Emocjonujący dzień. Wręczanie kwiatów, podziękowania ... , a na deser zagubione świadectwa IVa.
Na szczęście odnalazły się, choć nasze wciąż do nas nie dotarło i rozżalenie Starszej pozostało. (stąd brak corocznej fotorelacji)
Starsza spisała się na medal. Cały rok sumiennie pracowała na swój sukces. Pomimo porażająco kiepskiej frekwencji (zaraza w Mniejszym Mieście) wciąż dzierży berło klasowego kujona ;) , gdyż wszyscy koledzy i koleżanki jak jeden mąż nadziwić się nie mogą, że kogoś może ciekawić i bawić(!) zdobywanie wiedzy (nie dla samych ocen w dodatku!). Najwyższa średnia w klasie to dla niektórych straszny obciach. Dla samych nauczycieli zaś, jak trafnie napisała Jarecka ,uczeń głodny wiedzy to jak "powiew bryzy w upalny dzień" ale i niestety gatunek na wymarciu ...
Dumna jestem ze Starszej tym bardziej, że z powodów ode mnie niezależnych nie ma w tym sukcesie kompletnie żadnego mojego udziału, niczyjej pomocy czy choćby dopilnowania.
Nul. Zero.
Starsza musiała bardzo szybko i sprawnie usamodzielnić się. A i Młodsza miała utrudniony start. Raz że przygoda ze szkołą rozpoczęła się dla niej szybciej, dwa że nie miała do dyspozycji bezrobotnej matki jak nie przymierzając Starsza siostra cztery lata wstecz. Taka już to bolączka wszystkich zapracowanych rodziców.
Tak więc na Starszą znów spadł deszcz dyplomów i wyróżnień (w tym roku sztuk 6), a za nimi świadectwo z czerwonym paskiem (pierwsze nieopisowe!, a z ocenami!) i stypendium naukowe!
Od września 5 klasa, na którą oczywiście już się cieszy, bo jak sama powtarza "to na tę klasę czekała najbardziej". Niestety nie potrafi tego uzasadnić ;) Obawiam się, że rok temu nasłuchała się naszego "straszenia" IV klasą, przełomem podstawówki, no a przecież teraz to już tylko stabilizacja ;)
Młodsza pokonała swoją chorobliwą nieśmiałość. Wciąż jeszcze dużo pracy przed nami, jednak w końcu widzimy światełko w tunelu.
Śmiało można nazwać ją wzorowym pierwszakiem, obowiązkowym, sumiennym, z pięknie prowadzonym zeszytem, z nadzwyczaj kształtnym charakterem pisma, z pięknie intonowanym czytaniem, z palcem uniesionym wyrywającym się nieśmiało (ale jednak) do odpowiedzi, z wierszykiem recytowanym prawie bez tremy, z cyferkami za pan brat, z lekcjami odrobionymi na czas bez potrzeby "zaganiania" do nauki, a przede wszystkim z uśmiechem na twarzy co rano.
Ten rok bardzo ją zmienił.
Nie żałuję swojej decyzji, tego że nie walczyłam o odroczenie obowiązku szkolnego.
Choć nadal jestem przeciwna wcześniejszemu posyłaniu dzieci do szkół (!).
Jednak nasza sytuacja była inna. Luśka nie bardzo lubiła swoje przedszkole, a raczej swoją panią przedszkolankę, która kompletnie nie potrafiła bądź nie chciała dotrzeć do tzw. "trudnych" dzieci.
Choć rok temu biłam się z myślami nie wiedząc czy dobrze robię, to teraz jestem szczęśliwa z powodu tamtej decyzji.
Pewnie Młodszej będzie trudniej niż dzieciom, które poszły do szkoły starym systemem, pewnie te różnice uwidocznią się w późniejszych latach. Jednak już teraz można pracować nad tym by te różnice były jak najmniejsze, a nawet by nigdy nie miały miejsca ...
Psychika odgrywa tu najważniejszą rolę. Zabierając Młodą z miejsca które ją blokowało i które ją zaszufladkowało, zrobiliśmy to co mogliśmy zrobić dla niej na tamten moment najlepszego.
Młoda zmieniła się.
Co z tego że na konkursie z czytania ze zrozumieniem rozpłakała się i wystraszyła obecności innych starszych dzieci ...
Dla mnie sukcesem jest to że została na ten konkurs wytypowana i że wiem iż spokojnie dałaby sobie radę ... Zabrakło odwagi i wiary we własne siły.
Jednak nie nagrody są najważniejsze, nie kolejne medale ...
Najważniejsze że polubiła szkołę, że lubi się uczyć, poznawać nowe.
Tym razem trafiła na mądrego nauczyciela, który małymi kroczkami otwiera jej twardą skorupkę nieśmiałości i którego to ona uwielbia.
Nie zdobyła więc żadnego medalu czy dyplomu ... Nic prócz pięknego opisowego świadectwa!
Jednak w naszym mniemaniu zrobiła prawdziwy krok milowy i jest prawdziwym championem! :)))
Było co świętować!
A okoliczności do świętowania wyrosły nam same jak grzyby po deszczu. Hulaliśmy tu i tam przez cały weekend :)
Zaczęliśmy od już corocznej tradycji ...
Przez wieczorne ognisko na zakończenie sezonu sekcji judo (Starszej od dwóch miesięcy nowy konik, Młodsza po krótkim oczarowaniu odmówiła uczęszczania - przerosły ją bardziej zaawansowane chwyty, na które zbyt delikatna z niej nimfa :)) )...
Po wesele jednej z ciotek następnego dnia ...
Teraz czas wrócić do normalności, czyli naszej szarej zwykłej wakacyjności. Niestety wiele brakuje jej do ideału.
Ale tym razem bez smęcenia!!! :)









