okołoświąteczne szaleństwo bowiem sieje w organizmie spustoszenie. A w całym tym galimatiasie nietrudno przegapić pierwsze symptomy przeciążenia.
Ostatnio takie zmęczenie Górkowa Matka odczuwała chyba ... ? No tak. Jakby nie patrzeć jakoś tak ...  rok temu. To w grudniu daje się Matce we znaki chroniczny brak snu, łupanie w krzyżu i zakwasy w najdziwniejszych częściach ciała. Nadgarstki na ten przykład przedwczoraj. I bóle stawowe kończyn górnych dzisiaj. Gorzej gdy kolejna noc z rzędu zarwana i powieka ciężka rankiem, albo jeszcze gorzej - piasek pod powiekami! Jejciu!
A tu trzeba szybko otrzepać się z resztek snu i rozpleniać szczęście dalej. Misja to misja. Nic tak nie napędza do działania, jak wizja czyjejś rychłej szczęśliwości.
W imię celów wyższych, piękna i magii chwili, wiele można znieść, pokonać granice własnej wytrzymałości i zmęczenia. A nawet jeśli nadejdzie czy to kryzysowy moment, czy chwilowa słabość, wykrzesać nie wiadomo skąd siły do dalszej "walki".
Skąd? Ano z magii, która jest naszym udziałem ... Z czyichś oczu blasku, z czyjejś bezbrzeżnej radości i rumianych z przejęcia policzków, z radosnych pisków, z tupotu stóp w ferworze gorączkowych poszukiwań ukrytych gdzieś tam niespodzianek/zagadek ... Dla tej jednej chwili człowiek zrobi wszystko. Będzie do późnych godzin nocnych wpisywał w Worda zadania adwentowe skryte w zabazgranych kartkach podręcznego kalendarza. A będzie przy tym kwadrans myślał nad idealnym (najbardziej Mikołajowym) kształtem czcionki. Będzie rymował trasę ze strzałek, wskazującą miejsce ukrycia pierwszych upominków - bo takie było Ich najważniejsze życzenie - nieważne czego szukać, ważne JAK. "Ale zrobisz mamusiu takie strzałki, jak ostatnio? I zagadki?" kilkakrotnie zapodane.
A jeszcze wcześniej będzie wycinał, kleił, docinał, podklejał, odklejał, na nowo doklejał ... Po czym z uśmiechem na twarzy uśnie skonany. Rano wciąż jeszcze będzie oddychał własną szczęśliwością - wszak większego szczęścia od uszczęśliwiania innych nie uświadczysz.
Takim szczęściem to można się tylko upić. Spijać czyjeś emocje już samym na nie czekaniem.
Toż to już jutro. Zdążyła Górkowa Matka! Zdążyła! :))
Odpocznie w późniejszym terminie.
W nagrodę jutro na kalendarzu adwentowym przetnie czerwoną wstęgę.


*** 

Górkowa Matka radzi*


Czyli
jak w tym zwariowanym czasie nie zwariować?
Ano dać sobie luz choćby w same weekendy.

1. Zaplanować na te dni zadania adwentowe mniejszego kalibru.
2. Czas rodzinnie spędzić. 
3. Przygotowywania obiadów wielogarnkowych w ten czas unikać.
4. Do ludzi wyjść. - najlepiej do Centrum po brakujące podarki (to poprawia stan ducha najlepiej - w fazach testów ta rada wypadła najkorzystniej). W chwilach nadciągającego kryzysu zaglądnąć na pawlacz tudzież w inną skryjdę, i  lustrować okiem zgromadzone tam towary i radować się nimi, aż nastąpi poprawa.
5. Film jaki krzepiący obejrzeć. O, taki na ten przykład. Lub ten poniżej.
6. Wyjść na spacer, tudzież pobiec szerokim lasem.
7. Książki jednak trochę przeczytać. Nieładnie by leżała tak długo odłogiem.
8. Poziom cukru w organizmie podnieść - to nieprawda że słodkości tuczą - NIE TUCZĄ. Jeśli tylko później spali się trochę kalorii.
Jeśli by kto powziął za postanowienie adwentowe unikanie słodyczy - donoszę z dobrego źródła iż nie o taki Adwent Bogu chodzi. Uprasza się o pracę nad duchową sferą.


Dobrze spędzony weekend potrafi zdziałać cuda, naładować akumulatory, tak, że człowiek czuje jakby unosił się ponad ziemią, łagodnie płynął przez poniedziałek, wtorek, a w środę z niedowierzaniem patrzył, że to już środek tygodnia.
Dobry był to weekend dla Górkowej rodziny. Dobrze wykorzystany czas. Weekend tak inny od poprzednika, gdy to połowa familii zaniemogła powalona wstrętnym wirusem pustoszącym układ trawienny. Po takich zdrowotnych anomaliach człowiek po stokroć docenia choćby najbardziej szarą codzienność. Po stokroć.
Sporo zadań odhaczono z grudniowej listy. Większość podarków wylądowało w tajemnej skrytce. Kalendarz adwentowy, który spędzał sen z powiek Górkowej Matki, w weekend właśnie w końcu ruszył pełną parą.
Pracowitą sobotę (porządki! porządki! ukochane przez Górkową Matkę porządki!) zrównoważyła leniwa niedziela. Taka z wczesną pobudką, by przed wyjazdem do kościoła zdążyć z aromatycznym rosołem. Z kawą znów pitą na raty, niespiesznym makijażem, mszą wprowadzającą w czas adwentu co łzą wzruszenia zrosiła oko (im starsza Gókowa Matka, tym więcej spraw chwyta ją za serce - niechybnie to starość), z Młodszą biegnącą odważnie pod ołtarz (podczas gdy jeszcze miesiąc temu można by wołami wyciągać ją z ławki bez skutku), z szybkim biegiem przez CH (bo prezenty już dawno przecież obmyślone w głowie) i z kinem. Tylko Górkowa Matka wraz z starszą córką. Tylko ich czas. Ramię w ramię. Ręka przy ręce we wspólnym kuble popcornu. "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć". Jak na prawdziwe fanki J. K. Rowling nie mogły sobie odmówić tej przyjemności. Przyjemności przez ogromne "P". Nie zawiedzie się żaden wielbiciel Pottera i świata magii. Mądra opowieść dla wszystkich wrażliwców spragnionych magii w swej codzienności.
Oczarowała Górkową widownię ta produkcja. Obrazem, efektami, muzyką, dialogami i wybitnymi cytatami, które wychwyciło czujne ucho. W trakcie projekcji szeptano w matczyne ucho, że ten cytat to z tej części opowieści o Hogwarcie i padł z ust tego, a tamten z tamtej części i wypłynął z ust tego i tego. Co zerknęła matka na lico swej córy, to na jej twarzy jaśniał ten sam uśmiech. Ten sam co to maluje się w grudniu na twarzy Górkowej Matki, gdy zasypia w locie nim dotknie twarzą poduszki. 






"Każdy z nas ma w sobie tyle samo dobra, co zła. Tylko od nas zależy, którą drogą pójdziemy."

" Obawa tylko podwaja cierpienie."

J.K. Rowling




* Wszystkie rady Górkowa Matka przetestowała osobiście i śmie twierdzić iż są niezawodne.
   Radzi ochoczo z nich korzystać. Ich nadmiar bynajmniej nie jest szkodliwy.

27 listopada 2016

Niedzielny kadr



Twórczy bałagan zwany weną.
Czyli kalendarz adwentowy w trakcie realizacji.
SIĘ zrobi - SIĘ  pochwali.
(o ile będzie czym - coby nie zapeszać)

O 5.30 Górkowa matka budzi się, a natłok myśli i obowiązków nie pozwala jej już usnąć.
Ostatnio budzik stał się przedmiotem zbytecznym na Górce.
Matka zbytnio do serca wzięła sobie myśl coby odciążyć z obowiązków grudzień.
I tym sposobem na górce ... magia już trwa.
Bo matki nie męczą żadne żmudne porządki, "odgruzowane" (posługując się słownictwem Perfekcyjnej Pani Domu) pawlacze i szafy, przejrzane i posortowane zabawki ("to do śmieci, to dla biednych dzieci"- słyszy  matka własne słowa w usteczkach młodszego dziecięcia i myśli "nauka nie poszła w las"),  kurze starte z wysokich szaf, ani wyczyszczona na glanc każda jedna kuchenna szafka i szuflada, ani nawet wyszorowana lodówka. A ostatnie - niegdyś jedno z bardziej znienawidzonych zajęć. Synonim najważniejszych świąt! Przyczyn dopatruje się w dzieciństwie Górkowej matki, gdy to święta kojarzyły się jej ze żmudnością tegoż zajęcia, podciąganego przez Górkową seniorkę do rangi sprawy niezwykle ważnej, ale przede wszystkim sprawy nad wyraz trudnej i czasochłonnej, takiej na którą trzeba najpierw nautyskiwać, a potem w pocie czoła ciągnąć w nieskończoność jej wykonanie (a przynajmniej takie odczucia i wspomnienia odnotowała tedy pamięć Górkowej matki). Podobnież zresztą rzecz się miała z myciem kredensowej zastawy i pastowaniem podłóg połączonym z froterowaniem grubą skarpetę naciągniętą na stopę - to ostatnie choć wszak było przez dzieci lubiane (toż to prawie jak na łyżwach można było po pokoju wte i wewte śmigać), jednak wraz z  otoczką całego pietyzmu i zbędnej nerwowości traciło nieco na uroku. Dopiero w tym roku udało się matce te obowiązki "odczarować", zrzucić z nich jarzmo przymusu i nielubianego obowiązku.
Dziś każdy z nich cieszy. W głowę matka zachodzi jak to możliwe, że zamiast porządków znienawidzić, sobie je umiłowała.
Jednak pomna własnych wspomnień matka, dziatwy swej nie forsuje. Jedynie zachęca do współpracy, a gdy nie ma odzewu (zdarza się) sama radośnie zakasuje rękawy.
I nie walczy już ze swą naturą, nie broni się przed nią. Już nie tupie nóżką sobie samej na przekór, nie buntuje się, że święta to przecież nie porządki, nie zaglądanie w każdy kąt szafy. Wie już że te porządki to nieodłączny element przygotowań do najpiękniejszego czasu w całym roku. Że ten porządek przekłada się na ten ład co w duszy i sercu ...
I cieszą matkę nawet te przedwczesne pobudki, gdy można by jeszcze pospać, gdy cały dom uśpiony,
nawet te mięśnie zmęczone, które nie mają kiedy się zregenerować, ale które przypominają o tym co już wycięte, co sklejone, co późną nocą już zrobione, co lada dzień będzie cieszyć One ...
te plany kłębiące się w głowie, gdy za oknem ciemna noc przecież jeszcze, wiatr hula po ulicach, a na drzewach resztki liści ogrzewają się w cieple latarni.

Tylko ta kawa teraz jakby szybciej stygnie i wciąż niedopita ...
Porzucona i zapomniana w wirze radosnych planów do odhaczenia.

Gdy Górkowa matka kończy pisać tę notkę niebo za oknem pięknie się różowi,
śnieg co to wczoraj wieczorem zawitał drugi raz do Mniejszego Miasta, zamieniony w ślizgawkę szkli się na ulicach,
a z kościoła dochodzą dźwięki pierwszych rorat.
Adwent proszę państwa. Adwent.
Radosny czas oczekiwania.
Zaczynamy.





3 marca 2016

Uważność zarazą pisana

Gdy Górkowa rodzina zaczęła znosić do domu wiosenne kwiecie, okazało się że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. W lutym dzień co prawda był słonecznie wiosenny, jednak noc już od tygodnia romansowała z przymrozkiem, skutkiem czego ostatnie Górkowe poranki spowijała szadziowa biel. Biel ta w okolicach południa spływała rynnami, wijąc się nieregularnymi stróżkami po brudnych ulicach i chodnikach Mniejszego Miasta. Nikogo więc nie powinien zdziwić marzec obuty w śniegowce. A mimo to rankiem 1 marca niejeden stał w oknie i przecierał oczy ze zdziwienia. Górkowa matka zaś przywitała ten śniegowy krajobraz uśmiechem. Szerokim uśmiechem. Doprawdy, ostatnio cieszą ją prawdziwie "małe rzeczy".
A czemuż to, niech opowie luty ...




Luty miał być uważny. I w uważność obfitował. A że w zupełnie innym tego słowa znaczeniu niżby kto sobie życzył ... ? Widać życzenia trzeba ostrożniej wypowiadać.

Zaczęło się od (o zgrozo!) wszawicy (tak tak! dobrze przeczytałeś drogi czytelniku) w szkole Górkowego potomstwa. Fama szybko się rozniosła. Rodzicielskiej uwagi nie mogło tutaj zabraknąć. Co wieczór Górkowy ojciec wraz z Górkową matką uważnie pochylali głowy nad głowami swej dziatwy, w skupieniu wypatrując choćby najmniejszego śladu zarazy. Pukiel po puklu, kosmyk po kosmyku. W Górkowej łazience przedziwne specyfiki rozgościły się na półkach. Na jakiś czas Górkowa rodzina została wykluczona z jakiejkolwiek formy życia społecznego. Profilaktycznie zabroniono wszelkich odwiedzin. Wszak nigdy nie wiadomo co komu po głowie pląsa i co dziecko na głowie ze szkoły przyniesie.

W całym zamieszaniu związanym z problemem wszawicy nie trudno było zaniedbać każdą inną równie niecierpiącą zwłoki ważność. I tak przedłużający się katar (połączony z kaszlem) starszej córki państwa Górkowych, przerodził się w dokuczliwe bóle głowy tejże. Nawet one nie zapaliły czerwonej lampki w głowie Górkowej matki, która podejrzliwie spoglądając na swą pierworodną, bliższa była wydaniu sądu symulacji, tudzież skłonności dziecka do przesady, aniżeli zawierzenia. Górkowa matka więc zrzuciła wszystko na karb przemęczenia i niedosypiania dziecka, które w żaden sposób wieczorem wcześniej nie potrafi usnąć, a które co rano z łóżka bladym świtem trza zrywać.
Aż dnia pewnego dziecko zadzwoniło ze szkoły. W czasie lekcji co gorsza! (Wiedzieć musi szanowny czytelnik, iż na terenie wspomnianej szkoły obowiązuje bezwzględny zakaz korzystania z telefonów komórkowych; nie licząc hallu, który uprawnia do korzystania z tychże; co nie zmienia faktu, że dziecko z tej możliwości stara się nie korzystać.) Dziecko zadzwoniło z zapytaniem czy może przyjąć z rąk swej wychowawczyni środek przeciwbólowy.
Ból głowy nasilił się - nie było miejsca na niedowierzania. Koniec końców, jeszcze tego samego dnia ból rozprzestrzenił się na rejony prawego ucha. Zrazu matka zajrzała do Internetu. Jej wiedza w tym temacie bowiem była znikoma - wiedziała jeno że taki ból i takie dolegliwości nie wróżą nic dobrego. Gdy zaś temat zgłębiła, aż złapała się za głowę. Nie było czasu czekać. Trza było działać szybko. Wykonała telefon do tutejszej (dobrze już znanej szanownemu czytelnikowi) doktórki. Ta choć w gorącym okresie zarazy rozmaitej, to jednak znalazła w kalendarzu wolną chwilę.
Matka od razu jakby skrzydeł dostała. Wiedziała że już teraz dobrze być musi.
O umówionym czasie zajechali pod dom doktórki.  Ledwo uchylili drzwi samochodu w wieczór spowity w mrok, gdy do ich uszu dobiegł szum wody napędzającej koło młyna. A i w uroczym domostwie doktórki, jeszcze uważniej aniżeli poprzednio zmysły karmili. Uważniej łakomym okiem łypali na przecudne umeblowania, ostrożniej stawiali kroki na deskach podłogi, Górkowa Matka zarejestrowała specyficzny zapach starego domostwa. Ożyły wspomnienia związane z ukochaną babcią.
Doktórka zajrzała w kartę dziecka i z miejsca dopatrzyła się pewnej prawidłowości. Dokładnie rok temu stawili się u niej państwo Górkowie z tą samą córką po raz pierwszy i jedyny zarazem. Czyżby miało stać się ich coroczną tradycją lutowe córki zdrowotne niedomaganie ... ? ( O! za rok Górkowa matka będzie jeszcze uważniejszą w miesiącu lutym! Żaden, powtarzam ŻADEN, choćby najmniejszy katar jej uwadze nie umknie!).
Doktórka postawiła diagnozę najgorszą z możliwych (zapalenie ucha), wypisała receptę, do rąk wręczyła kartkę zabazgraną swymi lekarskimi hieroglifami, zaleciła wizytę u laryngologa (w gratisie podając numer do uchwytnego), jak również ciepło domowych pieleszy serwowane w dawce przynajmniej dwóch tygodni.
Tak oto na Górce zamieszkał drugi w historii życia rodziny Górków antybiotyk - mistrz pierwszego planu - Zinnat.

Dnia następnego laryngolog stwierdził jeno stan zapalny ucha (będący następstwem infekcji dróg oddechowych) Górkowej córy, żadnego wycieku substancji wskazującej na ostre zapalenie ucha się nie dopatrzył (tym samym zdejmując z Górkowej matki ramion ogromny ciężar - dosłownie jakby jej kto 100 kilo z nich usunął jednym ruchem), kropelki do ucha, inne syropki i żele do nosa przepisał.
Nawet portfel nie zubożał nadto. Mile była Górkowa matka zaskoczona.

Choć wciąż wypatruje się jako takiej na zdrowiu poprawy.








Trudny był to miesiąc dla innego rodzaju uważności.
Zębowa Wróżka ledwo zdążyła dotrzeć na czas. Bo choć we Wróżkę już się nie wierzy (starsze dziecię nie wierzy), to jednak zastrzyk gotówki zawsze mile widziany.
W tej  uważności chyba tylko cudem nie umknęły uwadze (i fotorelacji) karteczki pisane ręką młodszej córy, podrzucane matce i ojcu w celu "wymuszenia" na nich różnych (najczęściej niezdrowych i ograniczanych) rzeczy, o które strach prosto w oczy zapytać bojąc się niechybnej odmowy.
W tej uważności starano się nie zwariować i żyć normalnie.
Co widać (mam nadzieję) na poniższych załącznikach.


























Marzec zatem niech się sam pisze.
Po swojemu.
Bez żadnych zapewnień i pewników.
Zobaczymy co z tego wyniknie.




28 stycznia 2016

Co słychać na górce

Jeszcze w grudniu, korzystając z sprzyjającej aury (lekkiej zimy) Górkowa starszyzna rodu rozpoczęła remonty na zewnątrz swej rezydencji. Z dnia na dzień ich domostwo z racji gabarytów i nabierającej urody coraz bardziej przypominało Belweder. Kilka okien wymieniono, co było trzeba ocieplono, nałożono stosowne tynki, odrestaurowano zabytkowe obramowania okienne, a na końcu betonową szarość zastąpiono eleganckim kremowym beżem. Tak miały się sprawy od frontu. Bowiem gdy rusztowania przeniesiono na ścianę szczytową budynku (tę z oknami Górkowego pięterka), zima w końcu postanowiła pokazać na co ją stać i skuła malowniczym mrozem ofoliowane szyby. Roboty musiały zaczekać. Robotnicy zawinęli się dnia pewnego i zniknęli jak się później miało okazać na długie tygodnie.

Styczeń więc upłynął na Górce za oklejonymi folią oknami. Co jak twierdzi Górkowa matka nie pozostało bez echa. Według niej ograniczony dostęp do promieni słonecznych  przyczynił się do takich a nie innych nastrojów domowników.

W końcu wraz z ostatnimi dniami zima zelżała, śnieg spłynął spadzistymi ulicami miasta, a tym samym robotnicy mogli powrócić na opuszczone stanowiska pracy. Czyli za ofoliowane okna. Od wczoraj, od wczesnych godzin porannych zza szyb na nowo dochodzą rubaszne śmiechy i dowcipy wypowiedziane w iście kwiecistym języku. Górkowe młode, jako że ferie w toku i ich obecność domowa wzmożona, przysłuchują się tym dziwom nieśmiało rozbawione.
W wytęsknieniu wypatruje się momentu ujrzenia przez własne okna świata prawdziwego, ptaków krążących po niebie,  czy wróbla skaczącego po gołych gałązkach brzozowych ... Zamiast mętnej szarości falującej do taktu z wiatrem.

Ferie na Górce mijają w atmosferze ogólnego lenistwa i znudzenia, długiego leżakowania i piżamowania. Nikomu nie chce się wyściubiać nosa z domu, nikt też nie oczekuje specjalnych rozrywek i wrażeń. I dobrze. Odnotowuje się bowiem ogólny spadek formy wszystkich domowników.

Młodsze dziecię ćwiczy tabliczkę mnożenia. Mozolnie. Ma to na pewno po swej rodzicielce, która dokładnie pamięta iż wszelkie nauki pamięciowe od zawsze były dla niej dość problematyczne. Nie dla niej teoria do wkucia na blaszkę.  Każdy wiersz do przyswojenia przyprawiał o cierpnięcie skóry, a wystąpienie przed szerszym forum (nic to że tylko znanych i lubianych szkolnych kolegów) zraszało zimnym potem. Doskonale matka rozumie swe dziecię. Stara się mu pomóc tę trudną sztukę polubić. Łatwe to to nie jest.  Ilekroć matka woła dziecię do nauki, dziecię nagle odczuwa przemożną chęć zabawy, budowania namiotów z kocy i pledów/czytania ulubionych książek /rysowania ....

/Wspomnieć w tym miejscu należy o niewspomnianym. O grudniowym przełomie młodszego dziecięcia w wystąpieniach publicznych. Wszak dziecię całe przedszkole odmawiało jakiejkolwiek współpracy w tym temacie. Aż do tegorocznych jasełek. Unowocześnionych jasełek. Dziecięciu została powierzona rola Kopciuszka. Choć jasełka wystawiane były dla rodziców, rodzicom dziecię zabroniło na nie przybyć. Jednak jak wieść niesie (bystra starsza siostra uczęszczająca do tej samej szkoły doniosła sms-em, Górkowy ojciec podglądający zza drzwi zdał wieczorną relację) dziecię wyszło na scenę, po czym nie bez tremy (co prawda), lecz głośno i wyraźnie powiedziało, co powiedzieć miało.
(Na wszystkich próbach zaś wiodło prym i było pod niebiosa wychwalane.)
Górkowi rodzice nie posiadali się ze szczęścia!
Tym samym zdjęto kolejne bolączki z załamującej ręce nad swym dzieciem matki./

Starsze dziecię zaś kończy czytać kolejną już książkę.  Którą to?  A któż to by zliczył!
A gdy akurat nie czyta to gra w The Sims. Nałogowo. Te dwie czynności pochłaniają je zupełnie.
Gdzie miała rozum Górkowa matka kiedy zakupiła dziecku pierwszą grę  ... ? O, gdzie?!!

W międzyczasie nuda.  Nuda.  I nuda. Powłóczysty krok, szuranie papciem, krążenie po domu bez celu konkretnego ...
Ale to się lada chwila zmieni.
Przybyła bowiem na górkę Górkowa siostra cioteczna.  Będzie się działo!

I Górkowa matka ostatnimi czasy w niemoc popadła dziwną. A ta niemoc wygnała ją do kuchni. Gdzie to upichciła obiadów na trzy dni i od razu zrobiło jej się na duszy i ciele lżej jakby.

Górkowy ojciec zaś nie mogąc znieść powyższej ciężkiej domowej sytuacji rzucił się w wir pracy.

***

Korzystając z wolnego wybrała się razu pewnego górkowa rodzina do odległego miasta do ulubionej pływalni (Aquaparkiem go zwą). Górkowa matka już na wejściu, przy samych kasach miała się najeść wstydu. Młodsza z córek bowiem, bardzo zadowolona ze swej czujności, patrząc znacząco na górkowej matki nogawki spytała niewystarczająco konspiracyjnym szeptem:

-"A ogoliłaś się ... ?"

Zbędnym owłosieniem jej rodzicielka nie musiała zaprzątać sobie głowy.
Za to przez bite trzy godziny udawała że w swym jednoczęściowym kostiumie nie wygląda jak dorodna krewetka. Górkowy ojciec zaś krążył od basenu do basenu na wciągniętym brzuchu. Dodatkowo oboje udawali że ta dwójka niedożywionych dzieci, co to wciąż wokół nich krążyła natrętnie, to wcale nie ich potomstwo ...

Jasnym się stało że coś trzeba z tym fantem zrobić. Z faktem obrastania w zimowy tłuszczyk rzecz jasna. (Bo że Górkowych dzieci nie sposób podtuczyć to wiadoma sprawa.)
G. matka ściągnęła z szafy zakurzoną matę do ćwiczeń. Filmik stosowny i jakże zapomniany na YouTube odnalazła. Teraz musi jeno odnaleźć swą silną wolę. Za pieruna nie może sobie przypomnieć gdzie ją odłożyła.
Zaś Górkowy ojciec znacząco do niej mrugając stwierdził, że on to zna przyjemniejsze formy spalania kalorii.







Photo by Starsza


15 stycznia 2016

Ślady.

Póki co noworoczne postanowienia wciąż żarzą się w myślach i sercu ... , zostawiają na codzienności swe ślady ...
Więcej mnie w kuchni zdecydowanie.  Staram się nie poruszać w niej utartymi ścieżkami. Nie błądzę. Intuicyjnie sunę wśród nowych smaków płynnym szusem.
Odczuwam większą potrzebę bycia tutaj. Wciąż myśli bezwiednie w posty zamieniam.
A że doba wciąż za krótka i wydłużyć się nie da ... Na to nic nie zaradzę.
Pamiętam jednak o rzeczach fajnych, tych wszystkich rzeczach ważnych ...
Więc wspólnie czytamy "Charliego i fabrykę czekolady" , oglądamy po kilka razy film o tym samym tytule, odkurzamy z zapomnienia gry planszowe, karty i szachy ...
Więc głośniej chwalę laurkę i samodzielne czytanie ...
Znów spontanicznie cieszę się z przyniesionych piątek,  do których zbyt łatwo przywyknąć i które nabrawszy mocy powszedniości jakby tracą na wartości, a przecież nigdy nie powinny ... Okropne uczucie być niedocenianym.
Jestem obok, tulę jeszcze mocniej, częściej, najchętniej bez powodu ... , piekę ulubione łakocie, szukam w piwnicy sanek, udzielam wskazówek z dziedziny "szkic postaci"(ach! te nieokiełznane proporcje! co zrobić by łydki były jednakowoż ukształtowane, a palce właściwie rozczapierzone ... ? ; jednak najwięcej problemów to z konturem głowy (!) - Młodsza ma na to swój patent ... - zostawia rysowanie głowy na sam finisz! - wpierw korpusik,  rączki,  nóżki, czasem nawet włosy wpierw pojawią się na kartce, a na uwieńczenie - owal twarzy :) ), cierpliwie daję się oprowadzać po nowo zaaranżowanym domu dla lalek, zachwycam się ...
Na specjalne życzenie, w drzwiach prawie, choć późno już i pora do szkoły z domu wychodzić, plotę ulubiony cieniutki warkoczyk dyndający wśród pukli pachnących beztroskim dzieciństwem ...
Przed zaśnięciem milion razy odpowiadam że kocham i że dobranoc ...
Słucham uważniej ... Pocieszam ... Ostrożniej zapytuję .
Gdzieś pomiędzy znajduję czas na tylko moje przyjemności.
I cieszę się z małych rzeczy.
Co rano zapuszczam energetyczne Coldplay i uśmiecham się gdy rozbrzmiewa "Hymn for the weekend" ... Takie to nie moje, a płynę tanecznym krokiem przez ranek ...
Trzeci dzień z rzędu oglądam "Czekoladę", zaczytuję się Nesbo, gładzę spojrzeniem czekające na stoliku lektury znalezione pod choinką, piszę maila do kogoś kto bardzo na niego czeka, a później niecierpliwie wypatruję odpowiedzi, i odczuwam to samo podekscytowanie co kiedyś przy wrzucaniu listu do czerwonej skrzynki, a ikonka nieotwartej koperty nakrywa twarz uśmiechem ...
Umawiam się do kina na dobry film, po czym okazuje się że wolny wieczór to wcale nie taka łatwa sprawa, a na pewno nie tym razem...  Może jeszcze zdążę, nim zniknie z ekranów ... przecież właśnie śmieję się do rozpuku z informacyjnego sms-a od G., męża ulubionej kuzynki :"W niedzielę w kinie C. są te krowy* (...)".
Prawie spontanicznie daję się namówić na pewien koncert (już w lutym!) ... A teraz ciiii ... bo licho nie śpi.
Uśmiechem witam śnieg za oknem, zachwytem gałązki otulone puszystą kołderką ... Nie tylko mnie cieszy biały puch.  Dziewczyny zdobyły większe i mniejsze górki i pagórki, przemoczyły nie raz rękawiczki ... Maniek zaliczył samodzielne zwiedzanie okolicy wśród tańczących gigantycznych płatków. Nie byłby naszym mądrym psem gdyby nie skorzystał z tak długo uchylonej furtki ... ;) Piękną wybrał sobie scenerię ... Wyhasany i szczęśliwy szybko i grzecznie powrócił. Gdzie mu będzie lepiej ... ? Długo jeszcze zamroczony swym szczęściem i niecodzienną przygodą siedział z kością w pysku w samym centrum śniegowego przedstawienia, ani mu w głowie było schować się do ciepłej i przytulnej budy.
Pomimo wszystko rejestruję dobry czas.
Mniej przyjmuję się sprawami na które nie mam wpływu, nie zawracam sobie głowy maluczkimi złośliwcami ...
I uśmiecham się szeroko, gdy nieznany podlotek wychodząc z firmy życzy mi miłego dnia ...
I rozgaszcza się w sercu radość prostego szczęścia.
Boże, czego tu marudzić ... ?
Jest pięknie.





* "Moje córki krowy" Kingi Dębskiej

14 września 2015

A w domu na górce ...

Granatem zabarwione groźne niebo za oknem.
Jesieni chłodem zawiało. Tylko patrzeć jak brzózka pokryje się szeleszczącą żółcią.
W szafie zapach świeżej lawendy od Martyshki. (Czy to już  pora by pochować w głąb szaf letnie ubrania?)
Ciepłe papcie przy łóżku.
Na łóżku zaś dodatkowe grube pledy.
Włochate szlafroki przeproszone.
Najgrubsze z piżam upychane co rano pod poduszkami.
Wzmożone spożycie herbaty zabajonej gęstym miodem.
Pierwsze zdrowotne kryzysy szybko zażegnane. Tfu! Tfu!
Na stoliku nocnym wreszcie ruszone lektury. Tuż obok mocno aromatycznych maseł do ciała. I na nie wreszcie nastała pora.

W domu na górce zmiany.
Pukle i kosmyki utracone.
A wraz z nimi długie warkocze i kłosy, koki i końskie ogony. W nie czesać to już tylko lalki ...
Pierwsze "dorosłe" fryzury na (wciąż w moich oczach i myślach) małych główkach.
A wraz z nimi jakby kończące się ich dzieciństwo, kolejny zamknięty etap za nami.
Przejmujące uczucie, że oto znów coś się kończy, a coś się zaczyna.
Gorzki smutek panoszący się w myślach.
Ściskający gardło i serducho żal za utraconym.
Długo matka nie mogła sprawy przetrawić.
Jeszcze dłużej w palcach obracała stracone pukle.






31 maja 2015

Weekendowa przyniedzielna sielanka


W tym roku w domu na górce przyspieszono obchody Dnia Dziecka.
Odbyły się mało hucznie.
(Dzień wcześniej bowiem towarzystwo wyeksploatowało się imprezowo i towarzysko. O czym może innym razem.)
O poranku po prostu rozdano dobrze skryte pakunki.
(A ileż to razy Górkową matkę aż świerzbiło by dobyć je z szafy i przyspieszyć jeszcze bardziej moment obdarowania.)
Pewne klocki wciąż rządzą!
Papierowe tomiska nie inaczej!!!
(Muminki lovamy!)
Element zaskoczenia (o przyspieszeniu Bardzo Ważnego Święta bowiem nie poinformowano najbardziej zainteresowanych) zadziałał.
Dziatwa miała radochę i zajęcie, a matka spokój i luz w kuchni.
(Spokoju i ciszy jest ostatnio łasa.)
W międzyczasie złożono bowiem zamówienie na niedzielne śniadanie.
Uwielbianych naleśników wedle życzenia więc nasmażono.
Kakao z pianką podano.
I tu kończy się przyniedzielna sielanka.
Później atmosfera stawała się z minuty na minutę coraz bardziej gęsta.
Odnotowano liczne kłótnie, płacze, humorki nietęgie.
A wszystkie na podniesionych decybelach.
(Bo płuca pojemne to Górkowa dziatwa ma, a i owszem!
Szkoda że nieeksploatowane w milszy dla ucha sposób.)
Aż okno wychodzące na ulicę trza było przymknąć (!), by mylnych podejrzeń sąsiedzkich na siebie nie ściągnąć .
(Co duszność dodatkową na Górkowym pięterku spowodowało.)
Matka raz po raz aż czerwieniała ze złości po całości.
Coś wisiało w powietrzu.
Od jakiegoś czasu mieszkańcy domu na górce odczuwają zauważalny spadek nastroju.
Czynników mających na tenże spadek nijak nie można wyeliminować czy choćby niwelować.
To bowiem jest karalne.
A jednak chęć mordu pojawia się w oku raz po raz.
Złość musiała znaleźć ujście i tym razem.
Szatkowanie jarzynek i w zlewie zamaszysty ruch gąbki uspokoiły matki skołatane nerwy.
Inni radzili sobie jak mogli.
Niech więc nikogo nie dziwią te krzyki, tupoty, czy zgrzyt zębów.
Drzemki popołudniowe chwytające po kolei kolejnych domowników także okazały się cud-lekarstwem na całe zło.
I oto znów nastał błogi spokój.
Nie wiadomo tylko na jak długo.
Weekend wszak znów nie wiadomo kiedy się skończył.
Co już samo w sobie jest niebywałym punktem zapalnym.
Byle do piątku zatem.






15 kwietnia 2015

Kulinarna brawura

Kuchnia nie gryzie - przeczytała Górkowa matka w ulubionym sobotnim dodatku do GW* i jęła się zastanawiać jak to jest z tym jej podejściem do kuchennych wojaży.
Górkowa matka nie boi się kuchni. Kuchnia jej nie kąsa. Lubią się nawzajem.
Jednak Górkowa matka ma pewien problem.
Mianowicie cechuje ją pewna nieśmiałość do nowego w kuchni.
Wszak nie lubi niepewności żadnej i ciężko znosi wszelakie niespodzianki i sytuacje nieznane.
Nie jest tak, że Górkowa matka nie potrafi czy nie lubi pitrasić.
Nie jest też tak że swej wiedzy w tej materii nie poszerza.
Pomimo niechęci ponawia próby polubienia: sięga po nowinki, wertuje prasę kulinarną, ma kilka ulubionych adresów internetowych, radzi się także bardziej doświadczonych.
Ale faktem jest że najlepiej czuje się w utartych, dobrze jej znanych szlakach.
W kuchni lubi czuć się dobrze i pewnie.
Niejeden do dziś wspomina jakiś smak, którym go kiedy ugościła ...
Z cieszących się największą chlubą: "chińska patelnia" i krokiety z mięsem i pieczarkami.
Puszysty serniczek na kruchym spodzie z brzoskwinką, puchata baba piaskowa, torcik czekoladowy, naleśniki na maślance (czysta perfekcja!), spaghetti bolognese z dodatkiem zielonego groszku, chudziutki rosołek czy kwaskowy żurek z utopionym grzybkiem ...
Wieść o nich niesie się szerokim echem, a bywa że goście się smaków dopominają. 
Wszystkie zaś dzieci, cudze i własne, chwalą matki kotlety z piersi kurczaka, mielone ponoć najlepsze, czy rybę chrupką i sprężystą jak z mało której patelni (nawet Górkowa seniorka rodu pochwaliła i przekazała rybną pałeczkę na stałe, co jest najwyższym w tej kategorii, wręcz niemożliwym do osiągnięcia wyróżnieniem).
Można by tak jeszcze troszkę powymieniać.
Cóż jednak po tychże osiągnięciach  i chlubnych pochwałach ... ? Zamiast motywować sprawiają że co i rusz matka lubi spocząć na laurach, znów ten sam kotlecik ulepić, mając przy tym bezbrzeżną pewność, że wyjdzie smaczny i napełni puste brzuszki.

Nic tu nie wskórał również fakt ukończenia przez nią szkoły o profilu gastronomicznym. Szkoła wybrana przez rodziców (takie to były czasy, drogi młodu czytelniku ... ) nijak miała się do ówczesnych zainteresowań Górkowej matki. Więc i niechętnie zdobywała ona tę wiedzę. Ilość ściąg spisanych w ciągu tych (jakby nie  było patrząc z dalszej perspektywy) zmarnowanych lat zawstydziłaby niejednego zdolnego leniwca.
Z technikum owego matka wyniosła jeno jako takie z kuchnią obycie, przepastny zeszyt pełen wartościowych przepisów oraz przeświadczenie, że minęła się z powołaniem sze-ro-ko. Dobrze chociaż że w tej właśnie szkole natrafiła na polonistkę, która to pozwoliła Górkowej matce uwierzyć w jej potencjał i siły, i która to poradziła jej obrać inny kierunek kariery.

I pomimo takiej życia historii nie lubi matka błądzić kulinarnie, podróżować w głąb nowych smaków i pieszczoty podniebienia. 
Brak bowiem matce kulinarnej brawury.
Nim przyrządzi co nowego musi stosowną ilość razów przepis przestudiować i przetrawić. Po kilka razy obejrzeć filmik, na którym Pascal przyrządza prostą zapiekankę makaronową. Męczy ją okrutnie niewiedza każda i brak perfekcji w działaniu własnym. A jeszcze strach temu towarzyszy, lęk podszyty grubą warstwą niepewności o pewność nowego przedsięwzięcia (!).
Dziwi to Górkową matkę bardzo. Nie brakuje jej przecież kuchennej intuicji. Wie co czym można zastąpić i co z czym sklecić by smakowało jak należy. Zna tajemne sztuczki. Co kiedy i dlaczego. Praktyka jakże zacna.
SKĄD więc taki brak kuchennej ogłady i tej swobody działania w styczności z nowym...
Skąd niechęć do wprowadzania zmian, wdrażania spektakularnych nowości ... ?
Może po prostu chciejstwa jej brak, dobrej organizacji i kuchni wypełnionej blaskiem słońca, takiej z której to nie chce się wychodzić ...
I dlatego to od lat ten sam przepis na TE ulubione kruche ciasteczka, który w rzeczywistości jest przepisem na pierożki z jabłkami ... Z przepastnego zeszytu z niechlubnej szkoły. Bo lepsze szybkie i sprawdzone niźli nowe i nieznane, by czasu na błądzenie nie marnotrawić.


 



Nie mogła się matka zdecydować które zdjęcie najlepsze.


*Wysokie Obcasy Gazeta Wyborcza

3 kwietnia 2015

W przedświątecznym amoku

Górkowej matce opadły skrzydła.
Dotąd uzbrojona w olbrzymie pokłady dobrych chęci, chęci wszelkiej szeroko pojętej pomocy, teraz nijak nie potrafi odnaleźć się w przedświątecznych przygotowaniach.
Matka o lwim sercu ulitowała się bowiem nad swą własną rodzicielką. Pobudki były różne ... - od lwiego serca właśnie, po bardziej przyziemną chęć uniknięcia oskarżeń odnośnie swego domniemanego nieróbstwa tudzież bałaganiarstwa.
Tu pragnę zaznaczyć wszem i wobec że dla Górkowej matki porządek nie jest synonimem święta Wielkiej Nocy, ani też żadnego innego święta. (Porządek zawsze musi być!) Jednak jej własne przemyślenia w tym temacie nijak mają się do tego jak wyglądają przygotowania świąteczne w domu na górce.

Tak więc jeszcze parę dni temu biegała po domu ze ścierą i drabiną. Skrzydła okien aż furkotały, a ich szyby biły oślepiającym blaskiem, firanki z zimowego kurzu wyżymała pralka, po to by zaraz potem czyjeś sprawne paluszki zapinały je (koniecznie jeszcze wilgotne) w karniszowe żabki tworząc misterne fałdki i kontrafałdki, żyrandole zalśniły, lustra przejrzały, kurz pochłonęły miękkie ściereczki, stosy prania uprały się, rozwiesiły na sznurach, później z nich pozbierały i znalazły swe miejsce w szafach ...
Dobrze że w górkowym domu nie ma ani jednego dywanu (!) - tego byłoby już za wiele dla kręgosłupa Górkowej matki.
Bo przecie w tym wszystkim Górkowa matka tkwi sama. Zakopana w domowych obowiązkach po uszy. Znikąd pomocy.
Może to zaważyło na opadnięciu jej skrzydeł utkanych w misterną mgiełkę z dobrych chęci ... ? Ten brak współpracy w wielopokoleniowym (czyt. sporych rozmiarów)  domu. Może to tylko napiętrzenie się wszelkiej maści obowiązków ... ? A może brak słownej zapłaty ("dziękuję"?) tudzież pochwały, zamiast rzuconego w powietrze "idźno posprzątać"...
Dobrze że Górkowy ojciec spłodził dwie córy (miast synów) - może za rok, dwa,  Górkowa matka będzie w nich miała pomoc i oparcie. Jest nadzieja. Już nawet trochę się garną - niestety z rzadka ochoczo, raczej niechętnie, pod groźbą kary tudzież zakazu jakiego.

Nie ma więc co się dziwić, że sił starczyło Górkowej matce jeno na ogarnięcie parteru.
Nie było mowy o choćby lekkim uprzątnięciu Górkowego pięterka.
Górkowa matka bowiem od dni kilku do późna tkwi w pracy, a wieczorem zasypia wraz z kurami* i odespać swego zmęczenia nijak nie może.
Niemoc totalna. Przemęczenie.
Dobrze że nim dopadł ją kryzys zdążyła pomyśleć o wielkanocnym zajączku - zamówić u niego to i owo dla swej dziatwy ukochanej. (Cieszy się teraz jak szczerbaty na suchary i niecierpliwie wygląda momentu obdarowania.)
A tu kryzys i jeszcze ciąg dalszy świątecznego galimatiasu.
Gdyż dziś w końcu ruszyła taśma produkcyjna w górkowej kuchni.
Na szybko wymyśla się stosowne ciasta, mięsa, sałatki. I śmierdzi bigosem, którego nawet nie można tknąć z racji postu absolutnego. Phi!

Tak więc i w związku z powyższym, wszystkie świąteczne ozdobniki (zajączki, jajeczka, i inne duperele), które powyskakiwały dziś z pudeł prosto na pięterko, zamieszkały w otoczeniu kurzowych kotów.
Dobrze im razem. Górkowej matce jakby trochę mniej ...



PhotoRetrica by Starsza



A teraz tylko ciekawi Górkową matkę ile to osób tu zajrzy i przeczyta co słychać w domu na górce. I liczy ona że jak co roku w okolicy świat będzie to zauważalnie mniejsza liczba czytaczy, co cieszyć ją będzie strasznie, bo znaczyć będzie tylko jedno ... - że nie tylko ona jedna jest urobiona po pachy!!!



Tulę pokrzepiająco wszystkich urobionych po pachy ;D
Zwolnijmy wspólnie, co ... ?
Na trzy, czte-ry ...

*z kurami - wcześnie

5 marca 2015

Zarazy ciąg dalszy

Aktualizacja.
Zgodnie z przepowiednią czołowej lekarki z Mniejszego Miasta oraz z  nieomylnym przeczuciem górkowej matki, starsza córka nie wróciła po feriach do szkoły. Zalega w domowych pieleszach churchlając jakby płuca chciała wypluć. To ten sam rodzaj kaszlu, którym zanosiła się górkowa siostra cioteczna na dzień po swoim przybyciu na górkę. Ten sam, nie inny. Został zapodany.
Bardzo możliwe iż trzeba będzie udać się ponownie do doktórki G.
Czego pomimo całej tęsknoty do antycznych wnętrz doktórkowego domostwa, górkowa matka wolałaby uniknąć. (Czuje przez skórę, że mogłoby się skończyć na kolejnym antybiotyku.)
Więc na górce faszeruje się dalej syropami wszelkiej maści, domowe specyfiki zażywa i końca suchego kaszlu niecierpliwie wypatruje. Widać nikłą poprawę.
Młodsze dziec państwa górkowych jako że nieskalane było antybiotykiem żadnym (to tu właśnie górkowa matka dopatruje się przyczyny, a raczej braku skutków), a przez to odporność jego jest większa, po chwilowym kryzysie (tuż po słynnym kuzynki prątkowaniu) szybko otrzepało się z wirusa przeziębienia i żwawym krokiem udało się do przybytku edukacji. 
Oznak choroby brak. Hartuje się intensywnie zatem. Zażywa popołudniowych kąpieli słonecznych pędząc ulicami Mniejszego Miasta na swym rowerku niczym struś pędziwiatr. A za nią jej matka z wywalonym jęzorem, z włosem rozwianym, z kijem  dzierżonym w dłoni ...
Nauki jazdy na rowerze ciąg dalszy.
Niniejszym sezon rowerowy uważa się za rozpoczęty.
Mniejsze Miasto budzi się do życia - rozpościera przed spacerowiczami przednie popołudniowe widoki ... , gdy słońce chyli się ku ziemi i złotym blaskiem ślizga się po kościelnej wieży ^^
Jak dobrze wyrwać się z macek choroby i poczuć na nowo powiew rześkiego powietrza ... Jak dobrze, ach!