Przesileniem dmuchnął w twarze. Kogoś snem zmorzył w dzień biały.
Na
pięterko wprowadził zacny mebel (należący niegdyś do Górkowej
"lokatorki" G.) - wiśniowy stolik jeszcze nieodrestaurowany. W
dziewiczej postaci. Już pokochany.
Luty łaskawy jest, uważny, nigdzie nie gna, nie pędzi ...
Nie boi się szczęściu spojrzeć prosto w ślepia "groźne".
Głośno chwali dzień wraz ze wschodzącym słońcem.
Luty uważnością wykadrowany.
Taki będziesz.
Że też człowiek wcale sobie nie zdaje sprawy w momencie, gdy jest szczęśliwy.
(...)
Człowiek jest tak durny, że zawsze czeka na szczęście, albo wspomina te chwile, kiedy był szczęśliwy. A tu i teraz?
Boi się sam sobie przyznać, że jest szczęśliwy, bo coś mu spadnie na łeb albo spotka go siedem plag egipskich.
"Ranne ptaszki koty zjadają", "Nie chwal dnia przed zachodem słońca".
Do cholery, dlaczego nam nie pozwalają być szczęśliwym? Od dziecka?
Jeszcze w grudniu, korzystając z sprzyjającej aury (lekkiej zimy) Górkowa starszyzna rodu rozpoczęła remonty na zewnątrz swej rezydencji. Z dnia na dzień ich domostwo z racji gabarytów i nabierającej urody coraz bardziej przypominało Belweder. Kilka okien wymieniono, co było trzeba ocieplono, nałożono stosowne tynki, odrestaurowano zabytkowe obramowania okienne, a na końcu betonową szarość zastąpiono eleganckim kremowym beżem. Tak miały się sprawy od frontu. Bowiem gdy rusztowania przeniesiono na ścianę szczytową budynku (tę z oknami Górkowego pięterka), zima w końcu postanowiła pokazać na co ją stać i skuła malowniczym mrozem ofoliowane szyby. Roboty musiały zaczekać. Robotnicy zawinęli się dnia pewnego i zniknęli jak się później miało okazać na długie tygodnie.
Styczeń więc upłynął na Górce za oklejonymi folią oknami. Co jak twierdzi Górkowa matka nie pozostało bez echa. Według niej ograniczony dostęp do promieni słonecznych przyczynił się do takich a nie innych nastrojów domowników.
W końcu wraz z ostatnimi dniami zima zelżała, śnieg spłynął spadzistymi ulicami miasta, a tym samym robotnicy mogli powrócić na opuszczone stanowiska pracy. Czyli za ofoliowane okna. Od wczoraj, od wczesnych godzin porannych zza szyb na nowo dochodzą rubaszne śmiechy i dowcipy wypowiedziane w iście kwiecistym języku. Górkowe młode, jako że ferie w toku i ich obecność domowa wzmożona, przysłuchują się tym dziwom nieśmiało rozbawione.
W wytęsknieniu wypatruje się momentu ujrzenia przez własne okna świata prawdziwego, ptaków krążących po niebie, czy wróbla skaczącego po gołych gałązkach brzozowych ... Zamiast mętnej szarości falującej do taktu z wiatrem.
Ferie na Górce mijają w atmosferze ogólnego lenistwa i znudzenia, długiego leżakowania i piżamowania. Nikomu nie chce się wyściubiać nosa z domu, nikt też nie oczekuje specjalnych rozrywek i wrażeń. I dobrze. Odnotowuje się bowiem ogólny spadek formy wszystkich domowników.
Młodsze dziecię ćwiczy tabliczkę mnożenia. Mozolnie. Ma to na pewno po swej rodzicielce, która dokładnie pamięta iż wszelkie nauki pamięciowe od zawsze były dla niej dość problematyczne. Nie dla niej teoria do wkucia na blaszkę. Każdy wiersz do przyswojenia przyprawiał o cierpnięcie skóry, a wystąpienie przed szerszym forum (nic to że tylko znanych i lubianych szkolnych kolegów) zraszało zimnym potem. Doskonale matka rozumie swe dziecię. Stara się mu pomóc tę trudną sztukę polubić. Łatwe to to nie jest. Ilekroć matka woła dziecię do nauki, dziecię nagle odczuwa przemożną chęć zabawy, budowania namiotów z kocy i pledów/czytania ulubionych książek /rysowania ....
/Wspomnieć w tym miejscu należy o niewspomnianym. O grudniowym przełomie młodszego dziecięcia w wystąpieniach publicznych. Wszak dziecię całe przedszkole odmawiało jakiejkolwiek współpracy w tym temacie. Aż do tegorocznych jasełek. Unowocześnionych jasełek. Dziecięciu została powierzona rola Kopciuszka. Choć jasełka wystawiane były dla rodziców, rodzicom dziecię zabroniło na nie przybyć. Jednak jak wieść niesie (bystra starsza siostra uczęszczająca do tej samej szkoły doniosła sms-em, Górkowy ojciec podglądający zza drzwi zdał wieczorną relację) dziecię wyszło na scenę, po czym nie bez tremy (co prawda), lecz głośno i wyraźnie powiedziało, co powiedzieć miało.
(Na wszystkich próbach zaś wiodło prym i było pod niebiosa wychwalane.)
Górkowi rodzice nie posiadali się ze szczęścia!
Tym samym zdjęto kolejne bolączki z załamującej ręce nad swym dzieciem matki./
Starsze dziecię zaś kończy czytać kolejną już książkę. Którą to? A któż to by zliczył!
A gdy akurat nie czyta to gra w The Sims. Nałogowo. Te dwie czynności pochłaniają je zupełnie.
Gdzie miała rozum Górkowa matka kiedy zakupiła dziecku pierwszą grę ... ? O, gdzie?!!
W międzyczasie nuda. Nuda. I nuda. Powłóczysty krok, szuranie papciem, krążenie po domu bez celu konkretnego ...
Ale to się lada chwila zmieni.
Przybyła bowiem na górkę Górkowa siostra cioteczna. Będzie się działo!
I Górkowa matka ostatnimi czasy w niemoc popadła dziwną. A ta niemoc wygnała ją do kuchni. Gdzie to upichciła obiadów na trzy dni i od razu zrobiło jej się na duszy i ciele lżej jakby.
Górkowy ojciec zaś nie mogąc znieść powyższej ciężkiej domowej sytuacji rzucił się w wir pracy.
***
Korzystając z wolnego wybrała się razu pewnego górkowa rodzina do odległego miasta do ulubionej pływalni (Aquaparkiem go zwą). Górkowa matka już na wejściu, przy samych kasach miała się najeść wstydu. Młodsza z córek bowiem, bardzo zadowolona ze swej czujności, patrząc znacząco na górkowej matki nogawki spytała niewystarczająco konspiracyjnym szeptem:
-"A ogoliłaś się ... ?"
Zbędnym owłosieniem jej rodzicielka nie musiała zaprzątać sobie głowy.
Za to przez bite trzy godziny udawała że w swym jednoczęściowym kostiumie nie wygląda jak dorodna krewetka. Górkowy ojciec zaś krążył od basenu do basenu na wciągniętym brzuchu. Dodatkowo oboje udawali że ta dwójka niedożywionych dzieci, co to wciąż wokół nich krążyła natrętnie, to wcale nie ich potomstwo ...
Jasnym się stało że coś trzeba z tym fantem zrobić. Z faktem obrastania w zimowy tłuszczyk rzecz jasna. (Bo że Górkowych dzieci nie sposób podtuczyć to wiadoma sprawa.)
G. matka ściągnęła z szafy zakurzoną matę do ćwiczeń. Filmik stosowny i jakże zapomniany na YouTube odnalazła. Teraz musi jeno odnaleźć swą silną wolę. Za pieruna nie może sobie przypomnieć gdzie ją odłożyła.
Zaś Górkowy ojciec znacząco do niej mrugając stwierdził, że on to zna przyjemniejsze formy spalania kalorii.
Niedzielny poranek. Niby zwykłe śniadanie, a potokiem myśli rozlało się po głowie. Hulają teraz po niej jak ten wiatr co za oknem brzózkę w pół gnie.
Trzy naleśniki. Pierwszy ociekający orzechową słodyczą rozpuszczonej nutelli prosto ze sklepowego słoika, taką którą trzeba później czymś choćby ciut kwaskowym przełamać. Drugi więc z śliwkowymi powidłami od sąsiadki zza płota. I trzeci, muśnięty cieniutką warstwą konfitury wiśniowej z tego samego źródła. Dwa małe słoiczki pełne przyjaźni, wspólnych wspomnień, wielogodzinnych rozmów przy winie wśród radości i wśród łez.
Gdyby tak każdy zdobył się na co dzień na więcej serdeczności, ciepłych myśli, dobrych chęci, chwilotrwania ... Pięknie byłoby ...
Lubię gdy zdarzy się coś co wyrwie mnie z szarego życia biegu, wytrąci ze stanu ignorancji, wprowadzi w radości zachwyt ...
Gdy zdarzy się, że do pracy ktoś w sumie obcy, przyniesie specjalnie z myślą o mnie szeleszczący pakuneczek, a w środku domowe eklerki z przepysznym śmietanowym kremem. Tak po prostu, by sprawić komuś radość, bo ktoś kogoś lubi ...
Smakowite wegańskie przesyłki od Martyshki powoli stają się normalnością. Spiesząc się do pracy znajdzie chwilę by podrzucić mi "coś na ząb", by czymś smacznym się podzielić ...
Bywa, że sposób zapakowania sprawia, że żal psuć cały kunszt by zajrzeć do środka ... Ta to dopiero potrafi sprawić radość! Czasem myślę sobie, że uszczęśliwianie innych jest wpisane w jej życiową misję.
W sezonie orzechowym pewien starszy pan co dzień rano przychodzi po gazetę, którą to od lat ma odkładaną do opisanej odręcznie jego nazwiskiem teczki, i to właśnie wtedy kieszenie ciążą mu od całych garści orzechów włoskich, i codziennie rano wysypuje na ladę zawartość tych kieszeni wraz z mokrą ściółką, trawą i okruszkami, i codziennie, niezmiennie od lat przeprasza, że dziś ich tylko tyle (choć to aż tyle) ... Od zeszłego roku fakt ten tłumaczy niechybną kradzieżą łupinowego owocu ... Niknie w oczach staruszek w swoim świecie.
Sąsiadka z najpiękniejszej kamienicy idąc do piekarni, po drodze zagląda, by spytać czy aby nie potrzeba mi chleba, a może drożdżowca bym chciała ... ? Dziś pewnie będą mieli, bledziutki, z dużą ilością kruszonki, taki jak lubię ... Pewnie że chcę. Poproszę.
I kupuje, przynosi, odbiera swoją gazetę, zamieni kilka słów, dziękuje i odchodzi. Czasem wraca, bo przypomni jej się że ma dla mnie słoiczki z kulkami dyni w occie / bo ktoś obdarował ją skrzynką marchewki, której sama nigdy nie zje/ bo bzu tyle na gałęziach, że te aż uginają się pod tym ciężarem, a konwalie zaraz przekwitną, więc może bym ich sobie narwała ... Zajść do tej kamienicy, która od dziecka mnie fascynowała, do ogrodu, który wtedy nie był w zasięgu dziecięcych oczu - nigdy nie odmawiam sobie tej przyjemności.
Pewna pani wracając z zakupów zadowolona ze zdobyczy lubi się nimi pochwalić, a uzyskawszy aprobatę odchodzi bogatsza o jeden uśmiech i serdeczne słowo. Ale najpierw częstuje tym co akurat smacznego wygląda z jej torby. Jabłko, śliwka, małe pączusie serowe ... Gdy w jej ogrodzie rozkwitną konwalie, pewnego ranka w drodze do pracy zachodzi do mnie, i dostaję obłędnie pachnący bukiet.
Uwielbiam gdy ktoś przynosi dla mnie uśmiech.
Chwile, momenty ...
Kiedy życie staje się bardziej niż znośne. ..
Kiedy czujesz na plecach skrzydła, lekkie jak piórko, delikatne jak babie lato ...
Konkursową pracę chciałam zacząć od słów niewiele mi w życiu wyszło ...
Poleciała w wirtualny świat ze zmienionym początkiem.
Bo życie każdego z nas jest niezwykłe, jedyne, a to jak je widzimy zależy jedynie od nas samych.
Niechaj nikogo nie zmyli ten jakże przyjemny obrazek.
Nowe lektury jedynie gromadzę, poddaję krótkiej kontemplacji, po czym odkładam na i tak już zapchany regał, gdzie nowości coraz tłumniej czekają na spokojniejsze czasy (czyli kiedy ... ? no kiedy?!!).
Czas, czas ... Wciąż na tyle rzeczy go brak.
Pochmurne niebo i niskie temperatury wybudziły dotąd smacznie śpiącą nostalgię.
Wywołały skądś zapomniany syndrom dnia świstaka.
Jakiś czas temu polazł gdzieś, znikł na dość długi jak na jego zwyczaje okres, a teraz znów się przypałętał.
A tak dobrze mi było w pojedynkę ...
Więc znów odczuwalny bezsens powtarzalności dnia codziennego.
Męczące podobieństwo tygodni całych rozpędzonych na podobieństwo huczącej petardy.
Tygodnie sunące po kalendarzu w turbo-przyspieszeniu szalonym.
Troski dnia codziennego znów okradają twarz z uśmiechu. Skutecznie
pozbawiają różowych okularów. Mgłą pokryły nauki "bereta" (Regina
Brett).
Nie jest łatwo w porę rozłożyć ochronny parasol.
Trudno
przewidzieć z której strony nadejdzie burza żalu czy deszcz
pesymizmu.
By złą energią nie karmić siebie i innych przemieniam ją szybko w krystalicznie czyste okna.
Tylko tak umiem pozbyć się tego co złe.
Jednak gubię przy tym swój kompas i tracę orientację co do tego co w życiu ważne, a co mniej ważne.
Ja wciąż jednakowo wyeksploatowana, zasypiająca prawie że w opakowaniu, coraz bardziej nerwowa i płaczliwa.
Hormony i spółka. Z naciskiem na spółka.
Ciężko sprostać oczekiwaniom wszystkich dookoła, a najtrudniej swym własnym.
Na wszystkich płaszczyznach.
Bez wyjątku.
Począwszy od tych najbardziej prozaicznych.
Byle odchylenie od normy pozbawia gruntu pod nogami.
Gdybym tak mogła beztrosko i prosto z serca zaśpiewać z Natalią ...
Tylko jest jeden problem.
Ja lubię sprzątać.
Dla siebie. Dla innych (nie mylić z za innych).
Co nie znaczy że czasem nie zaklnę przy tym soczyście i co nie zwalnia mnie ze statusu niewolnicy porządku*.
Bo owszem, sprzątam nawet gdy na samą myśl o tym dostaję skrętu kiszki.
A chciałabym czasem uwolnić się od tego.
I wkurza mnie gdy to bierze nade mną górę.
Ostro we znaki daje się pragnienie uszczęśliwienia wszystkich oraz nabyty perfekcjonizm, potrzeba czystej podłogi, idealnie rozwieszonego prania (to ta najbardziej złośliwa odmiana perfekcjonizmu - tylko ja zrobię to dobrze - gdy zdarzy się że po prostu muszę (! ) po Poślubionym cały proces poprawić, silniejsze to ode mnie, choć zdaję sobie sprawę że to niedorzeczne, to wprost kłują w oczy nierówno przypięte klamerki i krzywo wiszące galoty ;), potrzeba czystych szaf i równo poskładanych ubrań, gładko rozłożonych narzut i strzepniętych poduszek, idealnie okrągłych kotletów, kakao serwowanego tylko w odpowiedniej temperaturze ...
Gdyby tak zamienić je na potrzebę idealnie przeczytanej bajki (na wymarciu, wstyd się przyznać ), klas równo wyrysowanych kredą na chodniku, potrzebę idealnych podskoków na skakance, gładko rozłożonej talii kart, tak samo pięknie gładko pomalowanych paznokci (każdy koniecznie w innym kolorze), idealnie okrągłych kulek z modeliny nawleczonych na kolorowy sznurek, humorków strzepniętych lekką ręką z przygarbionych ramion ...
Gdyby tak uwolnić się od wszystkich krępujących mnie kajdan.
Gdyby odnaleźć własną drogę ... Tak jak bohaterowie "Księgarenki..." ... Nie dusić się już dłużej w tłustym sosie kiepskich decyzji.
Priorytety nie zawsze układają się w głowie należycie.
A wtedy wyrzuty sumienia zawstydzają i wiercą dziurę w głowie.
Dobrze że mam ludzi od odciągania od przyziemnych i nieważnych spraw. Od wyciągania na spacer, na basen, ludzi od wesołego upomnienia "Masz dziś nie sprzątać! Masz odpocząć!" :) , ludzi wpadających w odwiedziny znienacka z kawałkiem pysznego domowego ciasta, ludzi od zagubionego kompasu ...
I najważniejsze że mam Je, dwie ukochane ...
A dziś znów piątek :)
Nagramy kolejnego "Harrego Pottera" (jak w każdy wakacyjny piątek - dziś moja ulubiona część "Czara ognia"), zrobimy idealnie słony popcorn i nasolimy nim na prześcieradle. Równiutko :) (Poślubiony znów będzie się wściekać o okruszki.) Może nawet wypijemy to idealnie zimne kakao. Bleee...
Listę TRÓJKI odsłucham gdzieś w międzyczasie. Pewnie znów na raty. Nieuważnie. Nie szkodzi. Są inne ważne sprawy.
A na deser ostatni odcinek pierwszej serii "Broadchurch". Zarywając kolejną noc. Bo warto. (Dziś do trzeciej nad ranem oglądałam odcinek po odcinku. Trzyma w napięciu. Polecam gorąco!).
*co wcale nie znaczy, że w moim domu wszystko lśni i błyszczy (!).
"Jeśli nie wiesz, co dalej, po prostu zrób następny właściwy krok.
Jeden niewielki krok, a potem kolejny.
To wystarczy żeby (...) spełnić swoje najśmielsze marzenia."*
Jaki jest kolejny krok do spełnienia twojego marzenia?
Od powitania Antka dzielą nas już tylko godziny, a może nawet minuty ... *
Zebrać myśli nie potrafię.
Sms-y od przyszłego szwagra sprawiają że wspomnienia odzyskują kolorki, w podbrzuszu zagnieżdża się strach i sama zaczynam odczuwać bóle parte ;/
Próbuję czytać "bereta" (tak w prywatnym slangu ochrzciłam Reginę Brett) i wciąż się uczę.
Odnoszę wrażenie jakby każda lekcja (no, prawie każda) była pisana specjalnie dla mnie.
Dzięki lekturze stare i dobrze mi znane problemy dostrzegam w nowym świetle. Już nie wydają mi się one beznadziejne. Z pozoru banalne prawdy uderzają w sedno sprawy nadając problemom łagodniejszy kształt, a proste rozwiązania nasuwają się same.
Chwytam się tej lektury jak ostatniej deski ratunku. Nadzieja kiełkuje.
Sięgam też po stosowne kino. O czym innym razem. (Kiedyś kochałam pisać recenzje książek, filmów ... , a teraz zwyczajnie mnie to przerasta. Nie ma chemii między nami.)
Muszę zrobić ten pierwszy krok. Jakikolwiek. Choćby najmniejszy. By nie stać bezmyślnie w miejscu trwoniąc cenny czas. A później następny krok, i następny ...
Wszystko zależy ode mnie. Od moich decyzji. Najgorsza decyzja jest lepsza od braku decyzji ...
Jakoś tak to leciało.
Więc pomimo braku energii i weny zacznę dziś ćwiczyć.
Wycisk dany mięśniom postawi mnie na nogi.
I zacznę się lepiej odżywiać.
Niech to będzie mój pierwszy krok. Zadbanie o siebie.
Krok w kierunku odzyskania siły i wiary we własne możliwości.
A późnym wieczorem, gdy trzy dające mi się ostatnio we znaki wać panny wreszcie wylądują w swych łóżkach, w spokoju przeczytam regulamin pewnego konkursu (zabieram się za to od dobrego miesiąca). I wezmę się do roboty.
Tylko ode mnie zależy co zrobię z moim życiem.
* Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga"
* Aktualizacja: 20 lipca o godzinie 21.55 na świat przyszedł Antek - 4130 g szaleńczego szczęścia i 64 cm niewyobrażalnej miłości.
♡♡♡
Tym razem do kawy podano jeszcze parujące ciasto marchewkowe. Niebiańsko słodkie i wilgotne od szczodrej porcji suszonych śliwek, rodzynek i skórki pomarańczowej.
Dla duszy "Wszystko zależy od przyimka".
Wciągająca pogawędka o rodzimej polszczyźnie.
Uwielbiam.
Już jako dziecko z szeroko otwartą buzią słuchałam telewizyjnych wykładów profesora Miodka.
A tu na dokładkę takie doborowe towarzystwo.
Chłonę małe rzeczy.
Coniedzielną pobudkę.
Nasz stały rytuał.
Małe ciałko gramolące się do naszego łóżka, wtulające się we mnie, próbujące na nowo usnąć.
Dziś się nie udało i wcześniejsze wstanie cudownie wydłużyło mój weekend.
Poranne słońce wdzierające się przez okna.
Świergot ptaków.
Gołąbka gruchającego na dachu.
Pościel chłonącą zapach wiatru na ozłoconym tarasie.
Wierne oczy psie i wesoło merdający ogon, a zaraz potem pod dłonią łepek podtykający się do myziania.
Zimne krople deszczu (które po chwili przerodziły się w prawdziwą ulewę) na rozgrzanych ramionach.
Dziecięcą trajkocącą radość.
Piękne gitarowe dźwięki wypełniające uszy.
Aromatyczny rosół lekko pyrkający na ogniu.
Słodki korzenny zapach ciasta dobywający się z piekarnika.
Puszystość pianki na ulubionej kawie.
Nowe WO kuszące mnogością interesujących artykułów.
Trójkową listę odsłuchiwaną na raty.
Kolorowe myśli w głowie.
Koncentruję się na nich.
Prawie nie dostrzegam złego.
Już dawno temu nauczyłam się unikać kontaktu wzrokowego, by nie dać możliwości do bezsłownej zaczepki.
A to ona potrafi najlepiej.
Samą swoją obecnością wypełnia pomieszczenie negatywną energią, wymownie brzęczącą ciszą.
Nawet wolę gdy milczy.
I gdy jest między nami "dobrze" nie lubię jej słuchać.
Drażni każde słowo, każdy gest.
Taki to przedziwny poziom "bliskości" naszej.
Gdy to co złe wryło się w pamięć.
Lepiej byłoby gdyby niektórzy zamilkli.
Ile trzeba mieć w sobie zaciętości, nienawiści ... by wciąż szukać zwady?
Można czuć się niechcianym we własnym domu.
Straszne to uczucie.
Dlatego ... chłonę małe rzeczy ...
Z dzisiaj:
- Tylko patrzeć jak szefowa cię zwolni ... - to Poślubiony.
- To będzie najpiękniejszy dzień w moim życiu. - ja.
Mała ucieczka na prawdziwie dziką działkę D.
D. to ulubiona koleżanka od utyskiwań.
Potrafi słuchać.
Oaza spokoju, optymizmu i nieudawanej empatii.
"Wszystko się ułoży ... zobaczysz ... Będzie dobrze."
w jej ustach brzmi wiarygodnie.
Pocieszycielka strapionych.
Dusza człowiek.
Krótka chwila oczyszczającego wyciszenia.
Oderwania się od tu i teraz.
W nocy spałam głębiej, inaczej.
To chyba moje myśli.
Przewietrzyłam je dokładnie.
I nagle dotarło do mnie kilka prawd.
Najważniejsza?
Licz tylko na siebie.
Gdy życie serwuje mniej gorzkich rozczarowań
żyje się o wiele łatwiej.
"Nie chcę czekać na kolejny znak
Tyle nieodkrytych barw
Zabieram wspomnień ile muszę, żeby trwać
Zostawiam stary świat
Lecę tam, gdzie chcę, nie zatrzymasz mnie
Wszędzie tam, gdzie w ludzi żyłach dobra krew
Może być wysoko nawet i przez mgłę
Lecę tam, gdzie chcę, gdzie odnajdę się
Nie chcę widzieć jak wciąż gonisz mnie
Czas pocieszy mnie dziś lepiej
Wrócę jeszcze tutaj, oddech jakiś daj
Nim udźwignę trochę siebie
Lecę tam, gdzie chcę, nie zatrzymasz mnie
Wszędzie tam, gdzie w ludzi żyłach dobra krew
Może być wysoko nawet i przez mgłę
Lecę tam, gdzie chcę, gdzie odnajdę się"
Zbiór elementów składających się na upragnioną spójną całość - zlepek wykradzionych chwil.
Nie lubię gdy gubi się któryś element ... gdy czegoś w naszej układance brak.
Gdy czasu braknie lub dobrych chęci ...
Burzy to moje poczucie kontroli nad światem ...
Nad jego nieprzenikaniem w głąb naszej niezwykłej
zwyczajności.
A w tym wszystkim ... moja skaza.
Że lubię gdy wszystko układa się tak jak wcześniej ułożyło się w głowie.
Kolejna Trójkowa perełka.
I uzależniający spokój od niej bijący.
A weekend sobie płynie.
Jeszcze leniwie w wypełnionym po kanciaste brzegi łóżku.
Z gorącą kawą koniecznie w ulubionym kubku.
Z chrupiącym tostem posmarowanym dżemem tak by nie wybrudzić jego brzegów (od zawsze tak mam ;).
Z okruszkami na pustym talerzu.
Z planami układającymi się w głowie ...
Z tym że dziś MOGĘ. Że NIC NIE MUSZĘ.
Więc niech będzie po mojemu.
Z Trójką w eterze.
Z leniwym niedzielnym obiadem o niewiadomej i wciąż wędrującej porze.
Z tym marchewkowym ciastem w piekarniku.
Z praniem w pralce.
Z powoli znikającym wszechobecnym bałaganem.
Z porządkami w szafie.
Z przerwą na przytulasy i grę planszową.
Z lekturą sobotnich WO.
Z kartkowaniem świątecznej "Weranda Country".
Z książką czekającą przy łóżku.
Z premierowym odcinkiem "Watahy" na dobre zakończenie tygodnia.
Literkowstręt literkowstrętem ale nie ma on prawa dotknąć naszego wieczornego czytania (!).
A na dzieciowym regale prawdziwe zatrzęsienie nowości.
I tak w wakacyjnym czasotrwaniu miewam chrapkę na niektóre z niego tytuły. Na samych chęciach niestety się kończy ... Nie inaczej. Nie dane jest nam rozsmakować się w lekturze.
Ponawiamy nasze próby codzień, póty wieczór późny nie nastanie, póty sen znienacka nie zmorzy ... Póki nie przebudzę się z głową wciśniętą między pachnące pukle Młodszej/gładkie kosmyki Starszej, a pluszowego miśka, wymiętolona emocjonalnie, wyeksploatowana do granic możliwości, szturchana mniej lub bardziej nachalnie przez którąś z delikwentek ;) Czy to nazbyt dotleniony urokami lata organizm, czy stres, czy też przemęczenie ... efekt ten sam - nagle dopadająca, nie do przeczekania potrzeba snu.
Niemniej czując na policzkach oddech gorącego lata mamią mnie letnie dzieciowe lektury. Tematyka wakacyjna mile widziana :)
I tak, błądzę coraz częściej myślami przy odświeżeniu "Czarownicy piętro niżej" Marcina Szczygielskiego, palec przesuwam po jej kusząco zarysowanym grzbiecie ... Może w końcu uda mi się ją zrecenzować ... Choć ostatnio nie mam weny do recenzowania żadnego.
A szkoda, bo najnowsza Masłowska godna polecenia najszczerszego (!) ^^ Jako jedyna połknięta na raz w całości.
Czerwiec i u dziewczyn obfitował w nowe tytuły (sam Dzień Dziecka okazał się prawdziwą wylęgarnią książkowych nowości, a jeszcze przecież nieujęte w fotorelacji nagrody książkowe! ).
Gdyby Olga ogłosiła kolejną akcję budowania książkowych wież, wyszłyby nam z tego prawdziwe drapacze chmur ^^
Cały tydzień czekam niecierpliwie na ten jeden poranek ...
Na zatłoczone łóżko, na zimne stópki wpychające się pod naszą kołdrę, na wątłe ramionka otulające mnie ciasno, na ciepłe i najpiękniej pachnące ukochane ciałka ...
Na tulenie, myzianie po poczochranych puklach, na buziole, pieszczochy ... Piżamowe pogaduchy ...
Na poranne lektury ...
Na niedzielne plany ...
Na spieszną niespieszność tego dnia ... Bo tyle jest do wspólnego zrobienia ... By w końcu nacieszyć się sobą ...
W ten jeden jedyny dzień nic nas nie goni ... Nic prócz coraz bliższego poniedziałku ...
I wydłużam jak najbardziej ten ulubiony czas ...
I co tydzień tak samo mocno żal żegnać się z niedzielą ...
A slow Sunday morning.
Nigdy nie przepadałam za krótką formą opowiadania. Jednowątkowa fabuła zazwyczaj usypiała zmysły.
Coś się zmieniło ...
Dobrze jest spostrzec, że i opowiadania potrafią zatrzymać czas ...
Może po prostu musiałam dojrzeć literacko ...
Wrażenia ...
Może to mylne jak często się zdarza pierwsze wrażenie, ale Munro czyta mi się podobnie jak Picoult ... Odbieram równie lekko i przyjemnie, mimo że bez dynamiki akcji i nawarstwiania się wątków tak charakterystycznych dla twórczości tej drugiej.
Dość specyficzna lektura pozbawiona językowych udziwnień, na które nie zawsze czuję zapotrzebowanie.
Naszpikowana grą emocji lektura dostarczająca czytelnikowi przeróżnych doznań, bo nie sposób pozostać obojętnym na losy bohaterów, nie współczuć, nie znienawidzić ...
Na tym kończą się podobieństwa w pracach obydwu pań. Podobieństwa, które są dla mnie jak najbardziej tych opowiadań zaletą (!).
Co mnie uderzyło najbardziej podczas pierwszego spotkania z twórczością Munro ... ?
Jej styl pisania... Kompletnie pozbawiony jakichkolwiek reguł ... i autorki w tym konsekwencja.
Prosty język (czasem tak prosty, że aż razi i "uwiera").
Czasem do bólu niestylistycznie, bez ładu i składu.
Zaskakująco.
Ale ...
... ale za to z całą gamą emocji przekazanych "mimochodem".
Bo u Munro diabeł tkwi w szczegółach ...
Wydawałoby się niepozorne rozmowy grają tu pierwsze
skrzypce i stanowią idealny nośnik głównego przesłania ...
Prawdziwie nakreślone postaci, dramatyzm sytuacji ... - zupełnie jakby autorka sama znajdowała się kiedyś w każdej z opisywanych przez siebie sytuacji.
Opisywanych tak, że aż prawie można poczuć zawód, ból, niepokój, napięcie narastające między
bohaterami ...
Odczucia bohaterów, myśli kłębiące się w ich głowach, ich sposób
patrzenia na świat, proste przemyślenia i zaskakujące wnioski, do jakich
dochodzą ...
Żonglowanie prostymi historiami zwykłych ludzi.
"Ubieranie" ich w emocje.
Tymi emocjami budowanie obrazu każdej postaci. I to na ich podstawie wyłaniające się specyficzne charaktery.
Chore relacje międzyludzkie, rodzinne, partnerskie ...
Wszystkie piorunujące.
Skłaniające do refleksji.
Czytam to co między wierszami ... i znajduję niełatwe podpowiedzi. Odpowiedzi.
Takiej lektury było mi trzeba na kolejnym życia zakręcie.
***
Sekretarz literackiej nagrody Nike, redaktor "Gazety Wyborczej" Juliusz Kurkiewicz pisał na łamach "Gazety":
"Mistrzyni jednego gatunku - opowiadania - osiągnęła w nim mimo
zastosowania bardzo prostych środków efekt takiej głębi i złożoności, że
bez wahania można ją ustawić w rzędzie największych mistrzów gatunku,
obok Tołstoja i Czechowa. Ten zestaw nazwisk nie jest ani przesadzony,
ani przypadkowy. Psychologiczna dociekliwość, bezgraniczna empatia wobec
bohaterów (tzw. zwykłych ludzi), dyskretnie zarysowane, choć istotne
tło społeczne, prostota języka i - przede wszystkim - wiara w
obiektywny, uniwersalny wymiar literatury, mimo osadzenia historii w
konkretnym pejzażu geograficzno-kulturowym, przywodzą na myśl mistrzów
rosyjskiej prozy, czyniąc Munro jednym z najciekawszych zjawisk
współczesnej literatury anglosaskiej."
Zawsze bałam się tego ciasta. Wydawało mi się być ciastem czasochłonnym i dla "wtajemniczonych" ;) Tymczasem okazuje się, że to jeden z prostszych wypieków. Fakt ten cieszy podwójnie jeśli jest się etatowym pożeraczem tego rodzaju słodkości.
Do ciast pałam miłością wielką. Do tych z jabłkami ... szczególną.
Szarlotka! Serwowana zamiennie na zimno i na gorąco z lodami, w towarzystwie puszystej pianki, przyprószona szczodrze cukrem pudrem! Niebo w gębie! Moje serce się raduje i na chwilę zapominam o całym świecie ... Kubki smakowe wariują ze szczęścia ... A Poślubiony, który do tej pory twierdził, że nie cierpi żadnej szarlotki i sumiennie jej unikał, teraz pożera aż mu się uszy trzęsą! :)
Na dokładkę lektura samej Alice Munro! Prezent niespodzianka dołączony do najnowszego numeru TS. Pędem do kiosku! Lektura obowiązkowa!
Już nie mogę się doczekać wieczoru spedzonego w tak doborowym towarzystwie ^^
Voilà!
Przepis (lekko zmodyfikowany - choć tylko w kwestii wykonania) stąd KLIK .