*Zdjęcia dzięki uprzejmości nadwornego Górkowego fotografa w osobie Starszej
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mniejsze Miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mniejsze Miasto. Pokaż wszystkie posty
29 maja 2015
16 marca 2015
Kochać ♥
Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem,
lecz patrzeć razem w tym samym kierunku.
/Antoine de Saint-Exupery/
♥♥♥
15 marca 2015
5 marca 2015
Zarazy ciąg dalszy
Aktualizacja.
Zgodnie z przepowiednią czołowej lekarki z Mniejszego Miasta oraz z nieomylnym przeczuciem górkowej matki, starsza córka nie wróciła po feriach do szkoły. Zalega w domowych pieleszach churchlając jakby płuca chciała wypluć. To ten sam rodzaj kaszlu, którym zanosiła się górkowa siostra cioteczna na dzień po swoim przybyciu na górkę. Ten sam, nie inny. Został zapodany.
Bardzo możliwe iż trzeba będzie udać się ponownie do doktórki G.
Czego pomimo całej tęsknoty do antycznych wnętrz doktórkowego domostwa, górkowa matka wolałaby uniknąć. (Czuje przez skórę, że mogłoby się skończyć na kolejnym antybiotyku.)
Więc na górce faszeruje się dalej syropami wszelkiej maści, domowe specyfiki zażywa i końca suchego kaszlu niecierpliwie wypatruje. Widać nikłą poprawę.
Młodsze dziecię państwa górkowych jako że nieskalane było antybiotykiem żadnym (to tu właśnie górkowa matka dopatruje się przyczyny, a raczej braku skutków), a przez to odporność jego jest większa, po chwilowym kryzysie (tuż po słynnym kuzynki prątkowaniu) szybko otrzepało się z wirusa przeziębienia i żwawym krokiem udało się do przybytku edukacji.
Oznak choroby brak. Hartuje się intensywnie zatem. Zażywa popołudniowych kąpieli słonecznych pędząc ulicami Mniejszego Miasta na swym rowerku niczym struś pędziwiatr. A za nią jej matka z wywalonym jęzorem, z włosem rozwianym, z kijem dzierżonym w dłoni ...
Nauki jazdy na rowerze ciąg dalszy.
Niniejszym sezon rowerowy uważa się za rozpoczęty.
Mniejsze Miasto budzi się do życia - rozpościera przed spacerowiczami przednie popołudniowe widoki ... , gdy słońce chyli się ku ziemi i złotym blaskiem ślizga się po kościelnej wieży ^^
Jak dobrze wyrwać się z macek choroby i poczuć na nowo powiew rześkiego powietrza ... Jak dobrze, ach!
Niniejszym sezon rowerowy uważa się za rozpoczęty.
Mniejsze Miasto budzi się do życia - rozpościera przed spacerowiczami przednie popołudniowe widoki ... , gdy słońce chyli się ku ziemi i złotym blaskiem ślizga się po kościelnej wieży ^^
Jak dobrze wyrwać się z macek choroby i poczuć na nowo powiew rześkiego powietrza ... Jak dobrze, ach!
27 lutego 2015
O zarazie w Mniejszym Mieście
Zima w Mniejszym Mieście zelżała na mocy.
P.S. 1 Kiedy wreszcie domownicy zgrali się w czasie, złapali wspólny rytm chorowania i zaczęli jednocześnie kaszleć, gdy po kilku dniach nastąpił przełom, gdy wydawało się już że na horyzoncie bieli się rychły kres ich choroby, ... wtedy nastąpiła dostawa nowych zarazków(!).
Do domu na górce przyjechała na kilka dni w odwiedziny M.- siostra cioteczna Górkowych córek. Obficie obgilowana i prątkująca.
Tylko patrzeć jak nastąpi wymiana wirusów.
Czekamy na rozwój akcji.
P.S. 2 Bardzo możliwe, że naczelna lekarka z Mniejszego Miasta podczas wizyty u fryzjera nie myliła się ze swymi przypuszczeniami.
Gro dzieci faktycznie może nie wrócić w poniedziałek do szkoły.
A przynajmniej dwie takie, z domu na górce.
Szczęśliwie już za nami.
Po pięknie ośnieżonych polach i lasach ze zdjęć pozostały tylko wspomnienia. Jeno w bardziej zaciemnionych miejscach spotkać można mniej lub bardziej nieregularne brudnoszare bryły. Brzydkie pozostałości zjawiskowego piękna.
Zima straciła na mocy w termometrze, lecz rośnie w siłę z innej mańki*.
Zarazki sieje na lewo i prawo.
Najpopularniejsze w okolicy: zmutowana grypa, zapalenie tchawicy, a także wybitnie męczący suchy kaszel. Wszystkie równie trudne do wyplenienia.
Tutejsze apteki i ośrodek zdrowia przechodzą prawdziwy szturm. Takiej liczby pacjentów statystyki nie odnotowały chyba nigdy wcześniej.
Zarazki sieje na lewo i prawo.
Najpopularniejsze w okolicy: zmutowana grypa, zapalenie tchawicy, a także wybitnie męczący suchy kaszel. Wszystkie równie trudne do wyplenienia.
Tutejsze apteki i ośrodek zdrowia przechodzą prawdziwy szturm. Takiej liczby pacjentów statystyki nie odnotowały chyba nigdy wcześniej.
Czołowa lekarka miała ponoć siedząc na fryzjerskim fotelu powiedzieć, iż po feriach mnóstwo dzieci nie wróci do szkoły.
Zaraza panuje, a co gorsza wciąż się rozprzestrzenia.
Zaraza panuje, a co gorsza wciąż się rozprzestrzenia.
Nie inaczej mają się sprawy w domu na górce.
Co jeden domownik zbliży się choć trochę ku wcale nie cudownemu ozdrowieniu, tedy inny domownik, który w międzyczasie złapał zarazę zaczyna na niego kaszleć, zarazki dokoła rozsyłać, podawać chorobę dalej i błędne koło dalej rozpędzać.
Na stoliki nocne i blaty kuchenne wypłynęły syropy wszelkiej maści, pastylki do ssania, a także zwiększone ilości czosnku, cytryn, słoiki pełne miodu i soku z malin. Słodko, lepko, ale i gorzko niestety. A łykać trza.
Co jeden domownik zbliży się choć trochę ku wcale nie cudownemu ozdrowieniu, tedy inny domownik, który w międzyczasie złapał zarazę zaczyna na niego kaszleć, zarazki dokoła rozsyłać, podawać chorobę dalej i błędne koło dalej rozpędzać.
Na stoliki nocne i blaty kuchenne wypłynęły syropy wszelkiej maści, pastylki do ssania, a także zwiększone ilości czosnku, cytryn, słoiki pełne miodu i soku z malin. Słodko, lepko, ale i gorzko niestety. A łykać trza.
Nocą kołdry raz po raz podskakują w rytm kaszlnięć dobywających się z obolałych gardeł.
Kaszlnięcia te w pewnym momencie stały się na tyle niepokojące, że trzeba było udać się ze starszą córką do tutejszego lekarza. Wizyta prywatna rzecz jasna. Gdzieżby się człowiek doczekał swojej zasłużonej kolejki w odpowiednim ośrodku w Większym Mieście. Wszak nikt kart tamtejszych nie wyciągał i nie przenosił do uśmiercarni w Mniejszym Mieście, której nikt nawet nie brał pod uwagę w swej drodze ku wyzdrowieniu. Ta wszak słynie z lekarki (nie tej z fryzjerskiego fotela), której nikt nazwiska nie kojarzy, gdyż przyjęło się już jej potoczne nazewnictwo "bezdotykowa" - nie bada bowiem chorego, diagnozę stawia intuicyjnie, nie zawsze trafną niestety.
Kaszlnięcia te w pewnym momencie stały się na tyle niepokojące, że trzeba było udać się ze starszą córką do tutejszego lekarza. Wizyta prywatna rzecz jasna. Gdzieżby się człowiek doczekał swojej zasłużonej kolejki w odpowiednim ośrodku w Większym Mieście. Wszak nikt kart tamtejszych nie wyciągał i nie przenosił do uśmiercarni w Mniejszym Mieście, której nikt nawet nie brał pod uwagę w swej drodze ku wyzdrowieniu. Ta wszak słynie z lekarki (nie tej z fryzjerskiego fotela), której nikt nazwiska nie kojarzy, gdyż przyjęło się już jej potoczne nazewnictwo "bezdotykowa" - nie bada bowiem chorego, diagnozę stawia intuicyjnie, nie zawsze trafną niestety.
Wobec takiej sytuacji trzeba było podjąć inne kroki. Zdobyć numer telefonu kompetentnej pomocy.
Padło na cieszącą się dobrą sławą panią G. - starej daty doktórkę od dzieci, tę samą, która leczyła dzieci już za młodu autorki powyższego tekstu (a i autorkę mogłaby leczyć, gdyby tylko ta była choć trochę chorowitym dzieckiem).
Dotrzeć do domu pani G. nie jest łatwo. Mieszka ona bowiem ma peryferiach miasta. Prawdziwych peryferiach - co trzeba tu zaznaczyć. W tamte rejony zapuszcza się jeno prawdziwy interesant (czyt. chory, gdyż prócz naszej doktórki, innych "atrakcji" tudzież interesujących punktów w tym miejscu na mapie człek nie uświadczy). Zapewne z tego powodu iż na tamtejszych wertepach nietrudno zgubić zawieszenie w samochodzie, a na jednośladzie stłuc tyłek albo i co innego.
Coby rzec krótko - podróż do najprzyjemniejszych nie należała.
Coby rzec krótko - podróż do najprzyjemniejszych nie należała.
Lekko błądząc, po to by wreszcie ucieszyć się z końca wyboistej podróży, dotarto na miejsce na minuty przed umówioną wizytą.
Męczarnie podróży miały wynagrodzić podróżującym rozciągające się przed ich oczami pejzaże (niektórym dodatkowo - budzące się głęboko uśpione wspomnienia związane z tymże miejscem).
Męczarnie podróży miały wynagrodzić podróżującym rozciągające się przed ich oczami pejzaże (niektórym dodatkowo - budzące się głęboko uśpione wspomnienia związane z tymże miejscem).
Dom doktórki bowiem sąsiaduje ze starym młynem napędzanym wodą (na co nawet oko Poślubionego błysnęło ciesząc się pięknem okolicy), naprzeciwko stawu - tego samego po którym niegdyś pływało się na oponie od traktora, a nawet nurkowało (bynajmniej nie celowo i nie z własnej głupoty; dobrze że staw płytki, bo umiejętności pływania do dnia dzisiejszego nie posiadł nurkujący) - o czym krótka pamięć już dawno postanowiła zapomnieć, po to by teraz wybudzić się nagle z letargu.
Dom pani G. nie wygląda jak dom statystycznego lekarza. Z zewnątrz raczej niepozorny i zaniedbany, z przylegającym doń skromnym podwórkiem, z jedynym śladem nowoczesności w postaci furtki przyzdobionej domofonem.
Nawet nie zdążono wcisnąć odpowiedniego przycisku na nim, gdy zamek w furtce odskoczył zapraszając interesantów do środka. Kiedy ci weszli do starego domu lekarki, ta właśnie wkładała lekarski fartuch (chwilę wcześniej zapewne bardzo skrupulatnie myła swe dłonie - co zwizualizowało się z razu w głowie Górkowej matki), a oczom przybyłych ukazały się piękne antyczne meble na tle białych ścian nietkniętych żadną gładzią, na tychże ścianach rodzinne fotografie, dalej skrzypiące, ciemne deski na podłogach, pasujące do całości gustowne dodatki, zasłonki w kwiatuszki... Zupełnie jakby czas zatrzymał się tu kilkadziesiąt lat temu. Raj ... Co niektórzy od razu mogliby tam zamieszkać.
Sam gabinet utrzymany był w tym samym klimacie: antyczne biurko, zamiast kozetki mały tapczanik, na podłodze piękny dywan - ciepło, domowo, intymnie.
Nawet nie zdążono wcisnąć odpowiedniego przycisku na nim, gdy zamek w furtce odskoczył zapraszając interesantów do środka. Kiedy ci weszli do starego domu lekarki, ta właśnie wkładała lekarski fartuch (chwilę wcześniej zapewne bardzo skrupulatnie myła swe dłonie - co zwizualizowało się z razu w głowie Górkowej matki), a oczom przybyłych ukazały się piękne antyczne meble na tle białych ścian nietkniętych żadną gładzią, na tychże ścianach rodzinne fotografie, dalej skrzypiące, ciemne deski na podłogach, pasujące do całości gustowne dodatki, zasłonki w kwiatuszki... Zupełnie jakby czas zatrzymał się tu kilkadziesiąt lat temu. Raj ... Co niektórzy od razu mogliby tam zamieszkać.
Sam gabinet utrzymany był w tym samym klimacie: antyczne biurko, zamiast kozetki mały tapczanik, na podłodze piękny dywan - ciepło, domowo, intymnie.
Sama doktórka zaś okazała się kolejnym cudem wyciągającym Mniejsze Miasto na wyżyny anielskich śpiewów.
Wizyt lekarskich wpisanych w książeczki zdrowia Górkowych dzieci wprawdzie jak na lekarstwo (a bo i potrzeby nigdy takiej nie było, a i stroni się od przybytków służby zdrowia), to i doświadczeń z lekarzami brak. Lecz utarło się myśleć takich lekarzy już nie ma ... Pomarli, a w najlepszym wypadku minęli się z powołaniem. Siedzą pewno za biurkiem, przewalają papierzyska, miast ratować ludność przed plagą jakąś.
Podczas gdy przybyli oddawali się podobnym myślom, pani G. ze szczerym zdziwieniem wymalowanym na twarzy (ba, niedowierzaniem nawet!) pytała dwa razy czy aby na pewno dziecko nie chorowało wcześniej i nie faszerowano go antybiotykami. Katarek, kaszelek, to i owszem. Zaliczono nawet ospę. Ale nic prócz to. Żadnych złamań, chorób przewlekłych ... Tfu! (splunąć trzy razy przez lewe ramię) No po prostu okaz zdrowia - proszę wierzyć.
Dumna matka świadoma swego udziału w tym sukcesie puchła z dumy, a i rumieniec wypłynął na jej skromne lico.
Atmosfera panująca w gabinecie - nad wyraz sympatyczna. Wywiad lekarski. Poznajemy się.
Zegar jakby zwolnił, żadnego pośpiechu i powierzchownego traktowania pacjenta. Zamiast tego uwaga, uśmiech, a nawet stukający w kolano lekarski młoteczek :) Takie rzeczy to tylko znane im były z książki "Kubuś Puchatek idzie do lekarza" piłowanej we wczesnych latach górkowych córek.
Oprócz młoteczka ręczne opukiwanie pleców, prosto z lamusa ... Tak nikt już nie bada - rzekła sama lekarka. Lecz pewność postawionej diagnozy - rzecz święta. WYMAGA przeróżnych środków.
Górkowa matka jak zaczarowana przypatrywała się tym dziwom.
Oprócz młoteczka ręczne opukiwanie pleców, prosto z lamusa ... Tak nikt już nie bada - rzekła sama lekarka. Lecz pewność postawionej diagnozy - rzecz święta. WYMAGA przeróżnych środków.
Górkowa matka jak zaczarowana przypatrywała się tym dziwom.
Dziecko w centrum uwagi i dopieszczone gotowe było z miejsca ozdrowieć.
Jak to możliwe, że nie trafiliśmy tutaj wcześniej ... ? - zastanawiała się górkowa matka.
Jak to możliwe, że nie trafiliśmy tutaj wcześniej ... ? - zastanawiała się górkowa matka.
Może to staż pracy, może powołanie, ... ale na pewno to zwykłą życzliwością, przejęciem i zaangażowaniem zjednała sobie świeżo przybyłych doktórka.
Dziecko osłuchowo czyste, gardło jeno lekko zaróżowione, od kaszlu ma prawo boleć. Nic na chorobę nie wskazuje.
Skąd zatem ten męczący kaszel ... ?
Podejrzenie zapalenia tchawicy.
Recepta.
A na recepcie On.
I w tym momencie zrzedła pani matce mina.
Profilaktycznie. Skoro jednak pani matka pofatygowała się do doktórki, to dobry powód ku temu mieć musiała - stwierdziła rzeczowo doktórka.
Najprostszy z dostępnych, najmniej inwazyjny, bardzo wskazany ...
Że jednak podać jeśli do piątku nie będzie poprawy.
Numer na prywatną komórkę wraz z przykazaniem dzwonienia w razie potrzeby wpisano w rozpiskę lekarstw.
Dwa razy wyjaśniono jak stosować każdy specyfik.
Uczulono by swoje wyleżeć, wyinhalować, wypłukać.
Stare sprawdzone sposoby najlepsze.
Skąd zatem ten męczący kaszel ... ?
Podejrzenie zapalenia tchawicy.
Recepta.
A na recepcie On.
I w tym momencie zrzedła pani matce mina.
Profilaktycznie. Skoro jednak pani matka pofatygowała się do doktórki, to dobry powód ku temu mieć musiała - stwierdziła rzeczowo doktórka.
Najprostszy z dostępnych, najmniej inwazyjny, bardzo wskazany ...
Że jednak podać jeśli do piątku nie będzie poprawy.
Numer na prywatną komórkę wraz z przykazaniem dzwonienia w razie potrzeby wpisano w rozpiskę lekarstw.
Dwa razy wyjaśniono jak stosować każdy specyfik.
Uczulono by swoje wyleżeć, wyinhalować, wypłukać.
Stare sprawdzone sposoby najlepsze.
Jeśli by jednak nie pomogły domowe sposoby wspomożone z listy specyfikami - na deser ... gwóźdź programu.
Niechybnie przez to iż w Górkowym domu od zawsze zarzekano się, że nigdy dziecku się GO nie poda ... - biła się z myślami Górkowa matka z wypiekami na twarzy.
Złośliwa przewrotność życia. Jego nieobliczalność. Niepewność dnia każdego i każdej godziny. Nigdy nie mów nigdy. Jęzorem nie trzep zbytecznie. - czarne myśli w jej głowie się kotłowały.
Do drzwi odprowadzona została Górkowa rodzina.
Smutny obraz musiała sobą przedstawiać.
Matka nagle jakaś markotna. Ojciec przejęty (kolejnym wybojów przemierzaniem). A w tym wszystkim niczego nieświadome dziecko.
Co z tego do piątku zostanie ... ???
Nie było poprawy w zdrowiu Górkowej córy. Znaczy niby była, tyle że w sobotę rano znikąd przybłąkała się nagle gorączka, a tedy Górkowa matka z szaleństwem bijącym z oczu mknęła ulicami Mniejszego Miasta z receptą w drżącej dłoni. Bliska obłędu stawiła się w aptece, gdzie dokonała rzeczy strasznej. Zrealizowała receptę. Stało się.
Tak oto w Górkowej lodówce zamieszkał pierwszy raz antybiotyk*.
Złośliwa przewrotność życia. Jego nieobliczalność. Niepewność dnia każdego i każdej godziny. Nigdy nie mów nigdy. Jęzorem nie trzep zbytecznie. - czarne myśli w jej głowie się kotłowały.
Do drzwi odprowadzona została Górkowa rodzina.
Smutny obraz musiała sobą przedstawiać.
Matka nagle jakaś markotna. Ojciec przejęty (kolejnym wybojów przemierzaniem). A w tym wszystkim niczego nieświadome dziecko.
Co z tego do piątku zostanie ... ???
Nie było poprawy w zdrowiu Górkowej córy. Znaczy niby była, tyle że w sobotę rano znikąd przybłąkała się nagle gorączka, a tedy Górkowa matka z szaleństwem bijącym z oczu mknęła ulicami Mniejszego Miasta z receptą w drżącej dłoni. Bliska obłędu stawiła się w aptece, gdzie dokonała rzeczy strasznej. Zrealizowała receptę. Stało się.
Tak oto w Górkowej lodówce zamieszkał pierwszy raz antybiotyk*.
I taka to wredna zima rozgościła się w Mniejszym Mieście. Panoszy się, rozpycha łokciami, złośliwie podszczypuje, prztyczki w nos rozdaje. Nikogo nie raczy oszczędzić. "Umila" tutejszym dzieciom ferie. Ani myśli stosunków ocieplić.
Wciąż małe są dla niej jej żniwa.
Z nóg ścina najbardziej wytrwałych/zuchwałych.
Wciąż małe są dla niej jej żniwa.
Z nóg ścina najbardziej wytrwałych/zuchwałych.
P.S. 1 Kiedy wreszcie domownicy zgrali się w czasie, złapali wspólny rytm chorowania i zaczęli jednocześnie kaszleć, gdy po kilku dniach nastąpił przełom, gdy wydawało się już że na horyzoncie bieli się rychły kres ich choroby, ... wtedy nastąpiła dostawa nowych zarazków(!).
Do domu na górce przyjechała na kilka dni w odwiedziny M.- siostra cioteczna Górkowych córek. Obficie obgilowana i prątkująca.
Tylko patrzeć jak nastąpi wymiana wirusów.
Czekamy na rozwój akcji.
P.S. 2 Bardzo możliwe, że naczelna lekarka z Mniejszego Miasta podczas wizyty u fryzjera nie myliła się ze swymi przypuszczeniami.
Gro dzieci faktycznie może nie wrócić w poniedziałek do szkoły.
A przynajmniej dwie takie, z domu na górce.
*z innej mańki - z innej strony
*Ku pamięci. Augmentin SR. Szczęśliwie już za nami.
13 listopada 2014
Ulotność sikorki
JESIEŃ na dobre rozgościła się w Mniejszym Mieście.
Przycupnęła w parku pod starym kasztanem. Dobrze jej tam. Choć prawie nikt jej nie odwiedza. A może właśnie dlatego ...
Pokryła grubą warstwą rozpaćkanych liści chodniki, trawniki, podwórka i parkowe alejki.
Gęstą jak kaszka manna mgłą puka co wieczór do okien.
Kroplami deszczu czasem miarowo zastuka w parapet, zapomniane pranie zrosi, mozaikę z kałuż na nierównych chodnikach zostawi.
Chłodem zawieje w kołnierz, szalikiem w twarz trzepnie, nos w czerwień przystroi, w kominie złowrogo zawyje.
Innym razem zbłąkanym promieniem słonecznym kurtkę rozepnie, czapkę z głowy ściągnie, ciepły cień na ścianę rzuci, po regale z grzbietów przeczytanych książek przepłynie, podświetli tańczący w powietrzu kurz, policzki przez szybę przygrzeje.
Uważnych jesień uraczy widokiem sikorki wesoło i z gracją skaczącej po kikutach brzozowych konarów. Na wyciągniecie ręki przecież, tuż za oknem.
Tych którzy na chwilę zwolnią zachwyci dywanem szeleszczących liści, prawdziwą feerią barw oślepi.
Dla spóźnionych grzybiarzy łaskawa jest (była).
Dobra jesień potrzebujących milusińskich ciepłą budą obdaruje. I odtąd niestraszna im zima.
Jesień lubi się stroić. Najchętniej w żywe kolory. Zagląda do tutejszych szmateksów i wyłuskuje z nich ciepłe swetry i miękkie sukienki.
Miedzianym złotem koloruje blond włosy dodając szarym dniom blasku.
Jesień nocną porą odkurza zaległe stosy zapomnianych książek, uwalniając jedną po drugiej z niebytu, by zaraz upchnąć w przepełnionym regale.
Jesień nieśmiało błądząca myślami wokół szydełka i szydełkowej patchworkowej kapy na łóżko.
Jesień gorąca od parującej kawy wypijanej w hektolitrach. Słodka od kilogramów słodyczy pożeranych bez skrupułów. Pełna nocnego obżarstwa (jak wcześniej).
Jesień z zapachem garujących drożdży i smakiem domowej pizzy w menu przewodnim.
Jesień pisana wyczekiwanymi emisjami serialu "Wataha", oglądanego na wstrzymanym wdechu, ze zgryzaniem lakieru z paznokci włącznie, z uwzględnieniem oczywistych nagrań i późniejszych powtórek, z cofaniem i przesuwaniem fabuły, by rozwikłać wciąż nierozwikłaną zagadkę ... (Ostatnio z takim zaangażowaniem to chyba sto lat temu "Prison break"... :)
Jesień otulająca jak miękką kołderką pragnieniem nicnierobienia.
Jesień pełna dni bez wytchnienia, dni znikających zbyt szybko za horyzontem, dni niezauważonych ...
Jesień sennych dni pełnych niemocy w kuchennych wojażach utulonych i oswojonych.
Jesień dni lepkich od nietęgich myśli spływających słoną strużką po policzku.
Gdy niezauważone w ciągu dnia wydarzenia wracają wieczorem pod postacią stop-klatek, wywołując uczucie wstydu i żalu nie do ugaszenia.
Gdy Ktoś zachwyci się skaczącymi za oknem sikorkami, a ktoś inny odbierze tej chwili magię wydając kolejne komendy. Bo szybko. Bo czas goni. Bo nerwy. A nerwy przecież najlepiej ... w konserwy.
PRZECIEKA PRZEZ PALCE TO CO CENNE.
Ucieka Życie przez duże Ż. Zbyt naturalnie ustępuje miejsca sprawom mniej ważnym. Mówię STOP. Staram się pamiętać by w odpowiednim momencie wzniecić bunt, tupnąć nóżką, zagrozić sobie samej srogo palcem.
A przecież jesień nas nie oszczędza.
Przywitała nas skumulowaniem szkolnych i pozaszkolnych obowiązków.
Starszą sprowadziła na ziemię pierwszą tróją i dwóją (o dziwo obyło się bez większej rozpaczy), pokazując tym samym, że to już nie przelewki ... ;) Mimo to Starsza wciąż dzierży tytuł pilnej uczennicy, zapisuje się coraz zuchwalej w historii swej szkoły, sztandar i apele jej niestraszne, wszystkie konkursy zaliczone (niestety bywa że w dosłownym tego słowa znaczeniu - choćby bez przygotowania charakterystycznego wszystkim pewnym swych umiejętności zdolnym leniwcom), wciąż w radości i skupieniu pracuje nad swoim miejscem w szeregu nieświadomie dając początek nowemu wyścigowi szczurów (co niezmiennie ją zadziwia).
I wreszcie obudził się w niej duch sportu. Pan od w-f-u dojrzał w niej potencjał siatkarki. Przy okazji owocowe imię zamienił w ksywkę "Borówka" :) Przyjęła się. Lovamy ^^
Starsza zaniedbując nieco szkołę, rozwija coraz bardziej pozaszkolne skrzydła, teatralnie rozpościerając je do coraz potężniejszych rozmiarów. To właśnie ich głośny trzepot zmniejsza ból po gorszej ocenie. Bo Starsza kocha scenę z wzajemnością.
Młodszej jesień dała fory w szkolnej przygodzie jako tej z przypiętą metką nieśmiałej. Po pierwszych wątpliwościach, po naszym strachu, że znów ze spuszczoną głową odmówi przeczytania czytanki, że znów z trzęsącymi nóżkami i ze skubaniem paluszków odpowie cichutko na zadane pytanie, zostały wspomnienia ... Bo Młodszej wbrew MOIM obawom najlepiej zrobiła właśnie zmiana otoczenia. Choć jeszcze długa droga przed nią, to jednak zmieniła się bardzo ... Zaskoczyła wszystkich swą samodzielnością i ... skrywaną bystrością przyćmioną porządną porcją geniuszu :D I olśniło tępą matkę, że przecież i Starszej początki, pierwsze kroki były stopniowe, że trochę trwało nim uwierzyła w swą siłę sprawczą ;)
Póki co więc nie psioczę na rządowy podręcznik (choć znalazłoby się kilka powodów), a Ona w skupieniu kreśli piękne literki (cała rodzina zachwyca się nie bez powodu), odbębnia niedbale cyferki (to strasznie nuuuuuudne przecież), zużywa tony gumki do ścierania, nie informuje/informuje ze znacznym opóźnieniem o nowych ocenach, za to nadgorliwie donosi o nowych notkach w zeszycie do korespondencji (nie mylić z uwagami!), odmawia nauki modlitw na religię, kaleczy palec krojąc owoce do szkolnej sałatki, mówi "dostałam złą ocenę" podczas gdy w zeszycie widnieje 5- (ach! ten zdradliwy minusik!), z trzęsącą bródką daje z siebie wszystko na lekcjach pływania, pokonując kolejne strachy jak bajkowy krokodyl ze szkolnych zajęć bajko-terapii, i uwielbia gdy pan od w-fu zwraca się do wszystkich per Smerfy ^^
Taka to właśnie pisze nam się jesień.
28 sierpnia 2014
W pajęczynie jesiennych myśli
W Mniejszym Mieście zapachniało jesienią.
Poranki i wieczory zaskoczyły wszystkich swym niespodziewanym chłodem.
Temperatura niebezpiecznie spadła, a słońce na długie dni schowało się za burymi chmurami, powodując u mieszkańców nagły spadek nastroju oraz obniżoną odporność na stres.
Wreszcie można sobie porządnie ponarzekać.
Temperatura niebezpiecznie spadła, a słońce na długie dni schowało się za burymi chmurami, powodując u mieszkańców nagły spadek nastroju oraz obniżoną odporność na stres.
Wreszcie można sobie porządnie ponarzekać.
Aura iście jesienna.
Trudno uwierzyć, że to wciąż sierpień.
Jednak wychłodzone podłogi i wiatr smutno śpiewający w kominach stuletniego domu nie kłamią ...
Trudno uwierzyć, że to wciąż sierpień.
Jednak wychłodzone podłogi i wiatr smutno śpiewający w kominach stuletniego domu nie kłamią ...
Liście coraz bezczelniej szwendają się po chodnikach, kasztany coraz zuchwalej dyndają na gałęziach kasztanowców, na tutejszym targu powoli kończą się smaki lata ...
(Znajomy ogrodnik zapowiedział dostarczenie ostatniej już w tym roku porcji bobu. )
(Znajomy ogrodnik zapowiedział dostarczenie ostatniej już w tym roku porcji bobu. )
Pachnie mroźnym powietrzem, wiatrem i czymś jeszcze ...
Zbliżającym się wielkimi krokami powrotem do stałego rytmu szkolnych obowiązków.
Idzie nowe, a wraz z nim całe zatrzęsienie coraz to nowszych wątpliwości. Strach ma wielkie oczy, a ten mój ma jeszcze większe.
W powietrzu nie unosi się już gorący zapach lata i beztroski.
Zewsząd dochodzi zapach nowych podręczników, chińskich piórników i gumek "myszek". Zawartość szkolnych plecaków jest teraz sprawą kluczową.
Ale nie tylko ...
Miejscowe pijaczki intensywniej dogrzewają swe ciała od środka. Prywatny sąsiad z więzienną przeszłością oczywiście im wtóruje i teraz częściej można spotkać go niebezpiecznie zataczającego się na boki.
W miejscowych sklepikach zaobserwowano zwiększoną sprzedajność zapachowych świec (a i pewnie tłustych kalorycznych kiełbas).
Mocno schłodzone piwo pija się już pewnie tylko w domu na górce. Zamieszkujący go piwosze praktykują podobne zwyczaje okrągły rok nie bacząc na ból gardła i panoszące się dokoła choróbska. A wraz z pierwszymi chłodami zawiało zarazą (!), w skutek czego co niektórych zaczęło łamać w kościach.
Mocno schłodzone piwo pija się już pewnie tylko w domu na górce. Zamieszkujący go piwosze praktykują podobne zwyczaje okrągły rok nie bacząc na ból gardła i panoszące się dokoła choróbska. A wraz z pierwszymi chłodami zawiało zarazą (!), w skutek czego co niektórych zaczęło łamać w kościach.
Mieszkańcom domu na górce marzną
stopy. Zaobserwowano także wzmożone nocne poprawianie kołder. Z
głębokich szuflad wypełzły ciepłe skarpety i zimowe papcie. Kartony z
jesienną garderobą wyjechały z ciemnych pawlaczy - rozpatruje się ich
rychły przegląd.
Gorący
kubek kawy coraz częściej używany jest jako termofor dla chłodnych
dłoni. Coraz nieśmielej sięga się po zwiewne sukienki i cieniutkie
bluzeczki, za to coraz łaskawiej patrzy na przykurzone nieużywaniem
miękkie i otulające ciepłem swetry. Chętniej też otula się ciężkim zapachem perfum. Do łask wróciły ciepłe piżamy.
Pledy i koce poszły w ruch.
Ręka chętniej sięga po książkę z nocnego stolika.
Parująca herbata z cytryną przygląda się tym dziwom.
Tutejsza ludność chętniej skupia się przed telewizorami aniżeli w przydomowych
ogródkach. Gdy wieje jakby chciało łeb urwać, sąsiad sąsiada widzi jeno w przelocie. Zresztą nikt nie ma teraz czasu na gadanie po próżnicy. Wszak
przetwory i zapasy zimowe nie mogą już dłużej czekać. Sąsiadki licytują
się która więcej "przerobiła" owoców i warzyw. Walka toczy się na słoiki, nie zaś kilogramy. Kto da więcej!Ręka chętniej sięga po książkę z nocnego stolika.
Parująca herbata z cytryną przygląda się tym dziwom.
A będzie jeszcze gorzej ...
Wraz
z nadejściem września w godzinach emisji popularnych seriali nie
uświadczysz tu żywej duszy, ulice kompletnie się wyludnią, a jedynym
widzialnym znakiem wskazującym na obecne tu życie będą odbite w okiennych
szybach migoczące telewizory.
Tymczasem ...
Tymczasem ...
Co i rusz pod kolejne domostwa zajeżdża samochód dostawczy z opałem na zimę.
To spóźnieni mieszkańcy przygotowują się na nadchodzące chłody.
Lada dzień ruszy sezon grzewczy.
Lada dzień ruszy sezon grzewczy.
Tylko odważniejsi zostawiają szeroko otwarte okna na noc.
Wszyscy
z nadzieją wypatrują obiecywanych przez meteorologów cieplejszych dni. Ci zaś, którzy narzekali na
męczące upały, teraz biją się w pierś, że ta fala nagłego ochłodzenia to nie
przez ich zaklinanie.
Nie lubię tutejszej jesieni ... Jest smutna, ponura i bardziej nudna niż gdziekolwiek indziej.
Niewiele się dzieje.
Przy dobrze zapowiadającym sezon maju i czerwcu, miesiące wakacyjne wypadły tutaj dość marnie. Nie obfitowały w spotkania kulturalne tudzież rozrywkowe. Dyskotek w parku do takowych nie zaliczam - to rozrywka dla bardzo wąskiego (czyt. smarkatego) grona.
To jesienią najdotkliwiej odczuwam tu brak takich rarytasów jak kino, prawdziwy park, porządny second hand czy dobrze zaopatrzona księgarnia, w której można w chwili kryzysu zaciągnąć się świeżym drukiem, usłyszeć miły uchu szelest, nacieszyć oczy błyszczącymi okładkami nowości.
Tu nawet kasztany zbiera się inaczej ... bo z oddechem nudy i pośpiechu na plecach ... Bo głęboko w sercu wciąż wspomnienia ukochanego parku kilkadziesiąt kilometrów stąd.
Bo nie umiem tutaj być na luzie. Nie potrafię.
Tęsknię za moją swobodą, luzem ...
Taki nostalgii nadszedł czas.
Niewiele się dzieje.
Przy dobrze zapowiadającym sezon maju i czerwcu, miesiące wakacyjne wypadły tutaj dość marnie. Nie obfitowały w spotkania kulturalne tudzież rozrywkowe. Dyskotek w parku do takowych nie zaliczam - to rozrywka dla bardzo wąskiego (czyt. smarkatego) grona.
To jesienią najdotkliwiej odczuwam tu brak takich rarytasów jak kino, prawdziwy park, porządny second hand czy dobrze zaopatrzona księgarnia, w której można w chwili kryzysu zaciągnąć się świeżym drukiem, usłyszeć miły uchu szelest, nacieszyć oczy błyszczącymi okładkami nowości.
Tu nawet kasztany zbiera się inaczej ... bo z oddechem nudy i pośpiechu na plecach ... Bo głęboko w sercu wciąż wspomnienia ukochanego parku kilkadziesiąt kilometrów stąd.
Bo nie umiem tutaj być na luzie. Nie potrafię.
Tęsknię za moją swobodą, luzem ...
Taki nostalgii nadszedł czas.
Dziś po powrocie z pracy (gdzie zimno jak w psiarni) pozwoliłam sobie na chwilę "luksusu". Zaraz po zmianie lokalizacji władowałam się w łachach prosto w bety. Przygarnęłam do siebie łaskawie kubek gorącej herbaty. Zimne stopy wkopałam najgłębiej pod kołdrę. Bolącą od całodziennego przebywania w wyziębionym pomieszczeniu głowę złożyłam na poduszce. Sięgnęłam po nienużącą lekturę.
Niskie temperatury mają na mnie bardzo destrukcyjny wpływ. Nic mi się nie chce (i obserwuję jakby mniejsze z tego powodu wyrzuty sumienia - widać wyraźnie nawet tu spadek formy, choć jeden korzystny ;)), jestem bez energii, więcej narzekam ... , więc też z lubością stąd uciekam ... Byle jak najdalej. Choć na chwilkę. A najmilej w takie miejsca ...
Niskie temperatury mają na mnie bardzo destrukcyjny wpływ. Nic mi się nie chce (i obserwuję jakby mniejsze z tego powodu wyrzuty sumienia - widać wyraźnie nawet tu spadek formy, choć jeden korzystny ;)), jestem bez energii, więcej narzekam ... , więc też z lubością stąd uciekam ... Byle jak najdalej. Choć na chwilkę. A najmilej w takie miejsca ...
Jarmark św. Bartłomieja
Konin
A oto co zobaczyliśmy ...
Przecudne kocury.
Najtrudniej było się zdecydować, które zabrać ze sobą do domu.
Urocze lale i równie uroczą autorkę, która oddawała swe prace tylko w dobre ręce ;)
Jak to mawia moja mama "krupy"- czyli wszelaka zastawa :)
Jak w babcinym kredensie ^^
Wyniosłabym stąd wszystko. Zgarnęła w szydełkowy obrusik i na plecki! ;)
Mnóstwo różnego rękodzieła ...
I niestety słabo widoczne na zdjęciu kocie broszki ^^
I niestety słabo widoczne na zdjęciu kocie broszki ^^
Troszkę malarstwa ...
I mnóstwo staroci, które po prostu kocham ...
Szkoda tylko, że kapryśna pogoda nie pozwoliła nam cieszyć się wszystkimi atrakcjami Jarmarku.
Nic to.
Może za rok ...
:)
13 sierpnia 2014
Mniejsze Miasto w krzywym zwierciadle
Mniejsze Miasto porasta swymi zabudowaniami spore wzniesienie. Niegdyś bardzo gęsto zalesione, teraz będące głównie skupiskiem drzew owocowych.
To miasteczko czereśniowych sadów doczekało się już nawet książkowych wzmianek i opowieści. Bo okazuje się, że dla niektórych może być ono urokliwą mieściną godną takiegoż wyróżnienia, tudzież spisania na jego tle dziejów swego rodu.
To miasteczko czereśniowych sadów doczekało się już nawet książkowych wzmianek i opowieści. Bo okazuje się, że dla niektórych może być ono urokliwą mieściną godną takiegoż wyróżnienia, tudzież spisania na jego tle dziejów swego rodu.
To cicha i spokojna mieścina. Idealną ciszę przecina jedynie jednostajny pomruk samochodowych silników przejeżdżających głównymi ulicami miasta, z rzadka (ze wzmożoną siłą wieczorową porą) zawarczy jakiś skuter lub hamulcami zapiszczy i smród spalonej gumy po sobie zostawi zbłąkany dawca organów.
Bywa że ciszę dnia znienacka zakłóci przeraźliwe wycie syreny
strażackiej. Poczucie grozy potęguje fakt, że rozchodzi się ono tuż za
rogiem i świdruje powietrze rosnącymi decybelami. Z rzadka da się
słyszeć odgłos pędzącej w oddali karetki, pojawiający się nagle nie
wiadomo skąd krótki sygnał policyjnej syreny, częściej pojedyncze
okrzyki, krótkie pozdrowienia, czyjeś nawoływanie, urwane fragmenty
rozmów tuż za oknem (uroki domostwa przy samej ulicy - dobrze, że
chociaż tej bocznej, mało ruchliwej...).
Nie uświadczysz tu
głośnej komunikacji miejskiej, linii podmiejskiej czy tramwaju. Z
rzadka mignie autobus lub przewoźny busik.
Czyli całkiem normalne podrzędne miasteczko.
W samym jego sercu tętni życie miasta. A tym życiem stały komplet
miejscowych pijaczków okupujących od wczesnych godzin porannych po
wieczorny mrok rynkowe ławeczki.
Jak w każdej tego typu mieścinie tak i tu mieszkańcy karmią się co
większą sensacją. Jakiś romans, rozwodzik, czyjś odwołany ślub (o, to
przede wszystkim!) - tym tu się żyje (!). Od sensacji do sensacji. Lub
jak kto woli od niedzieli do niedzieli - czyli od jednej kościelnej
rewii mody do drugiej.
W tymże sercu miasta, mniej więcej (mniej lub więcej) na samym szczycie wzniesienia mieści się nasze domostwo. Z jednej jego strony kościół wraz z okalającym go słynnym już ryneczkiem z przylegającą doń biblioteką i marnymi sklepikami, komisariat policji i placówka służby zdrowia, dalej po omacku odrestaurowany park wraz z zacnym Miejsko - Gminnym Ośrodkiem Kultury, bank, budynek gminy, poczta, mały targ, na którym codziennie wystawiają na sprzedaż swe produkty okoliczni rolnicy, kilka sklepowych pawilonów, trzy domy weselne, trzy apteki oraz kilka supermarketów drugiej kategorii. Z drugiej zaś strony budynek Ochotniczej Straży Pożarnej, piekarnia, mini-księgarnia, pizzeria ... Na obrzeżach miasta cmentarz, osiedle domków jednorodzinnych, szkoła podstawowa, gimnazjum. Ot i cała mieścina.
Żyje się tu spokojnie, by nie nazwać rzeczy po imieniu ... nudno.
W Mniejszym Mieście czas odmierza zegar na wieży kościelnej. Żaden kwadrans ani godzina nie umknie jego uwadze i skrupulatnej rachubie. A i każdą porę dnia przydzieloną mu melodią sumiennie ogłosi. I tak wczesnoporanną ciszę przetnie trąbka zawodząca na potęgę w nutę "Kiedy ranne wstają zorze", południe "Anioł Pański" nakreśli, a koniec dnia w godzinę śmierci papieskiej mieszkańcom "Barka" obwieści.
W okolicach kluczowych katolickich świąt ku radości mieszkańców repertuar ulega lekkim modyfikacjom. Da się wówczas słyszeć kolęda jedna z drugą. Klimat zdecydowanie milszy uchu.
Niedziela.
Mój cotygodniowy jednodniowy weekend.
Budzi mnie nawoływanie kościelnych dzwonów. Na mszę wierni! Zasypiam. Zanim wywlekę z łóżka swe leniwe ciało jeszcze parokrotnie z ramion Morfeusza wyciągnie mnie dochodzący zza okna, jak zwykle niezwykle podniosły i zbolały ton kazania naszego proboszcza, od którego to niezmiennie moja skóra cierpnie, a mózg robi się senny.
Wreszcie udaje mu się ściągnąć na mnie wyrzuty sumienia. Zwlekam swe cztery litery i wspólnie podążamy nieśmiało w stronę kuchni. Nie uskuteczniając przy tym pustych przebiegów, zabieram ze sobą po drodze kilka pustych kubków, bezwiednie niczym pies Pawłowa uprzątam ogólny drobny bałagan.
Dzień bez kawy dniem straconym. Kiedy czajnik zaczyna przyjemnie szumieć, kątem oka dostrzegam frustrujące jak zwykle śmieci. Nie pozwalając sobie na grzeszne lenistwo, postanawiam zrobić z tym czym prędzej porządek.
Miejsce akcji - oblane ostrym słońcem przydomowe podwórko.
Czas akcji - niedzielne przedpołudnie, dla niektórych zaś (tych zmęczonych całotygodniową harówą) wczesny ranek.
Wynosząc śmieci staję oko w oko ze wzmożonymi słońcem objawami alergii. Prychając, pociągając nosem i kichając na potęgę, witam się jak zwykle radośnie z Mańkiem. Po rozprawieniu się ze śmieciami i entym kichnięciu, mam serdecznie dosyć i zaczynam kierować się do zaciemnionego domostwa. Wtedy to do moich uszu dociera chrypliwe i głośne:
-Tak się kicha na kielicha!!!
dochodzące zza płota.
To sąsiad zza wschodniej granicy. Sąsiad z więzienną przeszłością, z ponoć licznymi układami z mafią (ludzie gadają), bawiący się w szmugle i inne podejrzane interesy, niezwykle rozrywkowy stary kawaler, lubiący się napić i niestety nie znający w tym temacie umiaru. Recytujący z głowy z brawurową intonacją "Baśń o trzech braciach i królewnie" , od pierwszego wersu po ostatni, bez najmniejszego zająknięcia, czy choćby chwili zawahania w głosie, z niezbędnym wypikaniem w miejscu każdego wulgaryzmu. O jego zdolnościach aktorskich miałam okazję i wątpliwą przyjemność przekonać się niedawno i o ile dotąd nieznany mi wierszyk nie przypadł mi do gustu i podążania za jego rozbudowaną akcją zaprzestałam mniej więcej gdzieś w jego połowie, o tyle sąsiada zdolności aktorskie nie pozwoliły mi ani na moment oderwać od niego oczu. Wespół z inną sąsiadką, z którą to sąsiad uraczył nas swym występem, zdumione i porażone gabarytem utworu, stwierdziłyśmy ... że chłop się marnuje.
Sąsiad to dla mnie nieszkodliwy. Szanujemy się. Mimo wszystko. Zawsze grzecznie się witamy, uśmiechy i sąsiedzkie żarciki wymieniamy. Nie inaczej było tym razem ...
- Chodź Kamila! Wypijemy jednego i od razu przestaniesz kichać. - i dalej kontynuuje swoje żarty. Gołym okiem widać, że od rana w świetnym jest humorze. Jedno piwko lub dwa pewnie już spożyte. Jak na jego możliwości to małe śniadanko. - Widzisz jak Cię poznałem po kichaniu ... ? - dalej bredzi w piwnym uniesieniu.
Parsknęłam najszczerszym śmiechem. Ubawiło mnie to szczerze. Uśmiechałam się głupio do siebie jeszcze długo po tym, gdy tylko przypomniałam sobie powyższą anegdotkę.
Sąsiadowi grzecznie odmówiłam w duchu ciesząc się (po raz pierwszy), że zamiast wymarzonego ogrodzenia dzieli nas wysoki mur, a tym samym oczom sąsiada nie ukazała się poczochrana zjawa spowita w kuse nocne woale.
Ciąg dalszy być może nastąpi ....
4 lipca 2014
O tym jak czerwiec hulał między kartkami kalendarza
Czerwiec był bezapelacyjnie miesiącem imprez plenerowych.
Pochłonęły nas one bez reszty. Przyspieszyły skutecznie czasu bieg.
Całe życie domowe trzeba było podporządkować pod ich harmonogram.
Wać panny nie dawały odporu ;)
A każdy weekend, każdy tydzień, miał dla nas coś w ofercie.
Zabawa przednia.
Na start niezwykle hucznie obchodzony w Mniejszym Mieście Dzień Dziecka, nieco później Święto Mniejszego Miasta i moc atrakcji dla dużych i małych, następnie zawody w powożeniu zaprzęgami konnymi i tabuny kurzu im towarzyszące ;) , jeszcze później nasze ostatnie już przedszkolne Święto Rodziny, na powitanie wakacji teatr na leśnej polanie, wreszcie pożegnanie kulturalnego roku ...
Zawody w powożeniu zaprzęgami konnymi
♥♥♥
Pochłonęły nas one bez reszty. Przyspieszyły skutecznie czasu bieg.
Całe życie domowe trzeba było podporządkować pod ich harmonogram.
Wać panny nie dawały odporu ;)
A każdy weekend, każdy tydzień, miał dla nas coś w ofercie.
Zabawa przednia.
Na start niezwykle hucznie obchodzony w Mniejszym Mieście Dzień Dziecka, nieco później Święto Mniejszego Miasta i moc atrakcji dla dużych i małych, następnie zawody w powożeniu zaprzęgami konnymi i tabuny kurzu im towarzyszące ;) , jeszcze później nasze ostatnie już przedszkolne Święto Rodziny, na powitanie wakacji teatr na leśnej polanie, wreszcie pożegnanie kulturalnego roku ...
Dzień Dziecka w Mniejszym Mieście
♥♥♥
Dni Mniejszego Miasta
Dni Mniejszego Miasta
Zawody w powożeniu zaprzęgami konnymi
♥♥♥
A po lesie śpiew się niesie ... czyli Mickiewiczowskie "Lilije" uwspółcześnione za sprawą beatboxu, gry świateł, muzyki Joanny Gogulskiej i przede wszystkim brawurowej gry aktorskiej grupy aktorów-amatorów. A to wszystko w cudownej scenerii spowitych w mrok knieji Czarnego Lasu we wsi Ewinów.
Chyba nie muszę pisać, że pod szczególnym wrażeniem wydarzenia była nasza przyszła aktoreczka ^^
Chyba nie muszę pisać, że pod szczególnym wrażeniem wydarzenia była nasza przyszła aktoreczka ^^
Niezapomniane wrażenia.
Męczące uczucie niedosytu.
Męczące uczucie niedosytu.
Już nie mogę się doczekać kolejnej sztuki! Już za rok!
Zakończenie Kulturalnego Roku
A dziś wyjeżdżamy na nasze MEGA spontaniczne
WAKACJE
!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























































